Dom z widokiem za milion

Obrazek użytkownika Bielinski
Kultura

Koniec roku skłania do podsumowań. Ja również zacząłem przeglądać swoje teksty i niestety czytając popadłam… no w smutek, nieledwie w depresję. Nie spodobały mi się moje teksty. Nie jest to miła lektura. Nie skłaniają do optymizmu. A optymizmu, radości potrzebujemy jak powierza. Nic dziwnego, że ludzie nie chcą mnie czytać. Ja sam siebie niechętnie czytam. Przeglądając swoje teksty doszedłem do wniosku, że coś im brak. Że czegoś im nie dostaje. Wiem nawet, czego. Soli im brak. Cóż warte najlepsze nawet danie bez soli? To jest to. Brak im, czyli moim tekstom: głębszej idei, wzniosłej myśli przewodniej, szacunku dla autorytetów, dla lepszych, mądrzejszych, wybranych, tych, co wiedzą więcej. Albo przedstawiania rzeczy ładnych, a nie tych brzydkich. Czemu skupiać się na brzydocie, a nie na tym, co ładne i przyjemne? Na mroku, zamiast jasności? Dobry pisarz powinien przedstawiać rzeczy ładniejszymi, niźli są w rzeczywistości. Na tym chyba polega sztuka, prawda? Na tworzeniu iluzji, czyli złudzeń, pobudzaniu marzeń. Rozsnuwaniu fatamorgan… Fatamorgana to moje hasło. Mój nowy cel. Wiem już, czego nie dostaje moim tekstom. Brakuje im słodyczy, lukru, miłego sznytu. Modnego tonu. Skupiania się na właściwych tematach. Inni powiedzą politury. Niech sobie gadają. Jak zwał, tak zwał. Muszę się zmienić. Bo co piszę? Zazwyczaj jakieś śmichy-chichy, pośmiewujki, podsrywujki, a tu tak ważne rzeczy dzieją się dookoła. Jedne autorytety upadają, inne wzrastają; jedne pomniki z brązu zrzucają z postumentów, by ustąpić miejsca innym, lepszym, słuszniejszym, no i spiżowym jeszcze za życia. Mimo przeszkód idziemy do nowego, godnego życia. Trzeba się poprawić, zmienić się, wydorośleć, póki jeszcze czas. Najlepiej przyłączyć się do jakieś stada. Oczywiście właściwej watahy, tej która daje najwięcej, czyli przy władzy lub  korycie. Iść w równym szeregu marszowym krokiem, wykrzykując to, co inni, myśląc to, co inni. Nie odstając ani na krok. Inaczej człek samotny jak pies. I wszyscy cię gryzą, żrą z każdej strony. Gdy jesteś w stadzie gryzą cię tylko psy z innego stada. Zawsze korzyść. No i w tłumie lepiej, cieplej, bezpieczniej. Tym bardziej, że niedługo już święta Bożego Narodzenia, czas radości, choinki i błyszczących bomb(ek), sernika, makowca, no i istna erupcja rodzinnych uczuć. Po świętach Nowy Rok z rytuałem uroczystych, noworocznych przyrzeczeń. Zmieniam się, zmieniam swe pisanie, nieodwołalnie.

   Do takich wzniosłych myśli i postanowień skłoniła mnie lektura w kiblu. Przyznaję się: lubię czytać w kiblu. Ubikacja służy do tego, do czego służy, ale czemu tracić tam czas? Mam nawet odłożone książki do czytania w tym przybytku samotności. Takie… kiblowe lektury. Nazwa uwłaczająca ze względu na miejsce, nie ze względu na jakość literatury. Kobiety tego nie rozumieją. Wpadają do ubikacji, robią co trzeba i wypadają. No chyba, że się sztafirują przed lustrem, gdy ubikacja połączona jest z łazienką, jak to zazwyczaj bywa.. Wówczas panie okupują łazienkę godzinami. Powstaje problem dostępności. Jedna połówka siedzi w łazience a drugiej połówce, albo połowicy, bardzo się chce tego czy tamtego, albo przyczesać włosy. Stąd powstają kwasy w rodzinie. Rozwiązałem ten problem budując w nowym domu dwie łazienki. Z początku chciałem oszczędzić i poprzestać na jednej. Po namyśle postawiłem na dwie. Głupia oszczędność. Nerwy droższe pieniędzy. Nikt mnie już nie wyrzuca ze świątyni dumania. Po krótkiej chwili hałasu i walenia we drzwi krzyki ucichają i potrzebujący udają się do drugiej łazienki. I mam spokój. Nie jest prawdą, że mężczyźni nie maja podzielnej uwagi. Dla przykładu: ja tam również czytam. Mężczyźni mogą jednak wykonywać dwie czynności na raz! Nie tylko kobiety.

