Debata wyborcza

Obrazek użytkownika Bielinski
Humor i satyra

Byłem kimś ważnym! Byłem ważnym gościem na naradzie, na konferencji wyborczej. Spotkałem najznamienitszych ludzi w kraju, którzy rękę mi podawali. Witali się, uprzejmie rozmawiali. I to ja – Wacek – blogier postępowy takim był! Być kimś, z kim się liczą, którego zauważają; nie cieniem na ścianie, nie przeszkodą na korytarzu, ale osobą, choćby na jeden wieczór, na kilka godzin, ba, nawet na pół godziny, ale być kimś więcej niż podłym tubylcem, wioskowym głupkiem, marnym Polaczkiem! I byłem. Mnie ten zaszczyt spotkał, mnie, Wacka – blogiera skromnego, acz postępowego. A było to tak.

    Zawdzięczam to memu guru, ojcu duchowemu Wielce Szanownemu Mordechajowi Mordechajowiczowi Burumsteinowi, vice-naczelnemu prześwietnej gazety popularnej. On to, ten wielki mąż, Wielce Szanowny Mordechaj Mordechajowicz Burumstein wezwawszy mnie do siebie, do swego gabinetu w riedakcjiu gaziety, po wysłuchaniu gorących wyrazów wdzięczności, po podejmowaniu pod nogi i wielokrotnemu całowaniu w rękę, wreszcie zadowolony przerywa mi podziękowania i wytarłszy dłoń o spodnie rzecze nader łaskawie:

    - Nu chwatit’! Pajdziosz za mienia na spotkanie postępowoj partii, kotoryje sobierajetsia dziś wieczeram. Eto oczeń ważnoje spotkanie. Samaja wierchina, samoja wnutrienna paria postepowoj koalicji i zaufannyje żurnalisty naszych mediów sobirajetsia sztoby pogowarit o minionych wybarach. Nu, nasi znowu w dupu dostali. I potomu sobirajetsia sztoby ocenit’, szto poszło płacho, szto nada zmienit’, bo wkratce nowyje, jeszcze ważniejszyje wybory. Jesi eti nacjonalisty i wsteczniki znowu wygrajut, i budut rzadzit jeszcze piat’ następnych let, eto budzie najgosze nieszczastie. Dla gaziety, bo ona nie przeżyjot następnych piat o chlebie i wodzie, dla ober-naczelnego i dla wsiech ludzi, kotoryje miłujut postęp i swabodu. Szto było, eto było. Nada spotkat’ i wydumat nowuju strategiu, kotyryja da nam zwycięstwo w następnych wybarach. Najważnieszaja eta nowaja stategia.

    Tu wielce szanowny Mordechaj Mordechajowcz skrzywił się, zajęczał żałośnie, chwycił się za brzuch i pobiegł w te pędy tam… gdzie król piechotą chadza. Warto dodać, że Mordechaj Mordechajowicz jako druga osoba w redakcju gaziety obok gabinetu miał własną łazienkę wyłożoną karraryjskim marmurem, zdobioną złotem i czeskim szkłem. Nie musiał biec daleko, na szczęcie, bo za daleko by nie pobiegł biedaczek. Długo to trwało, ale wreszcie do gabinetu wkroczył szanowny Mordechaj Mordechajowicz Burumstein niby ten sam, ale jakby mniejszy, zgarbiony i poszarzały.

    - Eh, staryj człowiek a głupij kak durnyj gejowskij rebionok – machnął ręka Mordechaj Mordechajowicz na moje pytające spojrzenie – Postanawił ja przejść na czysto żydowskije, koszernyje żartie. I zamówił ja dania w najlepszoj koszernoj restauraciu w Jerozolimie. Wczera mnie je przywieźli samolotom prosto z Izraela. Pięknie opakowane i poświęcone przez samowo naczalnowo rabina iż wieży Dawida. No mniejsza ob etom. … Ja zabalieł i nie mogu idi, potomu ty musisz idti za mienia na eti spotkanie. Ja choryj, ale pomogu, kak mogu. Mam prezent: eti koszrnoje żartie z samoj Jerozolimy. Ja choryj, nie magu jeść, no zaniesiesz je na spotkanie. Na szczastliwe obrady. Na zdarowie. Wiadomo, jak czełowiek ma w brzuchu pusto to i nieczewo nie wydumajet. Dam eto jedzenie, dam tiebie bumagu, dam egitymaciu. Ty budziesz żurnalistom gaziety.

