Chiny wypływają na pełny ocean

Obrazek użytkownika Maciej Konarski
Świat

Chińskie okręty wezmą udział w międzynarodowej operacji antypirackiej, prowadzonej na somalijskich wodach. To kolejny dowód wskazujący, iż Pekin powoli rezygnuje z pasywnej polityki militarnej i coraz chętniej angażuje swoich żołnierzy poza granicami kraju.
    
Śpiący olbrzym

Chiny przez większą część swych dziejów nie prowadziły specjalnie agresywnej, ani tym bardziej dalekosiężnej polityki zagranicznej. Nie zmieniło tego nawet przejęcie władzy przez partię komunistyczną (1949), której marksistowsko-leninowska ideologia zakładała przecież konieczność eksportu światowej rewolucji. Owszem, ChRL wspierała w latach zimnej wojny różnej maści „ruchy narodowowyzwoleńcze” ale na pewno nie tą skalę co chociażby Związek Sowiecki. Ponadto, Państwo Środka stosunkowo niechętnie angażowało się militarnie poza swymi granicami. Dość powiedzieć, że wszystkie chińskie interwencje wojskowe podejmowane w minionym wieku (Korea 1950, Tybet 1951, Kaszmir 1962, Wietnam 1979) miały dość ograniczony charakter oraz podejmowane były tylko w bezpośrednim sąsiedztwie Chin i wyłącznie w sytuacji, gdy Pekin uznał, że jego żywotne interesy zostały zagrożone. Do 1989 r. Chiny nie angażowały się również w żadną operację pokojową prowadzoną pod auspicjami ONZ.

Bezprecedensowy wzrost potęgi gospodarczej Chin, którego świadkiem byliśmy przez ostatnie 20 lat, może jednak doprowadzić do rewizji dotychczasowej polityki niezaangażowania. Oficjalnie Chiny wciąż są orędownikiem świętej zasady suwerenności państwowej oraz akcentują sprzeciw wobec unilateralnych działań w polityce międzynarodowej (patrz ich postawa w czasie kryzysu w Kosowie czy Iraku). Niemniej jednak, Pekin prowadzi coraz bardziej globalne interesy, a to może już wkrótce wymusić na nim stosowne działania na niwie politycznej i wojskowej. Zdaniem niektórych analityków, pierwszy balon próbny Chińczycy wypuszczają właśnie w Rogu Afryki.

Ludowa Flota wyrusza na misję

Somalia… co mogę napisać o tym kraju, czego nie napisałem już wcześniej lub czego nawet lepiej nie napisali inni? Od 1991 r. Somalia nie posiada rządu centralnego i pozostaje klasycznym wręcz państwem upadłym. Północne prowincje de facto uzyskały niepodległość, a pozostała część kraju pogrążona jest w nieustannej wojnie domowej. Dziś wspierani z zewnątrz islamiści walczą zaciekle z prozachodnim rządem tymczasowym oraz miedzy sobą wzajemnie, a ludność cywilna rokrocznie staje w obliczu groźby klęski głodowej. W całym tym chaosie doskonale prosperują pirackie gangi, siejące postrach nawet na akwenach znacznie oddalonych od Somalii. Problem ten występuje co prawda już od kilkunastu lat ale dopiero w ostatnich dwóch latach przybrał tak duże rozmiary, że wzbudził zaniepokojenie światowych mocarstw. Międzynarodowe Biuro Morskie ocenia, że w ubiegłym roku somalijscy piraci zaatakowali 217 statków, z czego porwali 47 jednostek z 867 osobami na pokładzie. W 2008 r. miało miejsce 111 ataków ale porwań proporcjonalnie więcej – bo aż 42. Somalijscy piraci zaczęli nie na żarty zagrażać światowemu handlowi morskiemu, gdyż głównym ich łowiskiem są wody Zatoki Adeńskiej (brama do Kanału Sueskiego), przez którą przebiega jeden z najruchliwszych szlaków żeglugowych na świecie.

W tej sytuacji wiele państw przystąpiło z błogosławieństwem ONZ do zabezpieczania wód okalających Somalię. Na tamtejszych wodach działały misje wojskowe NATO i UE, pojawiły się również działające samodzielnie okręty wojenne z USA, Rosji, Indii, Japonii, a nawet Iranu. Co prawda rezultaty ich działań są póki co dość dyskusyjne ale załogi statków handlowych nie są już na tych wodach tak bezbronne, jak miało to miejsce jeszcze rok temu.

