Europejskie Eldorado (14) – Agonia polskiego przemysłu i rolnictwa. Pytania 5-9

Obrazek użytkownika Satyr
Świat

Odpowiadając na kolejne pytania, – celowo powołałem się na słowa prounijnych urzędników, ekonomistów i dziennikarzy, którzy wypowiadali się na łamach prounijnej i antypolskiej prasy. Jeśli przytoczyłbym krytyczne słowa pod adresem UE i „polskich negocjatorów”, które wypowiedzieli eurosceptycy, to zostałbym posądzony o stronniczość w ocenie integracji Polski z UE. Ale kiedy owe krytyczne słowa padły z ust euroentuzjastów, to Szanowni Czytelnicy nie powinni już mieć wątpliwości, że nasze członkowstwo w UE jest nam tak potrzebne, jak czyrak na tyłku. Ale pozbycie się tego czyraka nie jest takie proste, ani szybkie. Potrzebna jest bowiem… wola polityczna, której teraz nie ma, bo „rządzący” w RP nie wiedzą lub udają, że nie wiedzą, co to jest rachunek ekonomiczny i polski interes narodowy.

 

 

5.  Czy prawdą jest, że UE niejednokrotnie stosowała nieuczciwe praktyki ograniczające eksport polskich produktów do Unii?

 

   Było tak i to niejednokrotnie. Szeroko pisała o tym Elżbieta Kawecka-Wyrzykowskaksiążce wydanej przez Polskie Wydawnictwo Ekonomiczne w roku 1999 pt.: „Polska w drodze do Unii Europejskiej”. Według autorki, Unia Europejska nieraz zaskakiwała polskich dostawców, wprowadzając praktycznie z dnia na dzień nowe utrudnienia polskim eksporterom, zwłaszcza artykułów rolnych. UE zastosowała też dość arbitralne reguły w procedurach antydumpingowych. Zdaniem  Kaweckiej-Wyrzykowskiej, zastosowane przez UE procedury, a często ich brak (np. wprowadzanie ograniczeń importowych w piątek z datą obowiązywania od poniedziałku, co utrudniało dotarcie do „eksportu w drodze”) oraz nadmiernie restrykcyjne środki, np. zakaz importu mięsa i żywych zwierząt parzystokopytnych pod pretekstem pryszczycy, której – jak się później okazało – nie było w Polsce! Nie miały często – zdaniem strony polskiej – dostatecznego uzasadnienia. Tworzyły one nieuzasadnione dolegliwości w eksporcie do Unii  i miały negatywny wpływ na polski eksport, a także na atmosferę wzajemnych stosunków. Ponadto posunięcia restrykcyjne Wspólnoty niwelowały nierzadko koncesje, jakie wcześniej zostały przyznane polskim dostawcom.

 

   W kwietniu 1993 roku doszło do szczególnie wymownego zademonstrowania hipokryzji polityki UE wobec Polski – tzw. wojny pryszczycowej. Komisja Europejska w oparciu o fałszywe zarzuty o rzekomej pryszczycy w Europie Środkowo-Wschodniej wprowadziła zakaz importu na terytorium Dwunastki produktów chowu i zwierząt rzeźnych. Jak pisała E. Kawecka-Wyrzykowska: „decyzja ta szczególnie brzemienna w skutkach dla Polski, która eksportowała znaczne ilości bydła i owiec do UE (w tym czasie Polska była największym wśród tych krajów dostawcą młodego bydła opasowego i cieląt do UE), została podjęta bez jakichkolwiek konsultacji z krajami, których zakaz ten dotyczył. Wzbudziła tym większe zdziwienie, że w Polsce od 1972 roku nie stwierdzono pryszczycy i kraj był uznawany za wolny od tej choroby”. W rezultacie postawienia przez EWG fałszywych zarzutów o rzekomej pryszczycy w Polsce, kraj nasz stracił około 30-32 milionów USD z tytułu nie zrealizowanego eksportu żywca. I co cie0kawe, w opinii Jana Krzysztofa Bieleckiego – antypolaka: „Zarzut pryszczycy był wybiegiem EWG”, co ujął w wywiadzie zamieszczonym w „Życiu Warszawy” 16 lipca 1993 roku. Zwrócił wówczas uwagę, że ten „chwyt poniżej pasa” był użyty w celu wypchnięcia Polski z rynku Wspólnoty.