    Zdziwiło mnie to, bowiem nie byłem pewien, czy owoce morza, czy krewetki lub jakieś omułki są koszerne, ale wolałem się nie odzywać. Dla Mordechaja Mordechajowicza koszerna było to, co mu odpowiadało: wieprzowina, i boczek, i szynka były dla niego koszernym żarciem to i owoce morza mogły być koszerne. Inna rzecz była bardziej zdumiewająca. Mordechaj Mordechajowicz Burumstein należał do tych, którzy nigdy, nic i nikomu darmo nie dali. Był dumny z tego. Ja nie durak, sztoby darmo dawat’– mawiał Skąd ten dar? Ta życzliwość? Skąd ta niespodziewana wspaniałomyślność? Gdybym się zastanowił, wiedziałbym, że to w najwyższym stopniu podejrzane. Timeo Danaos et dona ferentes (strzeżcie się Danajów nawet gdy przynoszą dary) – zabrzmiało mi w głowie wspomnienie starej maksymy rzymskiego poety Wergiliusza. Lepiej bym zrobił, gdybym usłuchał głosu przeczucia. Nie czas płakać nad rozlanym mlekiem.

   Mordechaj Mordechajowicz Burumstein wręczył mi pięknie opakowany prezent: dania z najlepszej, koszernej restauracji w Jerozolimie, kazał iść i pozdrowić zgromadzonych. Gdy powąchałem, przez papier poczułem dziwny, niemiły zapach. Ale może te owoce morza tak pachną? - pomyślałem.

   To, co się stało tego wieczoru jest trudne do opisania. Trudne i żenujące, wysoce niestosowne, będące istną obrazą dla rozumu, zwykłej ludzkiej przyzwoitości, oraz dla oczu, uszu, i nosa, zwłaszcza dla zmysłu powonienia ciężka to była próba, jednakże obowiązek kronikarza walki o lepsze jutro zmusza mnie, Wacka – blogiera postępowego – do opisania dokładnie, jak obyło się to spotkanie, ta narada, ta debata wyborcza nic nie dodając, nic nie ujmując. Narada strategiczna o minionych i przyszłych wyborach odbyła się wieczorem w sławnym w całym świecie muzeum Polin, muzeum historii Żydów polskich. Wpuszczano nas, tych lepszych, wybranych gości bocznym wejściem, by nie zwracać uwagi, zresztą było już blisko zamknięcia, bowiem ja stawiłem się na 19-tą a w muzeum byli jedynie ochraniarze – stare dziadki dorabiający do emerytury za groszowe stawki godzinowe. Drzemiący na krzesłach dziadki wystarczają, no bo i co tu można ukraść z tego, za przeproszeniem, muzeum?

    W sali konferencyjnej przywitał nas sam dyrektor muzeum Polin. Łysy profesorek w okularach, nazwiska nie pamiętam, wzrostu też nie wiem jakiego. W stosunku do nieznaczących wydawał się wysoki, ni z tego ni z owego wyrastał jak pokrzywa, gdy rozmawiał z ważnymi malał, jakby się kurcząc. Niezwykła właściwość, ale jakże cenna w naszych czasach, zwłaszcza dla osób na stanowiskach, które wymagają giętkości i zdolności do przystosowania. Poza tym jakiś taki oślizgły, samo-przylepny w sposobie bycia. Człowiek z gumy. Po prostu dyrektorek – żelek. Na mnie profesorek ledwie spojrzał, wobec posłów, europosłów, czy eksministrów zginał się w pokłonach. Przyniesiony przeze mnie dar od Wielce Szanownego Mordechaja Mordechajowicza Burumsteina wielce ucieszył żelka – dyrektorka. Zawołał swoje asystentki, te się zakrzątnęły i zaraz na dodatkowych stolach ustawionych w korytarzu wiodącej do sali konferencyjnej pojawiła sią wykwintna zastawa a na niej dania od Mordechaja.

