Einstein pokazuje język

Obrazek użytkownika Bielinski
Idee

Czas na podsumowanie, podsumowanie po prawie po stu latach. Albert Einstein opublikował ponad 300 prac naukowych i około 150 prac pozanaukowych, w tym z filozofii. Wiele z nich to były wspólne prace z współpracownikami. Einstein lubił opiekować się młodymi naukowcami. Rzecz jasna, jego nazwisko – Einsteina zawsze było na pierwszym miejscu na liście autorów. Co do rzeczywistego podziału pracy, czy autorstwa pomysłów możemy się tego tylko domyślać. Wiele z tych prac to prace wybitne, istotne w dziejach nauki. Pomijając prace wspólne, a skupiając się na pracach samodzielnych Einsteina, co nam zostaje?

   W roku 1905, owym słynnym Annus Mirabilis, Einstein opublikował pięć ważnych prac razem z praca doktorską. Pracę „Zur Elektrodynamik bewegter Körper” (O elektrodynamice ciał w ruchu, Annalen der Physik.17:891, 1905) omawiałem obszernie wcześniej. Weźmy inne. Choćby pracę o ruchach Browna z 1905. Uważa się, że Albert Einstein (1905) i polski fizyk Marina Smoluchowski (1906) niezalenie wyjaśnili istotę ruchów Browna. Ruchy Browna są ważnie między innymi dlatego, ze nieomal naocznie dowodzą istnienia atomów i molekuł. Atomów, czy molekuł nie zobaczymy gołym okiem, ale ujrzymy ruchy Browna, świadectwa ich istnienia gołym okiem, przy pomocy prostego mikroskopu czy lupy. Praca Einsteina jest o rok wcześniejsza od Smoluchowskiego. Sprawa wydaje się prosta i oczywista tyle, że… Marian Smoluchowski lata całe pracował nad wyjaśnieniem ruchów Browna. W 1904 roku, w pewnym okolicznościowym, szwajcarskim periodyku, Smoluchowski opublikował zręby swojej idei, swego pomysłu. Pełną teorię opublikował rok po Einsteinie. Wiemy, że Einstein czytał ten periodyk. Czy przeczytał pracę Smoluchowskiego? Na zdrowy rozum: jak Einstein, dobrze wyszkolony, ambitny naukowiec zajmujący się ruchami Brown miał nie przeczytać pracy Smoluchowskiego o ruchach Browna! Ale nikt nie poświadczy, że widział Einsteina czytającego tę pracę. To, że wypożyczył ten periodyk, nie dowodzi, że przeczytał pracę Smoluchowskiego. Chyba jedna Milena (Mileva), ówczesna żona Einsteina, mogłaby coś powiedzieć na ten temat, ale ona konsekwentnie milczała aż do śmierci. Po śmierci także nic nie powiedziała, co nie dziwi. Tak że mamy tylko domysły.  Fakty są takie, że po roku Einstein stworzył swoją teorię ruchów Browna. W swej pracy Einstein stosując odmienne podejście dochodząc do takich samych wniosków, jak Smoluchowski, choć wzory się różnią. Oczywiście, o Smoluchowskim, o jego pracy, Einstein nie wspomina słowem.

   Inny przykład. W 1905 roku Einstein obronił swą prace doktorską „ O nowej metodzie wyznaczania rozmiarów molekuł”. Tak naprawdę, chodzi w niej o wyznaczanie stałej Avogadro na gruncie kinetycznej teorii gazów, czyli termodynamiki. Stała Avogadro to podstawowa stała chemiczna. Jest równa ~ 6 x 1023 cząstek (atomów) na mol, czyli mamy liczbę 6 (w zaokrągleniu, pomijając potęgę). Praca Einsteina jest dobra; matematycznie i fizycznie to kawał solidnej, naukowej roboty. Tyle, że jemu wyszło 4. Einsteina męczyła ta rozbieżność. Pewnie traktował to, jako skazę na swoim „honorze” naukowym. Wiele razy powracał do tego tematu, analizował swoje obliczenia, szukał błędu w rozumowaniu. Bez rezultatu. Nie jest łatwo odkryć własny błąd. Znacznie łatwiej zauważyć cudzy. W końcu Einstein poprosił kolegę o pomoc. Ten przeanalizował jego pracę i znalazł błąd. Po usunięciu błędu wyszła poprawna wielkość 6. Einstein opublikował erratę, podając poprawioną wersję i poprawny wynik. Jako współautora umieścił nazwisko kolegi. Nic takiego. Naukowcom zdarza się otrzymać błędny wynik; gdy się o tym przekonają, wtedy publikują poprawioną wersję, tzw. erratę. Nie ma w tym nic złego. Każdy może się pomylić. Ale Einstein nie byłby sobą, gdyby tak miało to pozostać. W 1922 napisał i opublikował pracę w języku angielskim. Poprzednie prace pisane były po niemiecku. Czytelnik tej pracy dochodzi do wniosku, ze Einstein sam znalazł i wyprowadził poprawną wartość stałej Avogadro. Nie trzeba dodawać, że w pracy zniknął odnośnik do erraty, jak również nazwisko kolegi. Ta praca z 1922 roku jest najczęściej cytowaną pracą Alberta Einsteina. Chemicy, czy biolodzy, nie mogą oprzeć się przyjemności cytowania pracy Einsteina. I tak Einstein znowu został sam, jeden twórcą, odkrywcą, geniuszem.