 

   Warto w tym kontekście przytoczyć uwagi Jacka Saryusza-Wolskiego, będącego ówcześnie pełnomocnikiem rządu ds. integracji z UE oraz pomocy zagranicznej, skądinąd na ogół niezbyt skorego do eksponowania ciemniejszych stron w naszych stosunkach z UE. W swym wywiadzie dla tygodnika „Wprost” z 8 sierpnia 1993 r. Saryusz-Wolski mówił o wyraźnym nasilaniu się tendencji protekcjonistycznych ze Wspólnotą, które doprowadzają do tego, że władze EWG „tylnymi drzwiami wprowadzają różne obostrzenia”. I tak na przykład pod pretekstem występowania pryszczycy w Polsce wprowadzono wobec nas różne ukryte restrykcje handlowe, sprzeczne z art. 30 umowy przejściowej. Później EWG przyznała, że pryszczyca nie występuje już na polskim terytorium, ale Polska poniosła w tym czasie znaczące straty. I nawet po dość trudnych i żmudnych negocjacjach odblokowano tylko około 75 % polskiego eksportu cieląt i jagniąt. Duże straty polskiej stronie przyniosło też wprowadzenie przez EWG cen minimalnych na wiśnie, sprzeczne z duchem wzajemnego układu.

 

 

6.  Jak realizują zobowiązania prywatyzacyjne firmy zachodnie, które kupiły sprywatyzowane zakłady w Polsce?

 

   Zatrudnieni w obcych firmach Polacy są już traktowani w większości jak obywatele drugiej kategorii. Odzwierciedleniem tego stanu rzeczy jest praca często po 12 godzin na dobę, bez dodatkowego wynagrodzenia, a także za bardzo niskie płace. Nagminnie jest łamany Kodeks Pracy obowiązujący na terytorium RP. Każdy przejaw upomnienia się o godne traktowanie pracownika, kończy się wyrzuceniem z pracy pod byle jakim pretekstem. Szczególnie jaskrawym przykładem oszustw stosowanych przez firmy zachodnie wobec Polaków było i nadal jest nagminne łamanie oficjalnie podpisanych przez nie zobowiązań prywatyzacyjnych. Pisał o tym szerzej między innymi wspomniany już ekonomista Andrzej Karpiński, akcentując, że liczne firmy łamią zobowiązania zarówno co do inwestycji modernizacyjnych czy utrzymania dotychczasowego profilu produkcji, jak i utrzymania przez pewien czas dotychczasowej załogi, co spowodowało przerzucanie kosztów zasiłków dla bezrobotnych na fundusze państwowe.

 

   Wszystko zaś to działo się przy braku właściwej reakcji ze strony polskich ministerstw. A. Karpiński zacytował między innymi oświadczenie Polskiego Lobby Przemysłowego w odniesieniu do przemysłu telekomunikacyjnego, głoszące iż: „Zawarte porozumienia z firmami, które opanowały rynek polski, stały się nic nie wartymi papierami (...). Praktycznie żadna z zagranicznych firm nie wywiązała się z zobowiązań. Dokumenty podpisane przez ministrów nie zawierają żadnych klauzul, pozwalających na dochodzenie strat poniesionych przez fabryki przemysłu teletechnicznego”. Jest to zatem bardzo niedobrym prognostykiem na przyszłość, dowodzącym jak bardzo instrumentalnie byliśmy i jesteśmy traktowani przez różne przedsiębiorstwa z Zachodu, o których interesy przedstawiciele UE zawsze gotowi są jednak się upominać w odróżnieniu od polskich (?) ministerstw.