    - Jedzcie państwo! Częstujcie się! To dania z najlepszej, koszernej restauracji w Jerozolimie. Właściwy posiłek, we właściwym miejscu. Istne cudo, sam cymes! Koszerne, najlepsze, najzdrowsze jedzenie, jakie istnieje. Niebo w gębie! Spróbujcie! Jedzcie! Czym chata bogata, tym rada…

    Nie trzeba było długo powtarzać. Goście ochoczo zabrali się do koszernych smakołyków z Jerozolimy. Ludzie, również ci ze szczytów, uwielbiają darmochę. Po kilku minutach talerze były puste jak wymiótł, a goście konferencji kręcili się z markotnymi minami. Oczywiści, ci mniej ważni musieli obejść się smakiem, dla nich brakło, ale ci najważniejsi i najgodniejsi przekąsili co nieco. Właśnie zapomniałbym o najważniejszym, to jest o najważniejszych gościach narady wyborczej. Pierwsza to była premiera Biegacz(ka). Wiem, że to brzmi dziwne, ale za to modnie i nowocześnie: on – premier, ona – premiera. Zatem najważniejszym gościem była premier(a) Biegacz, lub Biegaczka. Następnie europoseł Conti z bardzo kwaśną a markotną miną; przegrał ostanie wybory i skończyło mu słodkie życie w Brukseli. Była i posłanka z koalicji europejskiej Narcyza baronini von Hände und Hoch. Baronini von Hände und Hoch była z kolei wesoła jak skowronek, dostała się do europarlamentu na kolejną kadencję. Koła naukowe, postępowo – liberalne reprezentował sławny filozof, etyk, subtelny intelektualista z Krakowa Józef Bartmann. Pomniejszych dyskutantów nie wymieniam, bo nawet nie warto. Najważniejsze persony godnie i dostojnie podjedli smakołyków koszernych, warto zauważyć, iż szczególną łapczywość na koszerne i darmowe żarcie wykazał Józef Bartman, filozof ale też i smakosz czystego a darmowego jedzenia. Ja również, przyznam się szczerze, chciałem uszczknąć co nieco i chociaż spróbować tych cud-czystych-specjałów, ale dyrektor-żelek czuwał przy stole czujny jak ten żuraw i tak na mnie spojrzał, że nie tylko od razu mi się żydowskich frykasów odechciało, ale poczułem się jak ostatni menel. No trudno, obejdę się smakiem – pomyślałem z żalem, nie wiedząc, jaki to szczęśliwy traf. Potem rozpoczęły się obrady. Pierwsza zabrała głos była premiera Biegacz(ka), zgodnie z hierarchią.

    - Ja nie wiem, no nie wiem, dlaczegośmy przegrali. Mieliśmy świetny program, wspaniałych kandydatów, najlepszych jakich można znaleźć, i wszystko rzuciliśmy do walki. Niestety nie wyszło, naprawdę, nie wiem dlaczego. Ja myślę, że potrzeba ekspertów. Ekspertów, którzy przeanalizują wyniki i podadzą recepty. Musimy powołać komisję ekspertów, najlepszych fachowców i poczekać na ich diagnozę. Tak myślę, bo ja myślę, że to naturalne, eksperci, rady ekspertów są najważniejsze. Nie trzeba się rozliczać, krzyczeć, kto zawinił, bo takie rozliczanie prowadzi do walki i nas osłabia. Nie kłótni, nie walki wewnętrznej nam trzeba. Potrzeba nam ekspertów.

    - No nie wiem, czy sami eksperci wystarczą! – obruszyła się baronini Narcyza von Hände und Hoch – A co z mową nienawiści? Mamy milczeć, gdy nas atakują, obrażają, szkalują!? Mnie, niemiecką baroninę, wyzywają w Internecie od niemieckich szmat, od zdrajców, od folksdojczy! Ścigam ich, śledzę, pozywam ich do sądów, ale sami wiecie, jak działają sądy po rządach dobrej zmiany. Latami trzeba czekać na wyrok, na skazanie gówniarza na grzywnę i więzienie, a kara powinna być od razu. By wychowywać, by robić lepszych ludzi z tego motłochu. Bezkarnie śmieją się ze mnie, z mego nazwiska, z tytułu, z mego męża. To najbardziej boli. Rany zadane memu mężowi! O mój mężu, wybacz mi! Nie chciałam, a ściągnęłam na ciebie potwarz i oszczerstwa. Mój ty Adolfie, baronie von Hände und Hoch. Ty, mój baronie, taki dzielny, taki wierny, taki wspaniałomyślny. Jestem taka dumna, że za ciebie wyszłam, że mnie wybrałeś. Niech mnie nazywają zdrajcą, czy folksdojczem. Jestem dumna z miana folksdojcza! Lepiej jest być posługaczem w Niemczech, w kraju kultury i nowoczesności, sprzątaczką w niemieckim burdelu, niż być polskim hrabią, czy polskim księciem w tym bagnie kołtuństwa, ciemnogrodu, brudu i syfu!

