Na pochyłe drzewo...

Obrazek użytkownika kataryna
Kraj

Są teksty które się czyta z zainteresowaniem, są takie, które z zażenowaniem, są też takie, które się czyta z trudem powstrzymując mdłości.

Opublikowany w dzisiejszej Rzepie tekst "Człowiek, który chadzał na skróty" Małgorzaty Subotić należy do tej ostatniej kategorii.

Część środowiska dziennikarskiego, które od trzech miesięcy nie potrafi rzetelnie opisać co się właściwie stało w "aferze aneksowej" postanowiła wykorzystać dramatyczną sytuację Sumlińskiego do rozliczenia się z nim za tzw. całokształt, co jest o tyle łatwe, że Sumliński leży właśnie w psychiatryku po próbie samobójczej więc ani nie może, ani nie umie się obronić. Pewnie nawet tego tekstu nie przeczyta bo nikt nie będzie tak okrutny, żeby dobijać człowieka, który - jeśli wierzyć smsowi cytowanemu przez Latkowskiego - jest w naprawdę fatalnym stanie. „Opinia kogoś, kto się z nim widział: jest
strzępem człowieka. Mówi jednostajnym, monotonnym głosem. Musiałem
wyjść, bo łzy mi w oczach stanęły…”. I właśnie ten strzęp człowieka wzięła sobie pod but Małgorzata Subotić, i - trzeba przyznać - rozniosła, i to jak.

Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie mam pretensji do dziennikarzy o to, że opisują rzeczy niemiłe, od tego są. Nie mam też pretensji o to, że mają o Sumlińskim jak najgorsze zdanie, ich prawo. Jeśli o coś mam pretensje to o to, że bojąc się nawet zbliżyć do wyjaśnienia "afery aneksowej" skupiają się na sprawach z nią niezwiązanych i nieistotnych, za to skutecznie odwracających uwagę od zachowania służb. A być może nawet je w oczach opinii publicznej usprawiedliwiających, w końcu chłopaki od Bondaryka tylko próbują oczyścić środowisko dziennikarskie z pazernych na kasę plagiatorów wchodzących w jakieś dziwne układy z podejrzanymi prokuratorami, dlaczego im w tym przeszkadzać, nawet jeśli metody trochę nie bardzo?

Pojawiają się co prawda dwa głosy - Cezarego Gmyza i Jacka Łęskiego - odnoszące się bezpośrednio do "afery aneksowej" i to odnoszące się bardzo krytycznie (Gmyz: "to, co teraz robią z Sumlińskim to zwykłe draństwo" , Łęski: "obecne zarzuty noszą znamiona prowokacji policyjnej. Znaleźli sobie
dziennikarza, który ma słabe punkty i bezwzględnie to wykorzystali. Tak
właściwie można załatwić każdego") ale podniesionego przez nich wątku "draństwa" i "prowokacji policyjnej" autorka nie ciągnie. Mogłoby nie starczyć miejsca na kluczową przecież informację o tym, że kiedyś pracę Sumlińskiemu pomógł znaleźć Oleksy.

W całym artykule sprawiającym wrażenie jakiegoś dziwnego kolażu chotycznie sklejonego z informacji dla sprawy nieistotnych, za to stawiających Sumlińskiego w jednoznacznie negatywnym świetle, ciekawe są trzy wątki, przy czym tylko jeden dotyczy samego Sumlińskiego.

Prokuratura twierdzi, że ma pokwitowanie na kasę

Małgorzata Subotić: "Według naszych informacji śledczy mają pokwitowanie Sumlińskiego
odbioru tych pieniędzy. Nie wiadomo, czy mają też pokwitowanie ich
zwrotu". To jedyna związana ze sprawą nowa informacja. I szczerze mówiąc nie wiem co o niej myśleć. Z jednej strony - informacja bardzo niepokojąca. Z drugiej - zastanawiająca. Bo czy gdyby Sumliński rzeczywiście wziął w łapę wystawiłby WSI-okowi pokwitowanie przyjęcia łapówki? Nie znam gościa, może się wypowiedzą jego koledzy - czy Sumliński to skończony idiota? Mogę sobie wyobrazić co najmniej kilka scenariuszy w której Sumliński kwituje odbiór pieniędzy i nie ma to nic wspólnego z łapówką. Chyba najtrudniej mi wyobrazić sobie właśnie kwitowanie łapówki.

"Za pośrednictwo" czy "za pośrednictwem"?