 

   Jednym z wielkich „odkryć” Einsteina jest tzw. statystyka Bosego-Einsteina. W 1924 roku Einstein otrzymał pracę nieznanego, młodego hinduskiego fizyka Satyendra Nath Bose opisującą nowy model statystyczny. Hindus wysłał swą prace do Einsteina w nadziei, że pomoże mu w jej publikacji. I tak się stało. Dzięki rekomendacji Einsteina praca Bosego została szybko opublikowana. Ale wkrótce Einstein publikuje szybką swą własną wersję tej teorii. I tak mamy nie statystykę Bosego, lecz statystykę Bosego-Einsteina. Dobrze, chociaż, że nazwisko Bose jest na pierwszym miejscu. Statystyka Bosego, czy Bosego-Einsteina to jedna z fundamentalnych odkryć w fizyce statystycznej. W tej historii, jak w soczewce, widać metodę działania Einsteina. Jego metodologię. Przejąć cudzy pomysł, przetworzyć, nieco zmienić, i opublikować, jako swój. Bose – jeden z wielu – jak Poincare, Hilbert, Smoluchowski, Minkowski…

   Po bliższej analizie okaże się, iż prawie wszystkie naukowe osiągniecia Alberta Einsteina są w mniejszym lub większym stopniu odkryciami innych, pośród których Einsteinowi przysługuje, co najwyżej, miano współautora. Przede wszystkim Szczególna i Ogólna Teoria Względności. Dalej prace z termodynamiki, wyjaśnienie ruchów Browna i inne. Piszę prawie, bowiem jest jeden wyjątek; jedna praca, której autorstwo jest niekwestionowane – przynależy tylko i wyłącznie Einsteinowi. Mam tu na myśli wyjaśnienie efektu fotoelektrycznego (praca z 1905 roku), za które to odkrycie A. Einstein otrzymał nagrodę Nobla z fizyki w 1921 roku. Odkrycie ta świadczy, kim Einstein mógłby być, gdyby zechciał samodzielnie pracować. Nie jest prawdą, że Einstein tylko ściągał od innych. Był to dobry, może nawet wybitny fizyk. Wiele i ciężko pracował. Stale się rozwijał, uczył się, nie spoczywał na laurach. Miał wybitną intuicję naukową, wiedział gdzie szukać, gdzie jest najciemniej. Einstein wolał jednak wybrać inną, łatwiejsza drogę. I chyba od samego początku swojej kariery naukowej poszedł po linii najmniejszego oporu. Po co się wysilać? Po co pracować? Na co się katować pracą na nowymi teoriami, skoro można było zajrzeć komuś przez ramię? Po co się wysilać, gdy ludzie sami podawali mu swoje wyniki? Sami tego chcieli, sami są sobie byli winni. Gdyby podobny numer zrobił ktoś inny, byłby skończony jako naukowiec. Ale Einsteinowi wolno było więcej. Uchodziło mu płazem to, co byłoby końcem kariery dla każdego innego.

 

   Nagroda Nobla dla Einsteina to odrębna historia. Albert Einstein był „żelaznym” kandydatem do nagrody Nobla z fizyki. Nominowano go prawie rok w rok, w latach 1910 – 1922. Nagrodę Nobla Albert Einstein otrzymał dopiero w roku 1921 za wyjaśnienie efektu fotoelektrycznego. I słusznie ją otrzymał. Nagroda Nobla z fizyki należała się Einsteinowi za to odkrycie. Charakterystyczne, że Einstein nie został nagrodzony nagrodą Nobla za Szczególną Teorię Względności, ani za Ogólną Teorię Względności. Uznanych historyków nauki dziwi to niepomiernie. Ową niechęć szwedzkiej Akademii do Einsteina tłumaczono rozmaicie, na przykład tym, że szwedzcy akademicy nie zrozumieli doniosłości odkrycia; albo tym, że nie było doświadczalnych dowodów, lub wreszcie utajonym antysemityzmem Szwedów. Prawdą jest, że poczucie germańskiej wyższości i antysemityzm były popularne w ówczesnej Szwecji.