    - Nie chodzi tu o ekspertów, pani premiero – odezwał się Józef Bartmann, filozof i myśliciel i aż się uniósł z oburzenia – Z całym szacunkiem, ale nie tu jest pies pogrzebany, ale o to, że pies zdechł. Nie chodzi o wyniki, choć wyniki wyborów są szokujące, ale gdzie jesteśmy. O prawdę. Jeśli dodać wszystkie głosy na twory, zwane wielce uprzejmie skrajną prawicą, otrzymujemy 52 proc. Tylu Polaków ma za nic bezczelną korupcję, niszczenie instytucji demokratycznego państwa prawa, wulgarną, populistyczną retorykę, nagie przekupstwo i antysemityzm. Degradacja moralna społeczeństwa, będąca następstwem wyjałowienia zdominowanej przez klerykalny nacjonalizm edukacji i zdziczenia obyczajów życia publicznego, odarcia go z wszelkich ideałów, jest widoczna jak na dłoni. To jest problem kulturowy – o wiele głębszy i donioślejszy niż przejęcie państwa przez koterię cwaniaków i prostaków zorganizowanych w partię polityczną. Znikła uczciwość, polityczność, zanikło odróżnienie cynizmu od uczciwości, a prawdomówność przestała być cnotą. Spełnił się czarny scenariusz, jeden z najgorszych. Nie chcą nas wybierać. Nas, lepszych, nie chcą na słuchać, nie chcą naszych pouczeń, naszych światłych rządów, jakie sprawujemy od 1944-go. My a wcześniej ojcowie nasi, i matki, dziadki i bacie nasze. Nie chcą i nie będą nas słuchać.

    Tu z szerokiej piersi filozofa i profesora, spoza jego rudej, kręconej brody wydobył się ni to jęk, ni to stłumione łaknie. Stłumiwszy w mężnej piersi rozpacz i opanowawszy z trudem wzruszenie Józek Bartmann, filozof, etyk i niezłomny bojownik o prawdę, ciągnął dalej…:

   - Jesienna rozgrywka o przyszłość cywilizacyjną Polski wydaje się dziś nie do wygrania. A przecież państwowość w typie II RP i PRL jest naszym przeznaczeniem. Nic lepszego nie mogło i nie może nam się przytrafić. Na tyle zasługujemy. My i oni również, ta podła hołota, ta ciemna środkowoeuropejska tłuszcza, która niczym nie różni się od tej, co w dwudziestoleciu międzywojennym mordowała Żyda, tylko dlatego bo był lepszy, mądrzejszy, uczciwszy i czystszy. Większość Polaków jest zepsuta w takim stopniu, że nie robią na niej wrażenia kolejne afery, które w każdym normalnym kraju w jednej chwili zmiotłyby rząd. W prymitywnych warunkach duchowych polskich, wschodniej Europy liczy się po prostu identyfikacja plemienna i korzyść materialna, wartości moralne i polityczne reprezentowane przez nasze elity nie mają już żadnego znaczenia. Chamstwo pospolite tutaj stało się normą i stylem „społecznościowego” Internetu. Do władzy powraca to samo prostactwo. Czy to zapijaczony, tępy, zabobonny szlachciura w dawnej Rzeczypospolitej, albo jakiś ziemiański półpanek bądź inny sanacyjny drobnomieszczański frustrat, czy to znów ćwierćinteligent z awansu czasów Gomułki – ten sam dureń wciąż (z krótkimi przerwami) rządzi w tym kraju i będzie rządził. Polacy będą głosować na rządzącą partię prostaków i chamów tak długo, jak ich kieszenie będą się do nich uśmiechać, jak będą mieć korzyść materialną. Tylko kryzys może zmienić sytuację. Módlmy się o kryzys, o kataklizm światowy. Tylko tak możemy wrócić do władzy. Gdy rządzącym skończy się gotówka i linia kredytowa, będzie można pomyśleć o zwycięstwie. Tak to działa. O wartościach możemy zapomnieć. Bo to my mamy wartości, to my jesteśmy wartościami! Nie dajmy się zakrzyczeć fałszywej poprawności politycznej! Tak, jestem lepszy. Nie wstydzę się tego, że taki jestem i nie wstydzę się tego powiedzieć. Ludziom, nawet temu ciemnemu, wschodnioeuropejskiemu, polskiemu motłochowi trzeba mówić prawdę. Dla naszego dobra, dla ich dobra. Przez szacunek.