 

7.  Czy mieliśmy odpowiednich negocjatorów w stosunkach z Unią Europejską?

 

   Cały czas w negocjacjach Polski z UE ciężko płaciliśmy za brak prawdziwie kompetentnych i twardych negocjatorów reprezentujących interesy całego narodu polskiego. Dowodem był chociażby fatalnie wynegocjowany układ o stowarzyszeniu się z UE, który w gruncie rzeczy otworzył tylko szanse maksymalnej ekspansji wszelkiego eksportu UE do Polski. Nie posiadali zdecydowanego, twardego stylu negocjowania w obronie interesów narodowych kolejni negocjatorzy ze strony „rządów prawicowych” – od Jacka Saryusza-Wolskiego po Jana Kułakowskiego. Z kolei negocjatorzy postkomunistycznych rządów odznaczali się nie tyle zaangażowaniem w obronie interesów gospodarczych Polski, co w zabezpieczeniu interesów Unii w Polsce, jak i też interesów SLD. Aż wierzyć się nie chce, że ci sami ludzie potrafią prowadzić negocjacje przy kupnie dla siebie np. auta, działki czy domu, gdzie skala i
rozmiar negocjacji są oczywiście mniejsze, a mają „wielki kłopot” w negocjacjach na szerszą skalę. Nie podejrzewam ich o brak umiejętności. Ich postępowanie w negocjacjach uważam za świadome i celowe, mające „rozłożyć” do końca polską gospodarkę i finanse!
Zatem nie boję się ich określić mianem targowiczan!

 

   Jacek Saryusz-Wolski uskarżał się i to bardzo w „gazecie koszernej” w numerze z 1 października 1996 r., że rząd zdominowany przez SLD pozbył się fachowców i sprawami integracji zajmują się teraz ludzie z aparatu partyjnego rządzącej koalicji. Z kolei Jerzy Kropiwnicki – późniejszy minister w rządzie J. Buzka uskarżał się w „Życiu” 19 września 1997 r. na zdominowany przez SLD rząd koalicyjny za brak interwencji w Brukseli przeciwko rażącej asymetrii na niekorzyść Polski. Kropiwnicki stwierdził między innymi: „Obawiam się, że przedstawiciele rządu nie do końca wiedzą, że ich zadaniem jest reprezentowanie Polski wobec Unii, a nie interesów Unii w Polsce. Przykro słuchać, gdy zdawałoby się poważni ludzie za powód do swojej chwały uważają, iż są w Brukseli przyjmowani lepiej niż ich poprzednicy z ekip „solidarnościowych”. Powinno ich to raczej niepokoić”.

Sytuacja powtórzyła się po dojściu do władzy ekipy Leszka Pierwszego Szyderczego od jesieni 2001 roku. Dość przypomnieć jakże wielkie i niefortunne ustępstwa Włodzimierza Cimoszewicza. Trudno uznać za korzystne dla Polski wyznaczenie na głównego negocjatora z UE Jana Truszczyńskiego, byłego tajnego współpracownika służb specjalnych PRL. Były poseł do sejmu RP, mecenas Edward Wende nie bez racji stwierdził w tym kontekście w „Życiu” z 22 listopada 2001 r. cyt.: „Uważam, że to wyjątkowo niezręczna sytuacja. Człowiek, który inwigilował w przeszłości Unię Europejską, ma teraz z Unią negocjować? Partnerzy będą patrzeć na niego podejrzliwym okiem. Urzędnicy Unii oczywiście oświadczyli, że rozliczenie przeszłości negocjatora, to… wewnętrzna sprawa Polski. Nie mogli przecież powiedzieć nic innego. Ale będą o tym pamiętać. Są z pewnością wśród nich tacy, o których niegdyś Truszczyński pisał do centrali w Warszawie. Uważam, że można znaleźć człowieka o równie wysokich kwalifikacjach, a zarazem bez tak haniebnych obciążeń z przeszłości. Byłoby to z pożytkiem dla naszych negocjacji”.