   Ale, ale… Wracając do książki. W ubikacji z przyczyn oczywistych najlepiej do lektury nadają się krótkie formy literackie, opowiadania. Trudno czytać grubą powieść po stronie dwie dziennie. Zaczynając czytać, człowiek nie pamięta, co było wcześniej. Zatem opowiadania. Michał Zoszczenko. „Punkt widzenia” Opowiadania i opowieści. Czytelnik 1985. Słynna seria Nike. Oprawa twarda, format mały, poręczny, wygodny do noszenia i czytania w tramwaju w pociągu… i gdzie indziej. Opowiadania Zoszczenki to krótkie formy, pisane naprędce i swego czasu drukowane w gazetach Związku Sowieckiego w milionowych nakładach. Zoszczenko był gwiazdą literacką lat 20-tych, jego krótkie opowiadania – satyry wzbudzały śmiech i radość w całym Związku Sowieckim. Była to epoka tzw. NEP-u, czas, gdy komunistyczna władza złagodziła nieco stalowy uścisk, ale tylko w gospodarce, i pozwoliła ludziom nieco odetchnąć. Potem nastał Stalin. NEP to krótki przerywnik między wojną, rewolucją, głodem a terrorem Stalina. Niemałe to wyróżnienie rozśmieszać obywateli Związku Sowieckiego, gdyż było to miejsce i czasy, gdy ludziom nie było do śmiechu. W latach 30-tych Zoszczenko pisał opowiadania i reportaże m. in z kolektywizacji. Dziwne, że przeżył lata 30-te. Zoszczenko w czasie I wojny światowej był carskim oficerem; kilkakrotnie ranny na froncie, w tym zagazowany, skończył wojnę w stopniu kapitana. Chociaż później walczył również w Armii Czerwonej, te jego oficerskie szlify z carskiej armii wystarczały by zostać rozstrzelanym, lub wylądować w łagrze. Być może Stalin lubił utwory Zoszczenki. Stalin miał poczucie humoru, specyficznego humoru. Z terroru lat trzydziestych Zoszczenko wyszedł obronną ręką, dopiero w latach 40-tych został poddany brutalnemu ostracyzmowi: wyrzucony ze związku pisarzy a jego utwory znalazły się na indeksie.

   W Polsce oficjalnie wydano je w latach osiemdziesiątych. Po stanie wojennym władza chciał pokazać swą ludzka twarz i zezwoliła na publikowanie utworów wcześnie najsurowiej zakazanych. Tak ukazały się opowiadania Zoszczenki. Wyboru dokonał i posłowiem opatrzył Andrzej Drawicz. Ciekawa zbieżność. Andrzej Drawicz był opozycjonistą, po przełomie prezesem telewizji publicznej. Ważna figura lat 90-tych. Z zawodu Drawicz był rusycystą, tłumaczem z literatury rosyjskiej. Andrzej Drawicz był także wieloletnim aktywnym agentem SB. Czy jest dziełem przypadku, że wyboru opowiadań Michała Zoszczenki dokonał i je wydał tajny współpracownik komunistycznej policji politycznej?