   Ale wyjaśnienie może być zgoła inne niż antysemityzm. Znacznie prostsze. Świat nauki, świat fizyków to mały świat, szczególnie mały wówczas, na początku XX wieku. Wszyscy wybitni się znają, spotykają na konferencjach naukowych, wymieniają informacje, opowiadają sobie dowcipy, plotkują. Szwedzcy akademicy, jak cały naukowy świat, doceniali doniosłość Szczególnej i Ogólnej Teorii Względności. Dlaczego zatem nie przyznali Einsteinowi nagrody Nobla za Szczególną i/lub za Ogólną Teorie Względności? Są to wybitne teorie, niewątpliwe ich autor zasługuję na nagrodę Nobla. Może szwedzcy akademicy doskonale wiedząc o doniosłości obu teorii, a nie przyznali nagroda Nobla za ich stworzenie, bo nie wiedzieli, kto jest autorem obu teorii? Szwedzcy profesorowie musieli wiedzieć o pracach Poincarè, Lorentza, o pracach Hilberta. Konsekwentnie przemilczanych przez Einsteina. Skoro nie widzieli, kto jest autorem, lub inaczej: w jakiej mierze autorem jest Einstein, to nie przyznali nagrody Nobla nikomu. Było to uczciwe. Konserwatywni, bardzo rygorystyczni pod względem naukowym i moralnym, szwedzcy akademicy nie ulegli dyktatowi gazet, nie usłuchali głosu tzw. opinii publicznej, nie podporządkowali się głosowi ludu i nie przyznali Einsteinowi nagrody Nobla za Szczególną i Ogólną Teorie Względności.  W świetle faktów akademicy mieli rację przyznając Einsteinowi nagrodę Nobla za wyjaśnienie efektu fotoelektrycznego i mieli rację nie przyznając Einsteinowi nagrody Nobla za STW i OTW. 

   Ci starzy, uparci, tępogłowi, szwedzcy profesorstwie postąpili słusznie. Nie mówiono tego głośno, ale za Einsteinem ciągnęły się różne pogłoski. Einsteina otaczała aura bardzo szczególnego rodzaju w środowisku fizyków.

 

   Przy okazji konferencji naukowych, chciałbym wspomnieć o jednej z nich. Była to konferencja w Brukseli, tzw. Piąty kongres Solvaya w październiku 1927. Spośród mnóstwa rozmaitych konferencji była to wyjątkowa konferencja w dziejach fizyki, czy nauki.

Zdjęcie grupowe po konferencji (kongresie) fizyków w Institut International de Physique Solvay w Brukseli, 1927.

 

   Siedemnastu z 27 uczestników widocznych na zdjęciu to laureaci nagrody Nobla: nobliści w chwili robienia zdjęcia, lub ci, co otrzymają nagrodę Nobla w przyszłości. Zdumiewające zdjęcie. Na jednym zdjęciu zebrane najważniejsze postacie fizyki XX wieku, ludzie, którzy zmienili nasz świat, wszyscy uczestnicy jednej konferencji. Obecnie mamy mnóstwo konferencji naukowych, niektóre z nich to olbrzymie przedsięwzięcia, lub naukowe spędy, w których udział biorą tysiące naukowców. Przy takim bogactwie i łatwości życia konferencyjnego, gdy zdarzy się, iż w danej konferencji bierze udział jeden noblista jest to wielkie wydarzenie. Jeśli trafią się dwóch, czy trzech noblistów, to jest ewenement. A tam siedemnastu noblistów w jednej konferencji! Zdumiewające.  

   Wbrew powszechnemu przekonaniu, że współcześnie jesteśmy tacy mądrzy i wspaniali i lepsi we wszystkim od naszych przodków, zdjęcie to dowodzi, iż po blisko 90 latach poziom intelektualny naszych elit - prawdziwych elit nauki, żadnych tam celebrytów, czy innych samozwańczych intelektualistów - jest znacznie niższy niż był podówczas. Na zdjęciu widzimy Erwina Schrödingera, Pauliego, Diraca, i Heisenberga, wówczas młodych, poczatkujących naukowców, jest Niels Bohr i Max Born (nasz powściągliwy w słowach narrator, drugi od prawej, w środkowym rzędzie)