   Niefortunny był również wybór byłego sekretarza KC PZPR Sławomira Wiatra (fot. po lewej niżej) na człowieka odpowiedzialnego za promocję spraw integracji z UE w Polsce. Co najgorsze, widać wyraźnie, że najważniejszym celem dla SLD w jego staraniach o jak najszybsze przystąpienie do Unii było zabezpieczenie dla „swoich” ludzi 2,5-3 tysiące wyjątkowo dobrze płatnych etatów w strukturach UE po wejściu Polski, etatów z niewielkim opodatkowaniem i bardzo szybkimi emeryturami. I właśnie te perspektywy postawienia głównie na SLD-owskich karierowiczów wydają się szczególnie niebezpieczne z punktu widzenia polskich interesów.

 

W bardzo trudnej sytuacji Polski po wejściu do UE w zmierzeniu się z aspiracjami dużo bardziej doświadczonych i przebiegłych zachodnich partnerów wiele zależało od tego, kogo wcześniej skierowaliśmy do bronienia polskich interesów gospodarczych w różnych decyzyjnych i administracyjnych strukturach Unii. Powinni to być ludzie o wielkich walorach profesjonalnych i świetnie rozumiejący interesy swego kraju. I jak wkrótce okazało się, – znajdowali  się tam ludzie, którzy nie działali w interesie Polski, a załatwiali partykularne swoje i partyjne interesy. Celnie wyraził swe obawy w tym względzie dyrektor programowy Centrum Stosunków Międzynarodowych - Marek Cichocki w „Rzeczpospolitej” z 20 lutego 2002 r. tak: „Niestety, sposób w jaki przygotowuje się w Polsce mechanizm naboru polskich obywateli do instytucji UE, nie nastraja optymistycznie. Kwestia ta zostanie prawdopodobnie „skolonizowana” przez obecne partie władzy przy całkowitej obojętności partii opozycji. Kryterium partyjne będzie więc dominowało nad kryterium profesjonalizmu czy interesem państwa”.

 

 

8.  Czy 25-procentowe dopłaty bezpośrednie UE dla polskich rolników obalą wszelkie szanse na konkurencyjność polskiego rolnictwa z dotowanymi w 100 procentach rolnikami UE?

 

   O sprawie tej wielokrotnie pisano już w prasie, mówiono także w polskojęzycznych stacjach radiowych i telewizyjnych. Głos zabierali rozliczni politycy, nie tylko polscy, ale i innych krajów kandydujących do UE. Opinie były na ogół w 95 % zgodne. Stanowisko UE w tej kwestii jest absolutnie krzywdzące dla rolników polskich i zmierza wyraźnie do utrwalenia ich w UE jako rolników drugiej kategorii. Ówczesny wicepremier i minister rolnictwa – Jarosław Kalinowski powiedział dla „gazety koszernej” z 23-24 lutego 2002 roku: „Proszę zwrócić uwagę, jaką podwójną moralność Unia tu stosuje. Mówi nam, byśmy z krajowego budżetu dołożyli rolnikom do tych 25 %, które ona nam promuje, ale zastrzega, że nie możemy przekroczyć górnego pułapu, jaki mają farmerzy w Unii, tzn. nie wolno nam dołożyć więcej niż 75 %. Bo gdyby polscy rolnicy mieli większe dopłaty niż unijni, to by zachwiało warunkami konkurencji. Czyli jak oni mają więcej, to dobrze, ale jak nasi mieliby więcej, to niedobrze. Taka mentalność Kalego”. Z kolei Dyrektor Ośrodka Studiów Europejskich Uniwersytetu Śląskiego – Jędrzej Krakowski  (fot. po prawej) stwierdzil w artykule zatytułowanym „Mechanizm rozwoju” na łamach „gazety koszernej” z 15 marca 2002 r., że: „Nie przyznanie rolnikom w nowych krajach członkowskich identycznych praw, jakie posiadają rolnicy „piętnastki”, spowodowałoby wyeliminowanie ich z rynku, czyli bankructwo”.

