Kłódka

Obrazek użytkownika amigo
Humor i satyra

KŁÓDKA

Anglik to ma fajne życie!

"Anglik" piszę niejako symbolicznie, bo chodzi mi o wszystkich, których językiem ojczystym jest język angielski. Taki człowiek - nazwijmy go "człowiekiem anglojęzyczym" - beztrosko porusza się po całym świecie, niemal nie odczuwając, że opuścił granice swojego kraju. Ludność prawie całego świata niemal staje na głowie, by człowieka anglojęzycznego zrozumieć i odpowiadać mu w jego ojczystym języku. Nieznajomość języka angielskiego staje się we współczesnym świecie wręcz rodzajem upośledzenia... Ano - czy się to komu podoba, czy też nie - angielski stał się taką współczesną łaciną i jednym ludziom (tym anglojęzycznym, ma się rozumieć) z tym dobrze, a innym - niekoniecznie.

Tę "uprzywilejowaną" część ludzkości, oprócz pewnego "rozleniwienia językowego" dotyka i inna przypadłość. Jest to swoiste przeświadczenie o "nadrzędności", "pierwotności" języka angielskiego w stosunku do jęzków pozostałych. I nie chodzi tu o jakieś poczucie wyższości, ale raczej o jakąś, wzbudzającą uśmiech pobłażania nieporadność w zderzeniu z innym językiem. To nie tyle arogancja, co ignorancja kogoś, kto od dziecka, niejako "z urodzenia" posiadł najbardziej uniwersalny język świata. Z tej niezawinionej nieporadności zdaje sobie sprawę mój znajomy Łotysz o imieniu Ivo (w Polsce dość rzadko występujące jako Iwo), który wciąż, mimo zwracania uwagi, nazywany jest przez swoich anglojęzycznych kolegów "ajwou". Kiedyś protestował. Teraz już tylko się bezsilnie uśmiecha.

Taki "nonszalancki" stosunek do języków obcych dotyka wszelkie warstwy społeczeństw anglojęzycznych. Oto w jednym z londyńskich kościołów, celebrujący mszę, przybyły z USA ksiądz, z uporem zamienia łacińskie "amen", na "ejmen", akcentując przy tym ostatnią sylabę, co łudząco przypomina luzackie zawołanie "ej, człowieku!". Z kolei pewien amerykański profesor(!) filozofii chrześcijańskiej, podczas swojego wykładu przywołuje łaciński tytuł jednej z papieskich encyklik "Mater et Magistra" (Matka i Nauczycielka), słowami "mater et madżistra". A żeby było jeszcze śmieszniej, osoba prowadząca to spotkanie napomina słuchaczy, aby zadając pytania profesorowi starali się streszczać, bo "czas ucieka" i - na swoje nieszczęście - posługuje się przy tym łacińskim zwrotem "tempus fugit", wymawiając, a jakże: "termpus fjudżit". Wyobraźmy sobie tutaj jakiegoś Polaka, choćby i słabo wykształconego, który wymawiając z angielska nazwę miasta Nowy Jork powiedziałby "new york", a nie "nju jork". Prawda, że mało prawdopodobne? Ten nasz brak "uprzywilejowania" ma więc swoje dobre strony - chcąc porozumieć się poza granicami naszego kraju, musimy poznać choć podstawy obcych jęzków.

Kiedyś jedna ze znajomych "osób anglojęzyczych" o imieniu Jenny, zapytała mnie z zaciekawieniem:

- Dlaczego ty i twoja żona nosicie róźne nazwiska?

- Jak to - przecież to nieprawda! - zaprotestowałem

- Ale przecież twoje kończy się na "ski", a jej na "ska" - odparła całkiem logicznie.

Po wyjaśnieiu, że niektóre nazwiska polskie mają swoją "płeć", dodałem, że u nas również rzeczy mają swoje "płcie". Widząc wyraz niedowierzania na jej twarzy, posłużyłem się przykładami.

- Zobacz: szafa, to u nas "ta - ona", stół, to "ten - on", a okno, to "to - ono"

- Jak to, przecież to wszystko powinno być "to". To wszystko są rzeczy przecież! - zakrzyknęła niezmiernie zdumiona Jenny.

Kilka lat temu jechałem samochodem wraz z Johnem, "rasowym" Aglikiem, przez Londyn. Jazda się dłużyła, rozmowa błądziła po różnych tematach, aż - nie pamiętam już dlaczego - padło to słowo...

- Jak jest po waszemu padlock - postanowił się dowiedzieć John

- Kłódka

- Jak? - nadstawił ucha

- Kłódka - powtórzyłem uprzejmie

- Kutka - wypowiedział z trudem John

- Nie 'kutka", tylko "K-Ł-Ó-D-K-A" - poprawiłem, wyraźnie wymawiając każdą literę

- No przecież mówię: "K-U-T-K-A" - oburzył się John

Machnąłem w duchu ręką, a John z przejęciem jął powtarzać, niejako smakując nowo poznany wyraz: kutka, kutka, kutka...

Po chwili, najwyraźniej zadowolony z siebie, postanowił kontynuować naukę języka obcego:

- Słuchaj - a jak ich więcej, to będzie "kutkas" - nie? - zawołał absolutnie pewny, że tak samo jak w angielskim, w każdym innym języku liczbę mnogą uzyskuje się poprzez zwykłe dodanie do wyrazu litery "s"

- Nie - odpowiedziałem bezlitośnie

- Jak to - "nie"? - zapytał z jakąś pretensją w głosie

- Ano: nie. Dwie, to nie będą "kutkas", tylko "kutki" - doceniając jego wysiłek, odpuściłem juz zupełnie sprawę wymowy.

John spojrzał na mnie jakoś nieufnie. Po chwili milczenia zaczął pracowicie powtarzać: "kutka - kutki, kutka - kutki, kutka - kutki..."

I naprawdę nie wiem co mnie podkusiło, żeby sprawę kłódki doprowadzić do końca:

- John, ale to nie wszystko...

John przestał "kutkować" i spojrzał na mnie badawczo, marszcząc przy tym brwi

- Nie wszystko? - zapytał przeciągle

- No, bo widzisz - jedna, to jest "kutka", dwie, trzy i cztery, to są "kutki", ale już od pięciu... - w tej chwili spojrzałem na Johna i urwałem. Z jego twarzy zniknęło skupienie. Był spokojny, ale wyglądał jak ktoś, kogo bardzo, ale to bardzo oszukano. Przez chwilę patrzył na mnie z jakimś niewymownym wyrzutem, a potem wycedził przez zaciśnięte zęby:

- F.ck off!

Choć Johna nadal widywałem później, i to niemal codziennie, to nie pamiętam żebym mu cokolwiek jeszcze tłumaczył na polski. Jakoś nie chciał... 

Twoja ocena: Brak Średnia: 4.1 (3 głosy)

Komentarze

Piszesz o  ciekawym zjawisku fonetycznym , czyli ubezdżwięcznieniu w tym wypadku wstecznym spółgłoski dżwięcznej pod wpływem bezdżwięcznej wystepującej w sąsiedztwie. Kłódka wymówimy jak "kłutka", jabłko jak "japko" itp ... taka jest  prawidłowa wymowa tych słów.

 

 

 

Vote up!
1
Vote down!
-1

Wolność, godność, honor - tego nic nie zastąpi.

 

#1509506