   W dolnym rzędzie, pośrodku siedzą najważniejsi uczestnicy konferencji. W świecie nauki obowiązuje ścisła hierarchia, jak w wojsku. Drugi od lewej, w pierwszym rzędzie siedzi wielki Max Planck, obok niego Maria Skłodowska-Curie, jedyna kobieta w tym gronie i jedyna dwukrotna laureatka nagrody Nobla. Dalej, w środku pierwszego rzędu, siedzą dwie najważniejsze postaci kongresu: Albert Einstein i Hendrik Lorentz – to ten starszy pan z białymi włosami i białą brodą. Hendrik Lorentz był honorowym przewodniczącym kongresu; zaszczycono go tą funkcją i tym honorowym miejscem na zdjęciu, by uczcić jego dokonania naukowe, oraz by wyrazić szacunek jego osobie. Jednakże najważniejszą postacią konferencji jest Albert Einstein. Ciekawe, że na zdjęciu Einstein i Lorentz odsuwają się od siebie, jakby pod wpływem siły odpychania. Widać, iż bagaż przeszłości, te „zdumiewające koincydencje” towarzyszące powstaniu pracy Einsteina „Zur Elektrodynamik bewegter Körper” (O elektrodynamice ciał w ruchu) w 1905 roku mimo upływu lat nadal budzi między nimi żywą urazę i niechęć.

   Pytanie o to, kim był Albert Einstein, jaka jest jego rola w nauce, jest w istocie pytaniem o miejsce, jakie powinien zając na tym zdjęciu z konferencji Solvaya w 1927 roku. Czy należy mu się honorowe miejsce w środku w pierwszym rzędzie, jako największemu geniuszowi XX wieku, dorównującemu Newtonowi czy Archimedesowi? Czy też powinien zając skromniejsze miejsce w drugim rzędzie? A może w powinien usiąść w trzecim rzędzie i to z boku? Gdzie na usiąść? Na które miejsce ma zasłużył sobie Albert Einstein? Czy był geniuszem, czy naukowcem dobrym, nawet wybitnym, ale sprytnie ustawiającym się do wiatru i umiejącym wykorzystać pomyślne wiatry? Na to pytanie każdy sam musi sobie odpowiedzieć.

 

   Nie jest moim zamiarem przedstawianie Einsteina, jako naukowego hochsztaplera. Był to niewątpliwie wybitny fizyk, miał wielką intuicję naukowa; umiał znajdować i skupiać się nad takimi tematami, które okazywały się niezwykle ważne. Trzeba jednak zauważyć, że początek XX wieku w fizyce to zalew odkryć, prawie każda dziedzina fizyki oferowała do odkrycia coś nowego. I ta plejada wspaniałych uczonych: fizyków, matematyków, chemików. Einstein, naukowiec wybitny, wybrał jednak drogę na skróty. I odniósł wielki, oszałamiający sukces. Ta jego „giętkość” zawodowa przyniosła mu wspaniały sukces.  Gdyby pracował uczciwe, byłby może… w trzecim rzędzie w tym znakomitym gronie. Kto by o nim wiedział? Kto by o nim słyszał? Kto by się interesował?  A tak znalazł się w pierwszym rzędzie. Zdeklasował najlepszych. Oto co może właściwy człowiek we właściwym miejscu i we właściwym czasie. Albert Einstein w latach 30-tych został wykreowany na geniusza wszechczasów. Stał się super bohaterem pop-kultury. Amerykańskie media stworzyły obraz Alberta Einsteina, jako super geniusza. Albert Einstein był pracowity, cierpliwy, no i miał wielkie szczęście. Mieć szczęście to bardzo ważne w życiu i nauce również. O takich ludziach, jak Albert Einstein, mówi się, że to człowiek w czepku urodzimy. Trzeba przyznać, iż Albert Einstein umiał ten szczęśliwy traf wykorzystać. W pacy, nauce, a również w życiu.

   W swoim długim, życiu Einstein był: Niemcem, bezpaństwowcem, Szwajcarem, Niemcem, bezpaństwowcem, wreszcie obywatelem USA. Zawsze pozostając sobą, niemieckojęzycznym Żydem. Był zawsze tam, gdzie opłacało się być, gdzie otrzymywał najwięcej korzyści. Einstein wyznawał skrajny konformizm. Ten swoisty bezpaństwowiec, mógłby powtórzyć za królem Słońce: państwo to ja. Lub doniośniej: (wszech)świat to ja. Pierwszą połowę życia robił karierę, jako fizyk niemiecki, przez drugą, jako antyniemiecki. Tacy ludzie jak Einstein zawsze bezbłędnie znajdują tę półkę w spiżarni, na której leżą najlepsze konfitury. Pytanie o geniusz Einsteina jest pytanie po dziś dzień pytaniem drażliwym. Kimkolwiek by nie był, jakim by się nie legitymował paszportem, Einstein był i pozostał Żydem. I Żydzi przyznają się do Einsteina. Szczycą się nim, jako swym największym geniuszem. W dyskusji, gdy zarzuca się Żydom różne rzeczy, ostateczny argument Żydów jest taki mniej więcej: nie jesteśmy może idealni, ale mamy tylu geniuszy – Żydów, a największym z ich jest Einstein! A wy macie Einsteina? Nie może być zły naród, przy wszystkich swoich wadach, naród, który wydał Einsteina. Ten argument wydaje się być obosieczny lub… dwuznaczny. Einstein rzeczywiście pasuje do żydowskiego rodu, żydowskiego charakteru, jak ulał.