 

9.  Czy narzucone przez UE limity produkcyjne w rolnictwie skazują nas  na bycie wiecznym importerem?

 

   Dotąd ciągle niedostatecznie docenianą groźbę dla polskiego rolnictwa stanowią wyznaczane Polsce przez Unię Europejską małe limity produkcji w siedmiu różnych dziedzinach, grożące fatalnymi skutkami dla polskiej wsi. Nie bez racji jeden z czołowych polityków PSL Stanisław Kalemba oburzał się na rozmiary tych limitów, pytając: „Jak można zaproponować limity poniżej samowystarczalności, czyli poniżej potrzeb żywnościowych ponad 40-milionowego narodu?” (cyt. za „gazetą koszerną” z dn. 18 lutego 2002 r.). Jak bardzo krzywdzące są limity produkcyjne w rolnictwie, które Unia Europejska próbuje narzucić Polsce, można było przekonać się choćby z opublikowanego 19 lutego 2002 r. tekstu w tak prounijnej „Rzeczpospolitej”, autorstwa Edmunda Szota pt.: „Za małe limity. Rolnictwo. Co proponuje Bruksela”. Według Szota, „Unia Europejska wyliczyła Polsce limity, biorąc pod uwagę lata 1995-1999, kiedy nasza produkcja rolna była znacznie niższa niż w drugiej połowie lat 80-tych. (...) W latach 90-tych popyt na żywność był zduszony spadkiem dochodów ludności, a szeroko otwarte granice nie stanowiły żadnej zapory dla importu dotowanej żywności z UE. W dodatku polskie rolnictwo dotknęły wcześniej dwie potężne susze (w 1992 i 1994 r.) oraz „powódź stulecia” (w 1997 r.)”. Dalej pisał: „W rezultacie działania tych wszystkich czynników, Polska od 1993 roku stała się trwałym importerem żywności, choć ze względu na potencjał produkcyjny swojego rolnictwa, powinna być liczącym się eksporterem nadwyżek produkowanych. Dlatego zdaniem naszego środowiska rolniczego za podstawę ustalenia limitów produkcji powinno się wziąć lata wcześniejsze, kiedy to produkcja rolna w Polsce była znacznie wyższa. W stosunku do lat 80-tych, szczególnie mocno zmniejszyło się w Polsce pogłowie bydła, w tym krów oraz spadła produkcja mleka i przetworów mleczarskich. W chowie owiec doszło do prawdziwej katastrofy: ich pogłowie zmniejszyło się kilkunastokrotnie”.

 

 

Podobne dane można było znaleźć w zamieszczonym wywiadzie z 7 lutego 2002 r. w „gazecie koszernej” z takim fachowcem do spraw rolnych, jak Marian Brzóska. Powiedział on między innymi: „Myśmy już Unii dali prezent, degradując rolnictwo przez ostatnich 12 lat – 2 mln ha wypadło z uprawy, mamy o 3 mln mniej krów, 3 razy mniej bydła opasowego, 12 razy mniej owiec”. Bardzo mocno skrytykował także zaproponowane przez Unię limity produkcyjne dla Polski Jarosław Kalinowski. W wywiadzie dla „gazety koszernej” z 23-24 lutego 2002 r. powiedział: „Komisja na podstawie danych z lat 1995-1999 wyliczyła średni plon zbóż, ten plon ma być podstawą do wyliczenia dopłat bezpośrednich do upraw polowych. Są one dla nas niekorzystne. Bruksela oparła je na latach, w których spadły na nas klęski żywiołowe. Faktycznie Unia chce ograniczenia naszej produkcji”.

 

   Według cytowanego artykułu E. Szota w „Rzeczpospolitej”: „Propozycje limitów produkcyjnych wyliczonych przez Unię powinny opierać się na szacunkach produkcji i spożycia żywności. Tymczasem z ich analizy wynika, że w następnych latach Komisja Unii nie przewiduje w Polsce wzrostu stopy życiowej oraz towarzyszącemu temu wzrostowi popytu na żywność. Naukowcy oceniają, że w Polsce występują obszary nędzy, w których spożycie jest znacząco niższe niż w innych grupach społecznych. Przyznane limity oznaczają, że gdyby sytuacja tych ludzi poprawiła się, Polska musiałaby zwiększyć import żywności”.

