CZY WARTO UMIERAĆ ZA PARYŻ?

Obrazek użytkownika Arnold Parszawin
Świat

  Pod koniec lat trzydziestych ubiegłego wieku Francuzi, zaczadzeni pacyfistyczną ideologią, nie widzieli żadnego powodu, by umierać za  Gdańsk. Wkrótce miało się też okazać, że nie tylko nie warto umierać za Gdańsk, ale także za sojuszniczą Warszawę. Wiele, jeżeli nie wszystko, przemawia za tym, że nieuchronnie zbliża się dzień sądny dla samego Paryża. I tak, jak w okresie międzywojennym wolę oporu Francuzów paraliżował pacyfizm, tak dzisiaj obezwładnia ich szaleństwo kolejnej lewicowej ideologii - politycznej poprawności. Nie dość że to właśnie poprawnościowej aberacji Francuzi zawdzięczają utratę kontroli nad skalą  pozaeuroopejskiej migracji, w tym islamskiej, to (jak słychać) jedynym lekarstwem na ich problemy z islamistami ma być, a jakże, jeszcze więcej tolerancji i otwartości. No cóż, każdy kowalem swojego losu.

   Widząc fanatyzm i determinację terorystów Allaha nie liczyłbym na to, że pozostawią przestraszonym Francuzom gdzieś jakiś rezerwat a la Vichy, w którym pozwolą im dalej miłować pokój, dobrobyt i swoją wyrafinowaną kuchnię.

   Ale, ale - jest jeszcze dla zaniepokojonych o swoją przyszłość Francuzów iskierka nadziei! Mam na myśli to, co zostało z linii Maginota - może nie jest to schronienie dla milionów obywateli, ale dla wielu tysięcy już tak. Na pewno pomieści się tam francuska intelektualna elita, która nie wyobraża sobie świata wolnego od politycznej poprawności. A gdy już wybrani szczęśliwcy zasiedlą opuszczone niegdyś bunkry, pozostanie im jeszcze ostatnia, oby nie płonna, nadzieja - niemiecka odsiecz od wschodu.

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 4.6 (głosów:8)