    Profesor Bartmann przerwał jakby sprawdzając, czy mu ktoś zaprzeczy. Ale nikt się nie odezwał, więc ciągnął dalej.

   - To ja, mówiący o głupim i zdemoralizowanym narodzie, przekupionym przez reżim i obojętnym na korupcję, nepotyzm i niszczenie państwa, okazuję ludziom szacunek, a nie dziennikarz z politykiem, rugający mnie w imię godności „wyborcy”. Bo gniew moralny jest przejawem poszanowania, a niezdolność do gniewu – wyrazem pogardy. Trudno bardziej kogoś obrazić, niż mówiąc: „nie jesteś w stanie mnie obrazić”. Że cham i prostak jest potomkiem chłopa pańszczyźnianego itp., że jest jakoś tam nie do końca sam sobie winien, to wszystko jest prawda. Tylko ta prawda nie czyni z niego mniejszego chama ani mniejszego prostaka. Pijak i złodziej, wywożący śmiecie do lasu i wrzucający do pieca plastik, bijący żonę i trzymający psa na krótkim łańcuchu, warczący na Żydów i ledwie umiejący się podpisać – jest bardziej prawdopodobnym wyborcą niż osoba czytająca książki, działająca społecznie, zachowująca się uprzejmie i kulturalnie, szanująca przyrodę i niekrzywdząca zwierząt, tak jak ja, czy moi przyjaciele, krewni. Głupiec, szowinista, antysemita i notoryczny egoista raczej zagłosuje na obskurantów niż na partie postępowe. Jeśli ten pożal się Boże kraj ma się kiedyś stać nowoczesną demokracją, jednym z krajów Zachodu, krajem kulturalnym i praworządnym, musimy dorobić się pokolenia, w którym hołota, będąca łatwym łupem dla populistów i faszystów, będzie tylko małą mniejszością. Ale żeby tak się stało, trzeba wpierw odważyć się powiedzieć, że chamstwo i prostactwo to ich problem narodowy i stałe zagrożenie dla demokracji. Jeśli nie stawimy czoła pospolitemu tu Chamowi, to nie uda nam się stworzyć etycznego i kulturalnego społeczeństwa. To jest nasze zadanie tych lepszych, wybranych, uświadomionych. Dlatego należy nam się więcej, bo dajemy więcej. Poświęcamy się i pracujemy dla tej ciemniej, wstrętnej rzeszy już od czasów Józefa Stalina. To nas los, nasze powołanie, nasze dziedzictwo,. Dlatego zacząć trzeba od takich prostych rzeczy jak pisanie artykułów przypominających, że to społeczeństwo to hołota. I że ten niewątpliwy fakt ma swoje daleko idące konsekwencje polityczne.*

    Tu Józek Bartmann myśliciel z królewskiego grodu i godny profesor najstarszego uniwersytetu w kraju, przerwał nagle swą analizę i zamilkł, jakby mu zabrakło tchu. Istotnie poczerwieniał cały na twarzy, a oczy wyszły mu na wierzch. Nie tylko on naraz zachowywał się dziwnie, również inni postępowali co najmniej nieszablonowo.

    - No tak, no tak, to bardzo dobre, głębokie przemyślenia, słuszne, i ja się z nimi zgadzam, ale, ale, ale… bardzo się śpieszę – odezwała się z widocznym zakłopotaniem premiera Biegacz(ka), która już od dłużej chwili tak nerwowo kręciła się na fotelu, jakby nagle dostała owsiki - Muszę wyjść. Ja, zaraz… Coś mi się przypomniało. Uważam, że eksperci, najważniejsi są eksperci, trzeba zwołać komisję ekspertów… Ja, ja, ja… już nie mogę, eksperci! Już biegnę! – zajęczała.