 

   Zdaniem polskich ekspertów z głównym negocjatorem w sprawach rolnych – wiceministrem rolnictwa Jerzym Plewą na czele, „bez powiększenia kwot nie będzie miejsca na unowocześnianie produkcji. Utrzymanie ich na proponowanym przez Unię poziomie oznacza, że blisko połowa obecnie istniejących w Polsce gospodarstw będzie musiała przestać istnieć, żeby dać miejsce na rynku na rozwój większych i nowocześniejszych gospodarstw. Polska musi też uważać, by nie wpaść w pułapkę, w jaką wchodząc do Unii wpadła Hiszpania. Hiszpanie wynegocjowali za małą kwotę mleczną na rynek krajowy i w rezultacie przez pierwsze lata członkostwa w UE musieli importować mleko” („gazeta koszerna” z 11 lutego 2002 r.). Tym, których może szokować tak egoistyczny dyktat UE wobec Polski w sprawie limitów produkcyjnych w rolnictwie, warto przypomnieć publikowane w październiku 1997 roku w paryskiej „Kulturze” uwagi byłego zastępcy szefa polskiej sekcji BBC, Andrzeja Koraszewskiego: „Unia Europejska, Światowy Bank, Stany Zjednoczone (...) będą się stanowczo opierały programom radykalnego zwiększenia produkcji rolnej w Polsce. Pamiętajmy, że Polska mogłaby zwielokrotnić swoją produkcję rolną, a rynek żywności jest terenem najbardziej drapieżnego konfliktu interesów i oczywiście próby wspomagania wzrostu produkcji żywności w Polsce będą natrafiały na opór zachodnich sojuszników”.

 

 

Kolejne pytania i odpowiedzi w dalszych częściach cyklu.

 

       

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 4.8 (głosów:17)

Komentarze

że wypychanie nas na początku lat 90 z europejskiego rynku rolnictwa było swoistym przygotowaniem propagandy prounijnej: jak będziecie z nami, takie rzeczy nie będą miały miejsca. Oczywiście wcale nie chodziło o to by nam nieba przychylić ale o to, by nas można było łupić już w majestacie unijnego prawa.

I tak się dzieje, bo czyż inaczej można traktować nierówności w wielkości dopłat dla rolnictwa w starych krajach UE w porównaniu z Polską? Tym wybiegiem nie dopuszczono do działania prawa rynku opartego o konkurencyjność produkcji. Poza tym wszelkie ograniczenia w wielkości produkcji rolnej mają na celu otwarcie naszego rynku dla importu unijnej żywności. To wszystko oznacza upadek polskiego zdrowego rolnictwa i tylko wielka determinacja tych u władzy mogłaby temu zapobiec. Ale tutaj jest po prostu ściana, od której można się tylko odbić nabiwszy sobie przedtem potężnego guza. 

W interesie polskiego rolnictwa nie występuje nikt,  ani PSL, ani żadne organizacje związkowe. Totalny marazm w ich funkcjonowaniu. Widocznie tak im wygodnie tyle, że taka ustawka produkcji rolnej przez Brukselę oznacza kompletne zrujnowanie produkcji polskiej żywności. Wszystkie decyzje UE w tym kierunku zmierzają, przy biernej postawie ekip rządowych. I aż dziw bierze, że przy okazji wszelkich wyborów ludność wsi głosuje na swoich pseudoprzedstawicieli.

W kontekście wypowiedzi Andrzeja Koraszewskiego nasuwa mi się analogia do wypowiedzi H.Kisingera (chyba jego, nie jestem pewna), że jeżeli by USA pomogły w pełnym stopniu Solidarności i całemu temu polskiemu ruchowi, to byłaby dość niepokojąca sytuacja gdyż Polska mogłaby zacząć władać światem. To samo dzieje się z rolnictwem. Wszelkie globalne decyzje dotyczące Polski mają na celu niedopuszczenie do tego by Polska zaczęła się rozwijać gdyż w tym światowy establishment widzi dla siebie zagrożenie. W sumie po to UE się nami zaopiekowała.