 

   Pisanie biografii to jak układanie obrazu z kawałków, lepienie wizji człowieka z puzzli. Gdy się tworzy taki obraz, to zawsze znajdzie się kilka puzzli, które nie pasują do skomponowanego obrazu. W przypadku Alberta Einsteina tych niepasujących, zbędnych z pozoru puzzli jest wyjątkowo dużo. A im głębiej wnika się w temat, tym więcej odrzuconych puzzli się znajduje. Rozpisywałem się obszernie o niektórych z nich, jak zdumiewające koincydencje przy publikacji STW i OTW. Innym puzzlem niepasującym do obrazu geniusza wszech-czasów jest milczenie Einsteina w Ameryce.

    Dwadzieścia lat życia Einsteina w Ameryce przyniosły zdumiewająco nikły plon naukowy. Biografowie ubolewają, że taki geniusz mieszkając tyle lat w Ameryce, w cieplarnianych warunkach, bez żadnych kłopotów materialnych, nie stworzył prawie żadnej ciekawej pracy. Piszą, z żalem, że Einstein zmarnował druga połowę swego życia. No tak, dodają tytułem usprawiedliwienia: chciał stworzyć teorię wszystkiego, czyli teorię wielkiej unifikacji, nic dziwnego, że mu się nie udało. W tych czasach nie mogło mu się udać. Ale żeby nic nie osiągnął żadnych ciekawych, nawet cząstkowych wyników? Jeśli Einstein byłby samorodnym geniuszem, który sam do wszystkiego doszedł, co opublikował, takie milczenie musi dziwić. Prawda jest taka, że w Ameryce Einstein był sam. David Hilbert został w Niemczech, inni się rozjechali, lub nie chcieli z nim pracować. Dziwna rzecz, ale wybitni fizycy, o uznanych osiągnieciach nie chcieli z Einsteinem pracować. Pozostali młodzi fizycy, ale to nie była klasa Hilberta. Gdy nie stało Hilberta, Minkowskiego, Poincaré, Smoluchowskiego, Bose… Gdy nie było komu zajrzeć przez ramię, gdy już nikt mu nie przysyłał swoich wybitnych osiągnięć…

   Nic dziwnego, iż Albert Einstein, geniusz XX wieku, w Ameryce milczał.

Albert Einstein (1879-1955)

 

     Aby włączyć pozostające puzzle, musimy wpierw odrzucić tradycyjny wizerunek Einsteina – geniusza. Wówczas… otrzymamy inny obraz Einsteina. Taki jak z pewnych zdjęć. Pozostało mnóstwo zdjęć Einsteina. Einstein na wykładzie, Einstein przy biurku, Einstein palący fajkę, zamyślony; Einstein na uroczystym przyjęciu, w operze, na spotkaniu z prezydentem USA; Einstein w tryumfalnym przejeździe ulicami Nowego Jorku. Einstein w komitywie z wielkimi tego świata: politykami, przemysłowcami, artystami. Jeden rodzaj zdjęć jest charakterystyczny wyłącznie dla Alberta Einsteina. Na tych zdjęciach Einstein pokazuje język. Tylu było wybitnych twórców: malarzy, pisarzy, muzyków, naukowców, fizyków, matematyków. Niektórzy z nich mieli wielkie poczucie humoru i byli bardzo ekscentryczni. Wielu na lub poza granicą obłędu. I żaden, ale to chyba żaden z tych wielkich nie dał się sportretować w takiej pozie. Z wywalonym językiem.

    Ludzi często wzruszają zdjęcia Einsteina z wywieszonym językiem. Wielki człowiek, a potrafi bawić się, jak dziecko; geniusz, który ma dystans do samego siebie, wybitny uczony, ale człowiek taki, jak my. Który potrafi zażartować, pośmiać się z samego siebie, który się wygłupia. Zdjęcia Einsteina pokazującego język: wywalony jęzor, jak u dużego dziecka, siwe, rozwichrzone włosy, wykrzywiona w grymasie twarz. Nawiasem mówiąc ta burza siwych włosów to nie jest kwestia przypadku, lecz owoc starannej pracy stylistów i fryzjerów. Einstein bardzo dbał, nawet w takich szczegółach, jak fryzura czy ubiór, o swój obraz geniusza. Jednakże dzieci pokazują język nie po to, by pokazać, że są głupie. Wywalając język dziecko ogłasza, co o tobie myśli. Pokazując język dziecko mówi ci, że to ty jesteś głupi. Czy dlaczego Albert Einstein pozwalał się fotografować, i to wielokrotnie, pokazując język? Czy to była żartobliwa poza wybitnego uczonego, czy tego, który oszukał wszystkich i pokazywał im, co o nich myśli? Że są głupi. Że są frajerami.