Małgorzata Subotić: "W jego liście otwartym jest fragment o tym, że pułkownik L.
zaproponował mu „zorganizowanie pomocy psychologicznej dla chorej na
raka żony” i „uparł się, by za to pośrednictwo zapłacić” ." . Tymczasem w każdej znanej mi wersji listu Sumlińskiego informacja o przyjętych przez niego pieniądzach brzmi tak: "Nie zdziwiło mnie nawet, gdy uparł się, żeby za tę pomoc za moim pośrednictwem zapłacić " . "Za pośrednictwem" a "za pośrednictwo" - różnica, przyznacie, ogromna. A zwracam uwagę, że Małgorzata Subotić podaje to w formie cytatu. Cytatu, którego w liście Sumlińskiego nie ma a który zasadniczo zmienia całą sytuację! Nie jest to zresztą jedyny fragment listu Sumlińskiego, który Małgorzata Subotić przeczytała nieuważnie. Pisze na przykład: "Jego list otwarty do mediów sugeruje, że z Aleksandrem
L. skontaktował go Tomasz Wołek" , tymczasem Sumliński napisał "Otrzymaliśmy – m.in. od redaktora Wołka - nazwiska i telefony różnych osób, które mogłyby mieć ważną dla nas wiedzę". Małe "m.in" naprawdę robi różnicę. Ale wtedy nie dałoby się Wołka użyć do pokazania jak to Sumliński nakłamał w liście. Sumliński ma strasznego pecha, że nawet jego koledzy po fachu mylą się na jego niekorzyść.

Pytlakowski sypie informatora Sumlińskiego

Małgorzata Subotić: Piotr Pytlakowski, który zarekomendował Sumlińskiego do „Życia”
wspomina: – Napisałem w „Polityce” krytyczny tekst o Prokuratorze
Apelacyjnym z Lublina, który później trafił do Prokuratury Krajowej.
Krótko potem Wojtek opublikował tekst broniący tego prokuratora.
Wcześniej dałem mu namiary na moich informatorów. Dowiedziałem się, że
zawarł z tym prokuratorem układ, dzięki czemu otrzymał zeznania „Masy”
(jednego z bossów mafii pruszkowskiej). Wybaczyłem mu jednak –
zapewnia. Sumliński był pierwszym dziennikarzem, który opublikował w
polskiej prasie, we „Wprost”, owe sensacyjne zeznania „Masy”.

Dla tego fragmentu warto było przeczytać cały artykuł bo dużo mówo i dziennikarskim światku. Jeśli dobrze zidentyfikowałam teksty o których mowa, chodzi o "Niezatapialny" Pytlakowskiego (Polityka) i "Gangrena w Lublinie" Sumlińskiego (Wprost). Co prawda tekst Sumlińskiego powstał rok po tekście Pytlakowskiego a Pytlakowski pisze o jakimś tekście opublikowanym "krótko potem" ale może chciał dodać dramatyzmu swojej opowieści o dziennikarskich niegodziwościach Sumlińskiego. Opowieści na podstawie której bez trudu można zidentyfikować osobę o której mówi Pytlakowski - prokurator Włodzimierz Blajerski - to z nim Sumliński "zawarł układ dzięki czemu otrzymał zeznania Masy". Przyznam, że pierwszy raz się spotykam z takim zagraniem - dziennikarz śledczy, żeby dokopać koledze po fachu wsypuje jego informatora! Na dodatek sugerując jakiś bliżej nieokreślony "układ". Sumliński musi być przeszczęśliwy - Pytlakowski pisze, że już mu wybaczył. Choć nie wyjaśnia co właściwie. To, że napisał tekst z którym Pytlakowski się nie zgadza? To, że skorzystał z namiarów, które Pytlakowski sam mu dał? A może to, że Sumliński zdobył zeznania Masy?

Wczoraj napisałam, że środowisko dziennikarskie przez swoje milczenie pozwoli zrobić wszystko z Sumlińskim i zaraz się zawstydziłam, że jestem strasznie niesprawiedliwa, że może opisywanie tej sprawy idzie tak opornie bo są ostrożni, nie chcą zaszkodzić koledze, nie wszystko mogą ustalić. Dzisiaj Rzepa wylała mi na głowę kubeł zimnej wody przyłączając się do rozprawy z Sumlińskim. Bez żadnego ryzyka, że kiedyś Tomasz Wołek jej i innym to wypomni: "Żal mam o co innego. Że tylu kolegów milczało, kiedy szczuto i poniżano
ludzi. (...) Dziennikarzowi przystoi nie tylko nie
kopać leżących, ale osłaniać słabszych. Tymczasem z oschłą obojętnością
przyglądano się szarganiu reputacji. Stępiała moralna wrażliwość na
krzywdę (...) Jakżeż można było
nie widzieć, że władza nie wzdraga się przed metodami bezwzględnymi
albo i niegodziwymi. Że posuwa się do prowokacji. (...) Było to "widać, słychać i czuć". Chyba że się
odwracało wzrok i zatykało nos".

W tej sprawie Tomasz Wołek nie zapyta "Gdzie byliście, dziennikarze?"

Ocena wpisu: 
Brak głosów