Chiny nie okazały się gorsze od pozostałych mocarstw. Pod koniec grudnia 2008 r. skierowały na somalijskie wody flotyllę złożoną z dwóch niszczycieli i okrętu zaopatrzeniowego, których zadaniem było konwojowanie statków handlowych pływających pod chińską banderą oraz w razie potrzeby udzielanie pomocy innym statkom zaatakowanym przez piratów. W listopadzie 2009 r. dowództwo chińskiej Floty Południowej podało, że chińskie okręty zapewniły ochronę blisko 1100 statkom handlowym, unikając jednak przy tym jakiegokolwiek starcia z piratami.

Udział Chińczyków w działaniach antypirackich był szeroko komentowany. Była to bowiem pierwsza tak skomplikowana operacja przeprowadzona przez chińską marynarkę wojenną poza własnymi akwenami (dotychczas chińskie okręty wojenne przeprowadzały co najwyżej kurtuazyjne wizyty w obcych portach). Zachęceni sukcesem Chińczycy postanowili zaangażować się jeszcze bardziej. 29 stycznia rząd w Pekinie oficjalnie potwierdził, że okręty chińskiej marynarki wojennej nie będą już więcej działały samodzielnie na somalijskich wodach, lecz wejdą w skład międzynarodowych sił morskich SHADE (Shared Awareness and De-confliction), z perspektywą uzyskania ich rotacyjnego przewodnictwa. Chińska flotylla zostanie też wzmocniona liczebnie.

Dla zasad i dla interesu

Wejście chińskich okrętów w skład sił SHADE tamtejsze media otrąbiły jako sukces. podkreślając iż Chiny będą odtąd odgrywać „centralną rolę” w tej ważnej międzynarodowej operacji. Wychodzący w Hong Kongu South China Morning Postnapisał z kolei, iż „Chiny udowodniły swoją wartość jako globalny gracz”. Stąd zdaniem niektórych analityków, Chiny angażując się silnie w walkę z somalijskimi piratami chcą udowodnić, iż są w stanie dać istotny wkład do budowy światowego systemu bezpieczeństwa zbiorowego oraz są świadome swojej odpowiedzialności w roli nowego globalnego aktora.

W grę wchodzą jednak również poważne interesy. Chiny posiadają jedną z największych flot handlowych na świecie, a ich gospodarka jest w dużej mierze uzależniona od handlu zagranicznego - prowadzonego zasadniczo drogą morską. Szczególnie ważnym partnerem handlowym pozostają dla Państwa Środka zwłaszcza kraje Afryki i Bliskiego Wschodu, skąd pozyskuje ono niezbędne surowce energetyczne. Chińskie szlaki handlowe z tym rejonem świata biegną tymczasem przez zagrożone pirackimi atakami wody zachodniego Oceanu Indyjskiego. Przez Zatokę Adeńską przepływa rocznie 1200 chińskich statków, spośród których niejeden padł już ofiarą pirackiego ataku. Między innymi, w październiku ubiegłego roku porwany został chiński masowiec „De Xin Hai” (uwolniono go miesiąc temu prawdopodobnie po zapłaceniu okupu), a w listopadzie piraci zaatakowali tankowiec z Hong Kongu, płynący w rekordowej odległości 1000 mil morskich od somalijskiego Mogadiszu. Chiny broniąc tamtejszej żeglugi bronią więc w znacznej mierze swojego bezpieczeństwa ekonomicznego. Ponadto mówi się o chińskich planach eksploatacji złóż ropy naftowej w de facto niezależnym somalijskim Puntlandzie. Pekin włączając się aktywnie w międzynarodową operację przeciwpiracką uzyskuje tymczasem pewność, iż bez jego zgody nie dojdzie w tym regionie (gdzie mieści się większość pirackich baz) do żadnej unilateralnej interwencji, która mogłaby pokrzyżować te plany.

Last but not least, Chiny mają również okazję sprawdzić, jak ich marynarka poradzi sobie podczas pierwszej (niektórzy mówią, że od czasów dynastii Ming) poważnej operacji dalekomorskiej. Póki co test wypada pozytywnie, zwłaszcza na tle indyjskiego konkurenta, którego marynarka podczas antypirackiej misji zatopiła przez pomyłkę tajlandzki trawler rybacki wraz z niemal całą załogą.

Początek „wielkiej gry”?