  Śmieszne są opowiadania Zoszczenki. Prawdziwe humoreski. Śmieszne i straszne. O czym pisze autor? O zwyczajnych ludziach żyjących w niezwyczajnych czasach. Ekstremalnych czasach. Straszliwych czasach. Ludzie jak ludzie. Chcą żyć. Ludzie rodzą się i umierają. Kochają się. Chcą założyć rodzinę. Jakoś związać koniec z końcem, choćby nie wiem, jak to było trudne i upokarzające. Choćby zdobyć buty, pochować dziadka, czy iść do kina za dziewczyną. Niby normalne, co w tym niezwykłego?  Hmm, w tych czasach nic nie było normalne, ani łatwe. Współcześni młodzi ludzie tego już nie rozumieją. Na zachodzie opowiadania Zoszczenki tym bardziej nie wzbudzą zainteresowania. Dla nich to abstrakcja. Nie mają pojęcia, do czego zdolny jest człowiek; co zniesie, co potrafi zrobić, by przetrwać. Szczęśliwi ludzie, ci z zachodu. U nas ci, co pamiętają czasy komuny, łatwiej przyswajają opowiadania Zoszczenki. Weźmy miłość. Temat uniwersalny. Wszystkich interesują historie miłosne. W strasznych czasach ludzie też się kochali, dzieci rodziło się mnóstwo, lub raczej chcieli się kochać. Mam na myśli uczucia. Weźmy: on i ona. On ją kocha, ona kocha jego. Tak mówią, i w to wierzą. On chce teges, ona też pragnie zacieśnić związek… Oboje są dorośli, zdrowi, stanu wolnego, chętni, wydawałoby się, że nie ma żadnego problemu. Ale nie w Kraju Rad. Gdzie mają się kochać? W hotelu? Jak zapłacić, gdy w kieszeni tylko płótno? Nawet jak ma kilka rubli, to do hotelu nie ma wstępu zwyczajny obywatel. Partia i rząd decydują, kto może wynająć pokój w hotelu i w jakich okolicznościach. Nie ma mowy o wynajmowaniu pokoju na godziny. Gdzie zatem mają iść? On mieszka w pokoju przechodnim, ona z dwiema koleżankami. Przyjaciół nie mają, a jeśliby mieli, to żaden przyjaciel nie użyczy pokoju nawet na godzinę. Gdzie pójdą? Na cmentarzu, na nagrobku? Do lasu? W krzaki? Nie chcą jak zwierzęta. Więc spacerują po ulicach, w parku patrzą jak gołębie się parzą, jak łabądek udeptuje łabędzicę, jak psy obwąchują sobie genitalia, a oni prowadząc wzniosłe rozmowy tulą się i całują ukradkiem. Dorośli ludzie. Nawet małżeńska zdrada, zwyczajny skok w bok, to istna droga przez mękę. Facet jedzie do swojej kochanki wioząc trochę winogron i puszkę sardynek. Która panna w naszych czasach da się poderwać na puszkę sardynek? Nie trzeba dodawać, iż cały ten romans kończy się okropną chryją.

   Bywają i bardziej żenujące sceny. On zaprasza swą damę do teatru. W przerwie dama buch, do bufetu, on za nią w strachu, bo po kupieniu biletów zostało mu ledwie kilka kopiejek w kieszeni. Dama łapie ciastko i zżera, potem drugie, łapie kolejne, gdy jej amant syczy… - zostaw. Dama odkłada ciastko dotknięta do żywego i nadal głodna. Wybucha awantura. Nadzwyczaj żenująca awantura. On twierdzi, że zaprosił ją do teatru a nie na wyżerkę i jak jest taka głodna to trzeba było się najeść w domu. Ona mówi, że jak się nie ma pieniędzy to się nie zaprasza damy do teatru. Damy zawsze i wszędzie mają taką cechę, iż uważają, że mężczyzna ma o nie zabiegać, ma je uwodzić, no i płacić rachunek. Barman żąda zapłaty za trzecie ciastko, bo ciastko dotknięte to sprzedane. Ona ma rację, on ma rację, barman ma rację. Ale co komu z racji, gdy nie ma czym zapłacić? Mężczyzna ze wstydu pod ziemię by się zapadał, bo dookoła zebrała się publika śmiejąca się szyderczo i żywo a złośliwie komentująca zajście… Lepszy teatr niż na scenie.

   Śmieszne te opowiadania, śmieszne i straszne. Straszne nie jest przeciwieństwem śmiesznego. Choć teraz po prawdzie to nie ma za bardzo z czego się śmiać. W latach 30-tych Zoszczenko pisze reportaże z kolektywizacji. Tu już nie ma nic do śmiechu. Ludzie sprowadzeni do poziom zwierząt, bydła. Nie, niżej. Koń był więcej wart w kołchozie niż chłop, czy cała chłopska rodzina. Trzeba podkreślić, iż w swoich opowiadaniach Zoszczenko nie wypowiedział słowa przeciwko partii. Nie ma tam nawet cienia krytyki partii, Lenina czy Stalina. Zoszczenko nigdy by sobie na coś takiego nie pozwolił. Jednocześnie nie ma chyba cięższej krytyki kolektywizacji. Zoszczenko opisał, to, co widział. Wystarczyło. Naprawdę dziwne, że Zoszczenko przeżył terror lat trzydziestych.