   Premiera Biegacz zerwała się i pobiegła do wyjścia. Słowo pobiegła nie jest stosowne; może premiera chciała pobiec, lecz biegnąc miała tak kurczowo zaciśnięte uda, że nie bieła, lecz drobiła drobnymi kroczkami. Wyglądało to na bieg japońskiej gejszy ubranej w długie do kostek i ciasno opięte kimono. Zanim dotarło do nas, co znaczy ten dziwaczny niby-bieg eks-premiery, wydarzyło się coś, co przyciągnęło powszechną uwagę.

    - Ja uważam, że musimy szanować się niezależnie od płci, preferencji seksualnych, czy narodowości – wydyszała Narcyza baronini von Hände und Hoch. Mówiła z wielkim trudem, jakby przez zaciśnięte usta, jakby słowa nie chciałby jej przejść przez gardło – Trzeba szanować innych, gejów, trans…, trans-we-we-we-sty-tów – wysylabizowała z trudem to długie słowo baronini Narcyza – i tych tak zwanych folksdojczy. Znienawidzonych… Tym ludziom należy się szacunek, nie pogarda. Folksdojcz to człowiek wielki, wspaniały, człowiek dwóch kultur, dwóch narodów, ludzie z pogranicza. Wiedziałam. Te krewetki coś śmierdziały. Po co je jadłam? Boże, ratuj! Folksdojcz, to brzmi dumie. Szanujcie gejów! Szanujcie folksdojczy! To skarb najcenniejszy…

   Baronini Narcyza von Hände und Hoch nie zdążyła dokończyć, jakim skarbem są folksdojcze, nie wytrzymała, a raczej to Józek Bartmann, etyk i filozof, nie wytrzymał. W trakcie wolnej, trzeba dodać, i z przerwami przemowy baronini Narcyza twarz profesora - filozofa zmieniła kolor z czerwonej na siną. I nagle jak nie chluśnie! Jak nie tryśnie! Jak woda ze strażackiej sikawki, tak trysnęły wymiociny z ust złotoustego filozofa Józek Bartmanna i trafiły prosto w oko baronini Narcyzy von Hände und Hoch, bowiem siedziała naprzeciwko niego, kończąc wywód euro posłanki o błękitnej krwi o skarbie, jakimi dla społeczeństwa są folksdojcze i geje. Było to może i dobre, pasujące zakończenie tej przemowy. Co tam oko! Nie jedno oko, nie dwa, cała twarz baronini Narcyzy ociekała zwróconymi, byłymi posiłkami myśliciela z Krakowa. Baronini Narcyza von Hände und Hoch też uległa, też się wreszcie podała i zwróciła kolację, obiad a może i śniadanie, całą zawartość żołądka, prosto na stół, na talerze, na zastawę tak gwałtownie, że wymiociny rozpryskały się obryzgując siedzących dokoła dyskutantów, w tym głównie Józka Bartmana. W ten sposób chociaż częściowo baronini von Hände und Hoch odpłaciła się profesorowi Bartmannowi za jego zwrot na swej fizjonomii.

   Ale nikt nie myślał o zemście. Jak na komendę, najwybitniejsi dyskutanci panelu, byli ministrowie, posłowie do parlamentu, byli i obecnie wybrani europosłowie wymiotowali tak gwałtownie, jakby to była ostatnia czynność w ich życiu. Jedni wymiotowali, inni robili gorsze rzeczy. Jednych ruszyło górą, innych dołem, wielu i dołem i górą. Jak dyrektora profesora - żelka. Jego długie ciało u góry się kurczyło, na dole wydłużało, lub na odwrót, jakby to był nie dyrektor ważnej instytucji państwowej a sprężyna, albo jakaś gumowata glista, czy inne pełzające stworzenie. Nie uwierzyłbym, że ciało człowieka ma takie możliwości, gdybym tego nie widział na własne oczy. Były europoseł Conti wyglądał chyba najgorzej. Początkowo nie dostał porcji daru Mordechaja Mordechajowicza – przegrał wybory i więc dla niego nie starczyło, polityka nie zna litości – atoli dyrektor-żelek, czy to ulitował się nad upokorzonym eks-europosłem, czy też uznał, że jednak warto w niego co nieco zainwestować, dość, że podzielił się z byłym europosłem częścią swojej porcji owoców morza z koszernej restauracji w Jerozolimie. Bodaj by tego nie czynił. Były europoseł Conti siedział na swoim krześle od pasa w górę zarzygany, od pas w dół obe…, sami wiecie co, trząsł się i bełkotał coś, co trudno było zrozumieć:

    - Ja! Ja, ja aaa…, ja wszystko, oooo… wszystko robiłem. Zrobiłem. Donosiłem, tak, donooosiiiłeeeem, ale dla dobra ludzkości, dla deeemokracji. Dlaaa. Języki. Mój język! Tyle umiem. Tyle wiem. I nie wybrali! Nie wybrali! Przegrałem! Ja zawsze, zawszeee, dawałem z siebie, cooo najlepsze! Cały dla innych. I za to mnie przegnali! Koniec! Żegnajcie, uuuuu! diety! Żegnaj Brukselo! I jeszcze to! Uuuumieram! Nie chcę żyć dłużej!

   Europoseł Conti dygotał i bełkotał, płakał i rzygał i sr… jednocześnie. Oto do czego prowadzi polityka. Polityka w najczystszym wymiarze – czyli poświęcanie się dla innych. Ba, działo się o wiele więcej. Aż skromny kronikarz – blogier postępowy nie nadążał wszystkiego dostrzec i spamiętać. Ciekawe, że mniej ważni uczestnicy konferencji pozostali cali i zdrowi i tylko patrzyli na gwałtownie zwracających i wypróżniających się notabli w niemym osłupieniu. Mnie również nic nie było. Tajemnica rozjaśniła się, gdy na twarzy baronini, czy profesora, ujrzałem coś, co przypomniało krewetkę, czy małżę. Owocami morza można się fatalnie zatruć – przypomniałem sobie. W drugiej myśli pogratulowałem sobie, że nic nie zjadłem i nawet podziękowałem w duchu dyrektorowi-żelkowi, że mnie upilnował, gdy inna myśl postawiła mnie na równe nogi.

    - Zabiję cię! Zabiję, ty sku…nie! Zabiję, jak tylko wyzdrowieję! – wyskrzeczał do mnie dyrektor muzeum, gdy trzymając się za brzuch zgięty w pół szedł wolno do wiadomego miejsca. Nie był w stanie ani krzyczeć, ani biec, wlókł się noga za nogą, a tryskało z niego równo tak z górnego, jak z dolnego otworu.

    No czas na cię Wacek, zwiewaj, bo zwalą wszystko na ciebie! I będzie z tobą naprawdę kiepsko - pomyślałem sobie. Przecież to nie moje danie ich zatruło, a Mordechaja Mordechajowicz Burumstiena, a na mnie wszystko zwalą. Mnie obwinią. Mnie, nie jego! Mordechaj Mordechajowicz znowu mnie wystawił!

    - To nie ja! To Mordechaj Mordechajowicz Burumstein wam to zrobił! Mordechaj Burumstein winien! Nie ja! – krzyknąłem rozpaczliwie i rzuciłem się do ucieczki.

    Czas był najwyższy. Wymiociny i biegunka tak wielu ludzi w ciasnym i nagrzanym pomieszczeniu bez okien, zamieniły salę konferencyjną w istne piekło dla oczu, uszu, przede wszystkim dla zmysłu powonienia. Zatkanie nosa nie pomagało. Ten wstrętny wymieszany odór palił w ustach, gardle, czuło się go nawet na skórze. Wybiegłem w panice. Za drzwiami prawie wpadłem na byłego posła, obecnego europosła Żuczka, który razem ze swoim partnerem panem Chichotkiem spóźniony zmierzał na debatę publiczną.

    - Gównem tu śmierdzi, jak miło. Czuję się jak na gejowskiej imprezie, jak w gejowskim kubie. O, rzesz k… – zaklął pan Chichotek oglądając podeszwę buta. Wdepnął niechcący w brązową strugę, jaką zostawiał po sobie na wyfroterowanej posadce dyrektor – żelek.

    - Jednak ja lubię ten zapach i smak. Gó…o to zapach i smak naszej miłości – powiedział czule i z rozmarzeniem pan Chichotek. Europoseł Żuczek tylko poklepał partnera po pupie.