Nie jest wcale powiedziane, iż eskapada chińskiej marynarki skończy się wyłącznie na polowaniu na piratów. Zapewne nie przez przypadek, na miesiąc przed ogłoszeniem decyzji o wejściu Chińczyków w skład sił SHADE, emerytowany wiceadmirał Yin Zhou udzielił wywiadu dla służb prasowych ministerstwa obrony ChRL, w którym stwierdził, iż Chiny powinny instalować swoje bazy morskie poza granicami kraju. Co prawda oficjalne czynniki rychło odcięły się od jego wypowiedzi, lecz specjaliści rychło zwrócili uwagę, że chińską specjalnością jest wysyłanie tego typu balonów próbnych przed podjęciem rzeczywistych kroków na arenie międzynarodowej. Tak było m.in. przed rozpoczęciem somalijskiej operacji w grudniu 2008 r.

Jeżeli Chiny rzeczywiście maja zamiar odgrywać rolę globalnego gracza, to takie posunięcie byłoby jak najbardziej logiczne. Żaden kraj aspirujący do roli mocarstwa nie był nigdy w stanie osiągnąć tego statusu nie posiadając silnej floty wojennej, a ta potrzebuje stałych baz jeżeli ma działać intensywnie na oddalonych od ojczyzny akwenach. W przypadku Chin jest to również o tyle istotne, iż jak już wspomniałem ich gospodarka jest znacznie uzależniona od handlu morskiego.

Gdzie zostałyby ulokowane pierwsze takie bazy? Jednym z pierwszych kandydatów wydaje się Afryka, gdzie Chiny posiadają bardzo istotne interesy polityczne i gospodarcze oraz pozostają w zażyłych stosunkach z większością tamtejszych rządów. To ułatwiłoby zapewne uzyskanie zgody na rozlokowanie swoich instalacji militarnych w regionie. Ponadto udział Chin w antypirackiej operacji w Somalii, dla której zielone światło dała sama ONZ, jest znakomitym pretekstem do wystąpienia z taką propozycją.

Już teraz w Afryce jest obecnych od 1200 do 5000 chińskich żołnierzy (gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że większość z nich bierze udział w misjach pokojowych ONZ). Co najmniej 43 afrykańskie państwa w jakiejś formie utrzymują też stosunki wojskowe z Pekinem, a między 2001 a 2006 r. wysocy rangą dowódcy Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej odwiedzili Afrykę aż 30 razy. Co prawda, żaden kraj afrykański oprócz RPA nie prowadzi regularnych konsultacji wojskowych z ChRL ani nie bierze udziału we wspólnych ćwiczeniach wojskowych ale wydaje się, że przy dzisiejszym klimacie politycznym nie trzeba wiele, by ten stan uległ zmianie. Chiny mogłyby przy tej okazji dać prztyczka w nos USA, które z mają duże problemy z uruchomieniem swojego lokalnego centrum operacyjnego (AFRICOM) na kontynencie.

Przy okazji warto też wspomnieć, iż chińska obecność na kontynencie wywołuje w wielu krajach coraz większy sprzeciw zwykłych obywateli oraz niektórych organizacji rebelianckich. Do ataków na chińskie instalacje naftowe dochodziło miedzy innymi w Etiopii, Nigerii i Sudanie. Pułkownik Susan Puska, amerykańska analityczka wojskowa, wskazuje w tym kontekście, że obecność chińskich żołnierzy w Afryce mogłaby uchronić przed ewentualnymi atakami liczne chińskie obiekty i ich pracowników.

O wiele większe emocje budzi jednak chińska aktywność w krajach „bliskiej zagranicy”. Indie nerwowo reagują na pogłoski o możliwej budowie chińskich baz wojskowych w Birmie, Pakistanie i na Sri Lance. Zdaniem indyjskich komentatorów może to zachwiać równowagą strategiczną w rejonie Azji Południowej. Generał Ashok K. Mehta, niezależny ekspert wojskowy, twierdzi wręcz, że Chiny realizują plan okrążania Indii, który określa jako politykę „budowania naszyjnika z pereł”. Z kolei Rosja z niepokojem przyjmuje rosnące zainteresowanie Chin regionem Azji Centralnej, które z dawna uważa za swoją wyłączną strefę wpływów.

Wielu ekspertów uważa, że w wyniku rosnącej potędze Chin w Azji rozpocznie się rychło wyścig zbrojeń i geopolityczna „wielka gra” na wzór tej XIX-wiecznej, którą prowadziły europejskie mocarstwa. Wszystko zależy od tego, czy Państwo Środka zdecyduje się porzucić swą tradycyjnie pasywną politykę zagraniczną i silniej zaakcentować swe mocarstwowe aspiracje. Kilka okrętów wojennych na somalijskich wodach nie przesądza jeszcze, że tak się stanie. Niemniej jednak, warto uważnie śledzić rozwój wypadków.

Źródła:

Ocena wpisu: 
Brak głosów