   Po co nam lektura opowiadań Michała Zoszczenki dziś, w drugiej połowie drugiej dekady XXI wieku? Czy to nie przeżytek? Historie, która dawno minęły? Do których nie warto wracać? Przecież nas to nie dotyczy. My jesteśmy inni: piękniejsi, mądrzejsi, o nierównie wyższej moralności i subtelniejszych uczuciach. My mamy godność, historycznie mamy godność od stuleci, a oni, ci durni, ciemni Ruscy ani nie mają godności, ani nigdy nie mieli. W świecie Zoszczenki jest wszystko, ale nie ma nawet śladu tego czegoś, co nazywamy godnością. Niewolnicy nie mają godności. I mieć nie mogą. U nas, współcześnie, godność jest w cenie. Nowy rząd dobrej zmiany wiele mówi o godności. Okazało się, że 500 złotych miesięcznego zasiłku na drugie i kolejne dziecko zapewnia godne życie. Piękna jest nasza współczesność. Godność wyceniona. Oszacowana. Otaksowana. Godność wyceniona na 500 złotych miesięcznie. Czy to oznacza, że 250 złotych to pół-godności? A 1000 złotych to podwójna godność? Na to wychodzi. Przynajmniej wiadomo, ile warta godność. U nas. W innych krajach może być wyceniona taniej, w innych drożej. Godność zawsze jest względna, zależna od położenia na mapie i od dochodu narodowego. U nas godność wyceniono na 500 złotych miesięcznie, na Zachodzie godność warta jest więcej, dużo więcej.

   Niedługo godność opodatkują, obłożą jakąś akcyzą, czyli podatkiem od luksusu, jak samochody, wódkę, czy papierosy. I słusznie. Godność to towar luksusowy, jak kawior, czy szampan z truskawkami. Nie każdego stać na godność.

   W świecie opisywanym przez Zoszczenkę nie ma żadnych pozytywnych postaci, a bohaterowie jego opowiadań… no cóż, są tacy, jacy są, jacy mogą być w danych okolicznościach. Michał Zoszczenko jest kontynuatorem wspaniałej tradycji rosyjskiej prozy od Gogola, przez Dostojewskiego, Czechowa, którzy bohaterami swych opowiadań, sztuk i powieści czynili małego, bezbronnego człowieka, raczej człowieczka, znikomej drobiny wobec przerażającego świata, systemu. U Zoszczenki jego bohater jest jeszcze mniejszy, a system jeszcze straszniejszy. O godności już było. Przyjaźń? Zapomnij. Przyjaciele myślą tylko, jak cię oszukać, okraść, wykorzystać. Miłość, jako uczucie,? Gdzie tam! To w książkach i w filmie, nie w życiu. Ważne, co on/ona może ci dać, materialnie. W świecie postępu, gdzie ludzie żyją w głodzie i nędzy, dosłownie na krawędzi fizycznego przetrwania, tam nie ma miejsca na miłość. Miłość, przyjaźń, empatia, czy inne wyższe uczucia to zbytek, na których nie mogą sobie pozwolić. Ppo każdym obcym możesz spodziewać się wszystkiego najgorszego. Ludzie są źli, wrodzy, wredni, złośliwi, okrutni i odrażający. Zoszczenko nie pisze o donosach i wszechwładzy sowieckiej tajnej policji. Ale to był ważny czynnik. Strach. Jak tu można komuś ufać? Nie wolno nikomu ufać, żadnym kolegom, czy „przyjaciołom”, nawet współmałżonkowi, nawet własnym dzieciom. Nic dziwnego, ze opowiadania Zoszczenki znalazły się na indeksie i pozostały, aż do upadku komunistycznego reżimu.  Dziwne, że tak późno. I że ich autor – Michał Zoszczenko, w dodatku były carski oficer – przeżył czerwony terror.