Pozdrawiam

Podoba mi się!
7
Nie podoba mi się!
-1

Szpilka

#1435286

... Polska nie ma władzy, która zadbałaby o swoich rodaków.
Najpierw poddaństwo Sowietom przez ponad pół wieku,
a teraz ponad dekadę poddaństwo UE. Co drzemie w umysłach
tych antypolaków??? Marzy im się... Judeopolonia?
Wszystko na to wskazuje, że tak w istocie jest, skoro zdecydowana
większość decydentów ("elyta") w Polsce ma bardzo podejrzane,
a z całą pewnością niepolskie rodowody. Jeśli Naród się obudzi,
a już się budzi, co widać coraz bardziej, to... tylko patrzeć,
jak pogoni ową "elytę" na śmietnik historii, także pozbawiając ją
zagrabionego majątku. Teraz oni jeszcze myślą, że są bezkarni.
Ale grunt już zaczyna ich parzyć stopy coraz bardziej, co widać
gołym okiem. 

 

Sprzedali Polskę Unii Europejskiej za synekury, które "ustawiły"
ich i ich dzieci do końca życia. Dlatego też uważam, że za tę
zdradę narodową powinni odpowiedzieć przed Trybunałem
Narodowym (proszę nie mylić z Trybunałem Stanu).
A kara powinna być tylko jedna, a mianowicie: spędzenie reszty
życia w obozie pracy (za drutami), w którym swoją pracą fizyczną
zabezpieczą swoją egzystencję. Mam tu na myśli produkcję żywności,
energii elektrycznej czy zabezpieczenie w wodę i opał, ponieważ ja -
jako podatnik - nie mam najmniejszego zamiaru ze swoich podatków
utrzymywać tych... darmozjadów i sprzedawczyków Rzeczpospolitej.

 

Pozdrawiam,

    
  

Podoba mi się!
8
Nie podoba mi się!
-2

___________________________
"Pisz co uważasz, ale uważaj co piszesz". 

© Satyr

 

#1435305

wypelnic olejem,zeby spostrzegli w koncu ze dalej od 44roku zyja w zniewolonym kraju.Ze dano im paszporty po to zeby najbardziej przedsieboirczy Polacy

nie zwiazani z postkomuna wyjechali i nie przeszakadzali oraz inni ktorzy wyjechali za chlebem i przywoza kase do Polski wlasnie dla rzadzacych nowych panow.

 

Podoba mi się!
8
Nie podoba mi się!
0
#1435345

... ruch patriotyczny wśród młodszego pokolenia. To dobry znak i rokujący dobrze
na przyszłość. To nie tylko czynny jej udział w rekonstrukcjach wydarzeń historycznych
czy zwiedzanie muzeów jest tego symptomem. Chyba najważnieszym jest znaczny
wzrost świadomości politycznej i trafne oceny sytuacji, w jakiej obecnie znajduje się
Polska. Nie dają się już nabrać na piękne słówka Komoruskiego, Tuskoliniego czy
któregoś "żołnierzyka" z jego gangu. Coraz szersze kręgi młodzieży widzą, że obecna
"waaadza" robi wszystko, aby utrudnić im start w dorosłe życie i zmusić do emigracji,
tym samym stwarzając warunki do dalszego zawłaszczania Rzeczpospolitej przez
żydokomunistycznych aparatczyków-cwaniaczków.
A przecież nie każdy chce i nie każdy może wyjechać "za chlebem" na Zachód.
I to się "waaadzy" nie podoba, bo ci pozostający w Polsce utrudniają im dalsze
rozkradanie ojcowizny.

 

Naród zmęczony (nie)rządami gangu Tuskoliniego już się obudził. Teraz przeciera
oczy i dziwi się, że sprawy rozgrabiania Polski zaszły aż tak daleko. Zaczyna liczyć
straty i obmyśla plan, jak odzyskać zagrabiony majątek i jak uniemożliwić dalsze
zawłaszczanie. I tu dobrym przykładem jest uniemożliwienie przejęcia tarnowskiej
Grupy AZOTY przez J. Kulczyka, który za pośrednictwem "lobbysty" A. Kwaśniewskiego
już się szykował do odsprzedaży Azotów sowieckiemu AKRON-owi. Kulczyk miałby
na tej sprzedaży zarobić kilka miliardów złotych. Dla niego kasa jest najważniesza.
A to, że Polska uzależniłaby się gospodarczo w sektorze przemysłu chemicznego
od Sowietów, to go nie interesowało. Takich się doczekaliśmy "biznesmenów",
którzy na widok dużych pieniędzy sprzedaliby nawet... własną matkę! Szok!!!