    Nawet nie chciało mu się ukrywać swojej pogardy dla ludzi, którzy tak dali się oszukać.

 

 

 Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą autora. 

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 4.9 (głosów:18)

Komentarze

Sława, uznanie i.. profity - nawet jeśli są cudze, nie śmierdzą.. Szczególnie dla Żyda.

 

Czytając.. Natychmiast nasunął mi się na myśl inny "wielki wynalazca": - Thomas Edison..

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
0

cornik Jeszcze Polska nie zginęła / Isten, áldd meg a magyart

#1520666

W/w Alva był (podobno) nawet bił za zbyt powolne dokonywanie JEGO wynalazków. Technik musiał przetestować wszystkie dostępne substancje na żaarówki. Nie miał prawa "uznać za nieprzydatny".

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

#1520690

Dotknę trochę tematu Einsteina. Może dlatego, że na okładce małej książeczki, którą zaposiadam, która jest bardzo w treści niezwykła, buźka Alberta jest, i chyba mikroskop i chyba jakiś przedpotopowy dinozaur albo coś podobnego:

http://rationalwiki.org/wiki/Scientific_Facts_in_the_Bible:_100_Reasons_...

Ta fizyka i fizycy, i wszelkiej maści naukowcy, którzy zajmują się odkrywaniem i opisywaniem istniejącego wokół nas, nad nami i pod nami wszechświata. Tego makro i mikro kosmosu, i detali przybliżających nam jego niezwykłość, skomplikowanie itd, itd, itp, to jest przecież nie ich odkrycie, nie ich kreacja. Ich tylko jest dotykanie i analizowanie szczegółów istniejącego.....

Czyż fale radiowe,  to dzieło Tesli, czy Marconiego ? Czy promienie Roentgena, to dzieło naszej Marii Skłodowskiej ?  Czy te detale, których dotykał Einstein opisując swe teorie względności to były fakty przez niego wykreowane ?  Opis biblijny Arki Noego dany jemu przed potopem, by miały się schronić gdzie i przetrwać pary stworzeń wszelkich i także samo Noe wraz z rodziną, opis ten, wymiary precyzyjne podane jemu, długość, szerokość, wysokość, są tymi samymi wielkościami, które muszą być przestrzegane dziś także, przy budowie każdego oceanicznego statku. Loyd Register Ltd. instytucja międzynarodowa wydająca świadectwa, certyfikaty dla każdej budowanej nowej jednostki pływającej, używa tego samego schematu, jaki Bóg Dał Noemu, by ta jego arka bezpiecznie pływała po bezkresnym oceanie potopu zesłanego na Ziemię, by ukarać grzeszny, przedpotopowy ludzki rodzaj na tym, na tamtym łez padołku..... W Księdze Joba napisane było na długie wieki przed naszym Mikołajem Kopernikiem, że Ziemia jest kulą zawieszoną na niczym....Tablica Mendelejewa, pierwiastki, substancje, to wszystko istniało zanim fizycy, chemicy, czy inni naukowcy i nobliści, zaczęli analizować i dotykać, odkrywać ukryte przed okiem i rozumieniem fakty z naszego otoczenia. Fakty z mikro i makro kosmosu, który w każdym szczególe jest dziełem Naszego Pana Boga, Stwórcy wszechrzeczy. Długa droga jeszcze przed nami zanim dotkniemy wszystkiego i wszystko opiszemy. Czy kiedykolwiek ? Ilu jeszcze Einsteinów potrzeba ???

Jest napisane w Księdze Ksiąg w Ew. Jana w Rozdz. 17wers. 3.....A TO JEST ŻYCIE WIECZNE: ICH NABYWANIE WIEDZY O TOBIE, JEDYNYM PRAWDZIWYM BOGU I O TYM, KTÓREGOŚ POSŁAŁ, JEZUSIE CHRYSTUSIE.....

http://rationalwiki.org/wiki/Scientific_Facts_in_the_Bible:_100_Reasons_...

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0
#1520675

Skąd wzięły się słowa :

... Niels Bohr i Max Born (nasz powściągliwy w słowach narrator, drugi od prawej, w środkowym rzędzie) ?

Kiedyś uważałem za niestosowne zajmowanie się biografiami uczonych. Szybko okazało się, jak wielki wpływ miało na nich środowisko, oraz jak wielki wpływ ma zastane środowisko na naszych obecnych uczonych !

 

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0

#1520689

Ten tekst, to trzecia i ostatnia część eseju o Einsteinie. Max Born, wybitny fizyk, jest tutaj swego rodzju kronikarzem. Korzystam z jego uwag we wcześniejszej części: "Narodziny geniusza. Rok 1905". Piszę tam o zadziwiających okolicznościach powstania Szczególnej Teorii Względności, teorii przypisywanej Einsteinowi.  