    Co było dalej nie wiem. Uciekłem. I uciekam do tej pory. Przeciwko mnie wszczęło śledztwu CBA, ABC, BeBeDe, i wiele innych tajnych i jawnych policji, organizacji i służb państwowych. Podobno również FBI, Mossad i Federalny Urząd Ochrony Konstytucji (BfV), czyli niemiecki kontrwywiad również mnie ściągają. Mossad – wywiad izraelski za profesora Bartmanna, Federalny Urząd za europosłankę Baroninę Narcyzę von Hände und Hoch. Za co Amerykanie, nie mam pojęcia. Ale umieścili mnie w dziesiątce najbardziej poszukiwanych terrorystów świata. W ogóle to wybucha straszna chryja. Najwięcej krzyczała baronini Narcyza. Jeszcze ze szpitala wrzeszczała… Czy mogła krzyczeć? Nie za bardzo przy jej ciężkim stanie, odwodnienie, osłabienie itp. Ale baronini Narcyzę von Hände und Hoch dawała wywiady, gdzie dowodziła, że to był zamach na jej życie! Że faszystowski, populistyczny rząd próbował ja zamordować za pomocą trucizny. Że jest męczennicą liberalnej demokracji, wolności i praw osób LGTiBiQiZiPi…A ja byłem niby tym rządowym siepaczem! Co robić? Taka moja dola. Mnie niewinnego, prokuratora ściga listami gończymi pod zarzutem otrucia wielu osób, usiłowania morderstwa tudzież zamachu na najwyższe władze państwowe. Jaka tu trucizna? Ot, zepsute owoce morza. Jeśli to broń biologiczna, to znana od tysiącleci. Trzeba był nie żreć, jak śmierdziały. A na mnie zwalają! Mordechaj Mordechajowych Burumstein oczywiście się wyparł wszystkiego i zwalił winę na mnie. Zeznał, że najpierw jego próbowałem otruć, zaprawiając trucizną dania jakie sobie sprawdził z najlepszej, koszernej restauracji w Jerozolimie, potem innych. Rozmawiałem z nim telefonicznie, wieczorem zaraz po tych wydarzeniach. Sam do mnie zadzwonił. Mordechaja Moredechajowicza Burumsteina, chociaż sam bardzo chory, niezmiernie ucieszyła moja opowieść o debacie.

    - No, i dobrze im tak! Ja choryj to oni niech cierpiut’! Trzecie wybory prograli. Do niczego innego oni nie nadajut. Przegrane gnojki Duraki! Niech się nauczą, kak nada wygrwywat’. Jak nie, to niech zdychajut, niech srajut’ i żigajut’ na smiert'!

    Teraz pływam. Zaciągnąłem się na jeden z jachtów, które pływają koło Malediwów. Praca lekka, jedzenie dobre, ocean turkusowy i ciepły, słonce… Czego chcieć więcej? Po co mam wracać? Z drugiej strony zobaczyć pan profesora, wybranego z wybranych, i panią europosłankę z plemienia folksdojczy jak rzygają na siebie nawzajem, a nie jak zwykle, razem, zgodnie na nas, to jednak wielka rzadkość. Albo obesr… i obrzyganego byłego europosła Conti, wydalającego z siebie to, co ma najlepsze. Wartość sama w sobie. Aby tylko to zobaczyć, warto było pójść na ową konferencję i zanieść zatruty dar Wielce Szanownego Mordechaja Mordechajowicza. Dlatego nie mam nawet specjalnego żalu do Mordechaja Mordechajowicza Burumsteina, że mnie znowu wrobił i wykorzystał mą naiwność, któryś raz z rzędu.

   Kto wie? Może i wrócę? Niech najpierw afera nieco przycichnie. Podobno Józek Bartman mędrzec z Krakowa, już wyszedł ze szpitala. Wszedł filozof, wyszedł cień filozofa. Chyba jednak wrócę, gdy odpocznę. Opalę się w słońcu tropików. Obowiązek wzywa. Kiedy sprawa przyschnie…? Gdy będą kolejne wybory? Ktoś musi przecież walczyć o lepsze jutro ludzkości. Jeśli nie ja, to kto? Jeśli nie teraz, to kiedy? Jedno jest pewne. Od tamtych wydarzeń unikam, jak ognia dań z owocami morza, oraz żydowskiej, czystej, czyli koszernej kuchni. Nie są to dania na mój pospolity, prostacki żołądek.

 

*https://hartman.blog.polityka.pl/2019/05/27/biedron-czarzasty-i-cala-ta-... i inne

 

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie tekstu tylko za zgodą autora.

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (1 głos)