 

        

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
-2

___________________________
"Pisz co uważasz, ale uważaj co piszesz". 

© Satyr

 

#1435353

Bo większość z nich to takie mentalne chłopy

Mają w głowie  pieniądze zakodowane

Nie ważne jakim kosztem byle dodane

Budzą się gdy są zdyskwalifikowani

Na żer wszystkożernym rekinom oddani

Przez biedę można się nauczyć myślenia

Niedługo dostąpią tego oświecenia

Pozdrawiam

Podoba mi się!
6
Nie podoba mi się!
0
#1435296

... cyt.: "Przez biedę można się nauczyć myślenia
            Niedługo dostąpią tego oświecenia"
.

I to jak najszybciej... w obozie pracy!

 

Pozdrawiam,

Podoba mi się!
6
Nie podoba mi się!
-2

___________________________
"Pisz co uważasz, ale uważaj co piszesz". 

© Satyr

 

#1435309

 

 

 

 

Podoba mi się!
7
Nie podoba mi się!
0

Wielkie nazwiska uprawdopodobniają największe idiotyzmy, gdyż tłum ma naiwną pewność, że wielcy ludzie bredzić nie mogą. (Zbigniew HERBERT)

#1435308

Podoba mi się!
8
Nie podoba mi się!
0

Wielkie nazwiska uprawdopodobniają największe idiotyzmy, gdyż tłum ma naiwną pewność, że wielcy ludzie bredzić nie mogą. (Zbigniew HERBERT)

#1435339

na drodze.

Podoba mi się!
8
Nie podoba mi się!
0
#1435346

Trwa kolejna proba zniszczenia Polski a bylo takich prob wiele w przeciagu tysiaca lat . Dzieki Janie za Twoje opracowania , kopiuje je i przesylam rodzinie i znajomym .

Pozdrawiam Eve i Ciebie .

Podoba mi się!
6
Nie podoba mi się!
0

Bądź zawsze lojalny wobec Ojczyzny , wobec rządu tylko wtedy , gdy na to zasługuje . Mark Twain

#1435350

Niby o tym wiemy, a gdy zebrane, to widać cały wstrząsający obraz zdrady i głupoty tak waadzy, jak mediów i zmanipulowanych lemingów.

Dziś, kiedy już emocje stygną, a gdzieniegdzie ostygły, gdy już mamu znaczną odporność na kłamstwa ideologiczne, można, a nawet trzeba dokładnie przyjrzeć się przyczynom, oraz znaleźć środki przywracające panowanie rozumu, logiki i zdrowego rozsądku oraz patrzenia dalekowzrocznego.

Weźmy taki np. przypadek nierównych dopłat do rolnictwa. Jak tak chcą, to niech mają. Tylko że my na to odpowiadamy zakazem importu wszelkich produktów rolniczych i ich przetworów, które są wyżej dotowane jak nasze. Jak się będą upierali, czy próbowali nam sprzedawać z udziałem pośredniczących innych krajów, wprowadzamy cła i to takie, żeby to było opłacalne dla nas, a także by wystarczyło na koszty poboru ceł i specjalnej kontroli, oraz kosztów sądowych, bankowych, utrzymania policji itd.

Jak nasze waadze tego nie robią, to na pohybel im - na szubienicę zdrajców i łapówkarzy, a zwłaszcza tych, co łapówki dają, co używają swojego majątku do celów przestępczych. I nie ma co tu się pieścić - przepadek mienia na Skarb Państwa tak takiego przestępcy, jak jego szefa, a nawet całej korporacji prywatnej w to zaangażowanej.

Orban na Węgrzech już w tym kierunku działa. 

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
-1
#1443254