 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
0

Bielinski

#1520691

tych rozważań o Einsteinie - moje prywatne rozważania na temat Żydów.

Nie jestem Judeofilem (filką ;) ) ani też Żydożercą. Nie mniej - uczono mnie "patrzeć im na ręce". To, co szybko zaobserwowałam - są zazwyczaj sprytni, inteligentni, posiadają szczególnie inteligencję syntetyczną. Dzięki temu, bardzo łatwo, w określonej sytuacji wyciągąją z niej konkretne wnioski, które umieją natychmiast wykorzystać. Nie są też, zazwyczaj, nazbyt pracowici. W ten sposób np. działali moi klasowi koledzy - gdy usłyszeli (czy nawet podsłuchali) istotne informacje od nie-żydowskich kolegów. Mnie to nauczyło milczeć - w obecności tych "spryciarzy", zwłaszcza gdy chciałam, jako pierwsza, zaprezentować własną wiedzę.

Dodam, że jedna z mych Ciotek była Żydówką i dostarczała - całej Rodzinie - bogaty "materiał obserwacyjny". Mój Tatko, o umysłowości analityczno-syntetycznej, nie był przez Bratową specjalnie lubiany. Nie mniej - nie miała Ona żadnych zahamowań, aby korzystać z Jego wiedzy, pomocy, "świadczeń".

Ten cykl na temat Einsteina - patrząc zwłaszcza na okres jego najważniejszych osiągnięć - wydaje się niezwykle bliski prawdy.

Einstein - bardzo inteligentny, posiadający rozległą wiedzę - z łatwością oceniał europejskie odkrycia innych i umiał z nich korzystać. W Ameryce takich możliwości już nie posiadał. I chyba rzeczywiście - w jakimś stopniu - gardził tymi, których uznawał za mniej sprytnych od siebie. A krótko - uważał siebie za kogoś lepszego, na kogo pracować mają obowiązek ci "inni".

To jedna z cech "narodowych".

Pzdr

Podoba mi się!
6
Nie podoba mi się!
0

_________________________________________________________

Nemo me impune lacessit - nie ujdzie bezkarnie ten, kto ze mną zacznie

katarzyna.tarnawska

#1520705

Mam bardzo podobne odczucia co do Einsteina. Tyle, że miał on naprawdę niezwykłe szczęscie. Nie jak ten, co trafił szóstkę w totka, ale ten co trafił dwa, lub trzy razy szóstkę w totka. Tacy sie trafiają, choć bardzo rzadko. No i Einstein potrafił wykorzystac szansę, nie jak ci glupcy co wygraną przepuszczają i kończą na śmietniku. 

 

Pozdrawiam serdecznie

Podoba mi się!
6
Nie podoba mi się!
0

Bielinski

#1520721

Biorąc pod uwagę ilość oszustw w nauce, tak dawniej jak i dziś, nie dziwi mnie ten wpis, jednak to, że Einstein nie  potrafił jakiegoś równania wyprowadzić, jest argumentem naszych czasów i nie przypada mi do gustu. Akademickość zwykle nie pomaga w dokonywaniu przełomowych odkryć, a wręcz przeciwnie. Przykłady matematyków są takie jak dobrych rzemieślników, a do przełomowych odkryć potrzebna jest dusza artysty, który powie wbrew wszystkim, że coś jest możliwe lub będzie od podstaw zastanawiać się nad tym, co wszyscy uznali za dogmat, nad którym nie warto się zastanawiać, no i się nie zastanawiają. Oczywistość akademicka blokuje nowatorstwo i dlatego obecnie nie ma przełomowych odkryć, bo na wszystko trzeba mieć papiery, zwłaszcza na wynalazczość. Do tego wymuszana praca w grupach załatwia indywidualność i jest po sprawie. Właściwie mamy okres realizacji odkryć teoretycznych w matematyce i fizyce z XIX i pierwszej połowy XX wieku i niewiele się dzieje. Pozostało tylko rzemiosło, a geniusze nie są potrzebni, bo po co, skoro żyje się dobrze tak jak jest i wystarczy lepszy telewizor lub ulepszone auto.

Muszę się pokusić o pewne spostrzeżenia Polaka pracującego w kraju kwitnącej wiśni. Było to już dawno i przypadkowo widziałem ten materiał, ale coś mi utkwiło w głowie: mianowicie ten facet powiedział, że Japończycy potrzebują ludzi z Europy lub Stanów, bo mają problem ze spojrzeniem na swoją pracę. Potrafią być bardzo dokładni w pracy wynalazczej i bardzo pracowici, ale nie widzą właściwej perspektywy tego, co robią, mają problem w widzeniu praktycznego zastosowania i różnych reperkusji. Opowiadał o takich rzeczach i mówił, że oni mają z tym prawdziwy problem, toteż wynajmują ludzi takich jak on, do wypatrzenia właściwego kierunku badań i ewentualnej korekty...
 