   Straszny świat, pełen paskudnych ludzi. Nie to, co na Zachodzie. Szczególnie anglosaskim świecie: Anglia, usa, czy Kanada. Inny świat, inni ludzie. Na jednym z kanałów leci cykl programów o wyborze za milion? Czy widoku za milion? Jakoś tak. Para chce kupić nowy dom, apartament z cudownym widokiem. W usa, czy Kanadzie. Agent nieruchomości pokazuje im trzy domy. Oni wybierają jeden. O tym jest ten program. Z życia wzięty, O wyborze nowego domu, domu z cudownym widokiem. Kiedyś oglądałem z upodobaniem filmy o Indianach z Amazonii,  Buszmenach z Kalahari, czy Papuasach z Papui. Ale żona woli oglądać filmy o pięknych i bogatych, więc i ja je polubiłem. Po co się katować? – powiada. Słusznie. Czyż zamiast oglądanie paskudnych gęb nakłutych jakimiś igłami czy kolcami, z nosami, ustami czy uszami przebitymi kośćmi świń, czy innych zwierząt, albo Papuasek, których cyce – nie cyce lecz fałdy skórne – sięgają aż do pępka, czyż nie lepiej i przyjemnie patrzeć na pięknych, zdrowych, mądrych i tolerancyjnych Amerykanów i Amerykanki kupujących nowy dom i wybrzydzających: a to, że widok za brzydki, to im się nie podoba, tamto im nie pasuje, chociaż gały wychodzą na widok takich wspaniałości. W sumie więcej wiadomo o życiu Paupasów, czyi Indian z Amazonii niż o świecie milionerów. Aż przyjemnie popatrzeć. On – wysoki, szczupły, z wyglądu ze trzydzieści kilka lat, gdyby nie siwiejące włosy na skroniach. Ona, ze dwadzieścia kilka lat. Elegancka, młoda, atrakcyjna kobieta. Wiek tych kobiet z warstw wyższych można określić tylko w przybliżeniu. Trzydziestoletnie wyglądają jak dwudziestki, pięćdziesiątki wyglądają jak trzydziestki, a siedemdziesięcioletnie wyglądają na pięćdziesiątki. Kobieta studiuje, więc ma ze dwadzieścia kilka lat. Jest ze dwa razy młodsza od swego partnera (męża?). Szukają nowego domu za kilka milionów dolarów, rzecz jasna z cudownym widokiem. Oznacza to, że należą nie do ekstraklasy, lecz do wyższej klasy średniej, lub niższej warstwy klasy wyższej. Najbogatszym nie towarzyszą kamery telewizyjne, gdy szukają domów. Za bardzo cenią sobie prywatność.

   Tej parze to, co mają, im wystarcza. Anglosasi. Królowie życia. Na samym szczycie. Patrzący z wysokości na mrówki. Jakby ich nie dotykały tragedie. Jakby mieli immunitet od Boga, natury, lub wielkiego Manitu na wszelkie katastrofy, choroby, nieszczęścia. Piękni, cudowni, nowi ludzie. Mądrzy i tolerancyjni. Wiedzący co to jest dobro, i co to jest zło. Oni to dobro, reszta to zło. Wybierają jeden dom za pięć milionów dolarów, bo ma wspaniały widok, wielki taras na urządzanie przyjęć dla przyjaciół, no i wielką garderobę z wyspą pełną szuflad. Cały jest cudowny. Garderoba z wyspą? Mogę sobie kupić kilka nowych rzeczy, bo się zmieszczą – mówi z rozmarzeniem ona. Z pewnością sobie kupi i zapełni ciuchami, butami, dodatkami wielka garderobę wielkości niejednego mieszkania. Dzięczyna aż drży, aby osiąść w nowym domu, i w nowym, własnym gniazdku znieść kilka jajek. Mąż, rodzina, dzieci, i nowy dom z widokiem za milion. Dokładniej za pięć milionów dolarów. Czego trzeba więcej? Oto nowi wspaniali ludzie i ich nowy, cudowny dom. Gdzie tam do nich brud, głód, nędza i donosy?!  Oni są ponad to. Oni są wspaniali, cudowni, mądrzy. Mają mnóstwo przyjaciół, a ich miłość jest kamieniem probierczym miłości. Ich nie dotknie brud, nędza ludzkiego życia. Mają to zagwarantowane w konstytucji. No mają kilka, kilkanaście milionów dolarów. Nie błaha to rzecz – miliony na koncie w banku.

   Tak to już jest. Mało kto czyta Zoszczenkę, czy Gogola. Wielu chętnie ogląda programy w telewizji w rodzaju widoku za milion, lub tasiemcowe seriale o świecie tych, co mają wszystko. Co tu się dziwić? Po co komu prawda, gdy kłamstwo  ma tyle powabów? Zresztą, gdzie tu kłamstwo? Jest zima. Mróz. Noc. Słucham piątej symfonii Beethovena, popijam rozgrzewający napój i już mi nic nie przeszkadza. Na koniec cytat z Zoszczenki z opowiadania pt. „Złodzieje”, cytat, jak znalazł w naszym nowym, może nie tak nowym, i wspaniałym, choć może nie tak wspaniałym, świecie: „Chociaż przychodzi czasem do głowy taka śmiała myśl, że życie z każdym rokiem staje się coraz lepsze i wkrótce będzie może całkiem dobre. A wtedy może nie będzie złodziejów”. Z pewnością nie będzie. Już ich nie ma. Są nowi, wspaniali ludzie - Anglosasi z warstw wyższych - w domach z widokiem za milion dolarów.

   Tylko z tą fatamorganą znów mi nie wyszło. 

 

 Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą autora. 

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:3)