Chodzi o to, że oni wszyscy mogli nie widzieć tego, co zobaczył Einstein i jak się zorientowali, było już za  późno. Załóżmy, że Einstein miał to szczęście i wykorzystano go do publikacji, aby pogrążyć nielubianego Francuza, no to jakim kretynem trzeba być, by nie  widzieć doniosłości tego, nad czym pracowali --  ci wielcy naukowcy?

Wszyscy wieszają psy na Edisonie, ale w tamtych czasach potrzebny był taki facet, który zrobi interes i umożliwi wprowadzenie na rynek, oczywiście z zyskiem, wielu niezbędnych wynalazków. Co za różnica kto za tym stoi, że co -- niesprawiedliwe? Tak -- w pewnym sensie, ale my ludzie mamy praktyczne urządzenia, które popchnęły świat do przodu. Owszem, walczył z  Teslą, i to jest jego grzech, ale i tak mamy z tego korzyść, bo to Tesla był ofiarą, a nie ludzkość. Podobnie Steve Jobs, gdyby nie Woźniak, prawdopodobnie byłby nikim, to Woźniak był geniuszem komputerowym a praca wielu innych, jemu podobnych, była pożywką dla Jobsa, na której zbudował swoją wielkość. Trzeba mu jednak oddać sprawiedliwość, przecież Woźniak również mógłby być podrzędnym informatykiem bez Jobsa, a my czekalibyśmy na system operacyjny nieco dłużej.

Jak wynika z artykułu, postać Einsteina nie miała większego znaczenia, bo i tak teoria względności była za progiem  i tylko spór, kto był pierwszy, jest ważny. A dalej wynika z niego właśnie to, że pierwszym był ten, który zauważył doniosłość tego odkrycia.

Na szczęście dla ludzkości, w Rosji wierzą w akademickość, dlatego mamy pewność, że niczego zaskakującego nigdy nie wynajdą i oprócz wydobycia surowców, niczym nie zaskoczą innych. Owszem, wiele jeszcze ukradną, ale i tak zawsze są z tyłu.

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

Jacek Trzaska

#1520881

Mam pan trochę racji. EInstein był fizykiem dobrym, nawet wybitnym, z wybitną intuicją. Tyle, że wolał drogę na skróty od pracy. Że potrafił docenić cudze osiągnięcia? Taki talent nie czyni geniusza, co najwyżej kwalifikuje do zatrudnienia przy castingach. Geniusz to ten, co sam pisze wybitne, przełomowe prace, a nie szuka pomysłów u innych. Połowę swego zawdowego życia Einstein spędził w USA, i co? Plon tych lat jest mizerny. Sa ciekawe prace, w których EInstein jest współautorem. A samodzielne...?

  Einstein był jak ksieżyc, świecił tylko cudzym, odbitym blaskiem. Gdy tego świattła zabrakło, Einstein był ciemny i pusty jak księzyc w nowiu. 

 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

Bielinski

#1520981

Witam

 

Świetne opracowanie. I czyta się z dużą przyjemnością. Trochę o takich działaniach Einsteina wiedziałem, ale nie za dużo.

Jednakże padło tu ważne słowo - intuicja. To także wielki talen ujrzeć i wyłuskać ważną pracę nieznanego naukowca i nadać jej ważny i należyty poziom. Ile Einstein nieważnych, lub fałszywych opracowań Einstein odrzucił?

I na koniec - od XIX wieku nauka stała się modna. I skończyła się era jednoosobowych geniuszy, Galileuszów i Newtonów. Stąd coraz więcej ważnych odkryć nazywanych dwoma nazwiskami, np Kowalskiego-Nowaka. Wzrastała komunikacja i świat naukowy zaczął się przenikać.

 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
-1
#1520893

Intuicja to nie geniusz. Umiejętnośc dostrzeżeniia nowej ciekawej pracy to rodzaj talentu. Tak maja przy castingach: szukają talentów. Praca przy castingach nie kwalifikuje do miana geniusza. 

Czy skończyła się era geniuszy jak Newton, Galileusz, czy Archimedes? Jak na razie tak. Teraz mamy naukowe zespoły, od kilku do kilkuset naukowców. To ze obecnie nie ma geniuszy, potwierdza to tylko mizerię intelektualną naszych czasów. Naukowców mamy mrowie, jak nigdy dotąd, a odkryć? Niewiele. Zamiast odkryć mamy zbiorową, mrówczą pracę. W mrowisku nie ma geniuszy. I nie może być. Ale to temat na oddzielny tekst. 

 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

Bielinski

#1520982