Zaplątać się we własne nogi.

Obrazek użytkownika Moherowy Fighter
Kraj

Jest rok 2004. W kraju narasta coraz większy kryzys polityczny, gdyż rządzące ugrupowanie (SLD) zaczyna „konsumować owoce” rozlicznych afer, które coraz częściej zaczynają wybuchać. Zanim jednak do owej „konsumpcji” dochodzi, to rządząca ekipa jest po pierwszym ważniejszym kryzysie rządowym, tzn. po opuszczeniu w maju 2003 koalicji przez PSL. W I kwartale 2004 r. dochodzi do załamania gospodarczego, które stopniowo zaczyna tworzyć wir wciągający rządzący obóz w szereg chaotycznych działań. Jednym z nich jest, tzw. „plan Hausnera” przyjęty przez Radę Ministrów w dniu 27 stycznia. Plan ten zakładał reformę finansów publicznych, i jako całość nie został zrealizowany. W zasadzie, okazał się fiaskiem. Z miesiąca na miesiąc nastroje społeczne ulegają coraz wyraźniejszemu pogorszeniu. Rządząca ekipa zaczyna wpadać w bezwolny dryf. Dochodzi do tego również upadek żelaznego lewicowego mitu o jedności formacyjnej, gdy w marcu od SLD odłącza się część działaczy, powołując nową formację, z kolei, część innych odeszła do innego lewicowego ugrupowania, będącego opozycją pozaparlamentarną. Właściwie, aż do końca kadencji parlamentu na szczytach władzy dochodzi do degrengolady. Wzmacniało ją ponadto uruchomienie sejmowych komisji śledczych oraz brak wspólnego kandydata w zbliżających się wyborach prezydenckich. Poparcie dla głównej postkomunistycznej formacji w chwili oddawania władzy skurczyło się czterokrotnie. Jak nigdy wcześniej nie była ona tak osłabiona.

Tymczasem wraz z biegiem wydarzeń zmienia się sytuacja po stronie opozycji. Wyrosłe w 2001 r. dwie postsolidarnościowe „supernowe” (Prawo i Sprawiedliwość oraz Platforma Obywatelska) jak dwie dywizje posuwają się po coraz większych zgliszczach postkomunistycznej koalicji. Piszę „supernowe” w cudzysłowiu, gdyż tak naprawdę były to odrestaurowane partyjne „zabytki” takich formacji jak Porozumienie Centrum i Kongres Liberalno-Demokratyczny, względnie późniejszych Akcji Wyborczej Solidarność i Unii Wolności. Obok tych „supernowych” w siłę rosną pozostałe trzy mniejsze formacje (PSL, Samoobrona i LPR). Coraz bardziej zbliżały się dwa rozdania wyborcze, tj. parlamentarne i prezydenckie. Było jasne, że w obu rozdaniach całą wygraną zgarną PiS i Platforma, pozostawała tylko kwestia tego, na które z tych ugrupowań przypadnie większy udział w wygranej. Było również wiadome, że o ile w wyborach prezydenckich pozostałe trzy ugrupowania nie mają żadnych szans, to jednak należało się spodziewać, że w nowym parlamencie obejmą mandaty poselskie. Potwierdzeniem tego były I w Polsce wybory do Parlamentu Europejskiego (przeprowadzone na podobnych zasadach co do parlamentu krajowego), w których LPR osiągnęła drugi wynik po Platformie Obywatelskiej uzyskując 15,92 proc. głosów, z kolei Samoobrona – 10,78, zaś PSL – 6,34. Łącznie LPR i Samoobrona otrzymały 26,7 proc., natomiast PiS i Platforma – 36,77 proc. Biorąc pod uwagę bardzo niską frekwencję (ok. 21 proc. – ok. dwukrotnie niższą niż w wyborach do parlamentu krajowego w 2001 r.) wynik Ligii Polskich Rodzin i Samoobrony musiał dla elit i establishmentu być wyraźnym ostrzeżeniem, tym bardziej, że oba te ugrupowania łącznie w wyborach w 2001 r. uzyskały ok. 18 proc. poparcie (LPR – 7,87, Samoobrona – 10,20). Trzeba też zaznaczyć, że zarówno PiS jak i Platforma to ugrupowania wyrosłe na fundamencie elit i establishmentu III RP.

Elity i establishment zaskoczone utrzymującym się wysokim poparciem LPR’u i Samoobrony (szczególnie tej pierwszej) nagłośniły wcześniej pojawiające się poza głównym obiegiem hasło budowy, tzw. „IV RP”, która miała być zdecydowanym odcięciem się od błędów popełnionych zarówno przez koalicję AWS-UW jak i SLD-UP, przy jednoczesnym zachowaniu status quo zawierającym się w porozumieniach okrągłostołowych. Temu celowi służyć miało forsowanie pomysłu na koalicję programową Platformy Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości, która odwoływać się miała do całej postsolidarnościowej spuścizny po 1989 r. Czyż można było zakładać cokolwiek innego? Raczej nie. Głównymi konstruktorami rodzącego się PO-PiSu zostali liderzy obu ugrupowań, tj. Donald Tusk i Jarosław Kaczyński. Na rzecz tego projektu zaczęły pracować wszystkie najważniejsze w kraju ośrodki opiniotwórcze, których zadanie polegało na doprowadzeniu do zawarcia powyższej koalicji programowej oraz obsadzenie urzędu głowy państwa przez kandydata zbliżonego do elit i establishmentu III RP. Przypatrzmy się wobec tego, w jaki sposób na przestrzeni czasu, prezes Jarosław Kaczyński był temu projektowi wierny, i jak później, można powiedzieć, „zaplątał się we własne nogi”.

W wywiadzie udzielonym w dniu 04.02.2004 (Wywiad z Jarosławem Kaczyńskim) na pytanie, dlaczego w powszechnym odczuciu Platformy Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości są dla siebie naturalnymi koalicjantami? prezes Kaczyński odpowiada, Tak się ułożyła scena polityczna…. Zatem to, że pewne sprawy widzimy inaczej, nie zamyka nam drogi do koalicji…Nie oznacza to, byśmy odmawiali sojuszu z Platformą Obywatelską. Ale nasze partie są różne i społeczeństwo powinno o tym wiedzieć.

W innym z kolei (17.02.2004, Kaczyński: Postkomunizm w Polsce musi być odrzucony) na pytanie … Czy Prawo i Sprawiedliwość wolałoby w przyszłości tworzyć koalicję rządową z Platformą Obywatelską, czy szuka raczej innych sojuszników, takich jak Polskie Stronnictwo Ludowe czy Liga Polskich Rodzin? Kaczyński odpowiada kategorycznie Zdecydowanie odrzucam twierdzenie, że Platforma jest naszym głównym przeciwnikiem. … bardzo poważnie bierzemy pod uwagę sojusz z Platformą Obywatelską. Na temat z kolei przyszłości rządów Samoobrony stwierdza, … My nie mamy zamiaru uczestniczyć w rządach, po których 40 proc. uzyska już nie SLD, lecz Samoobrona. Bo to będzie tragedia narodowa. My walczymy teraz o to, by tragedii narodowej nie było…. Wypowiedź ta zapewne została przez Samoobronę odnotowana i uznana za nieprzyjazną wskazówkę na przyszłość, tym bardziej, że potwierdza to odpowiedź na kolejne pytanie Jakie są najważniejsze sprawy, które was łączą z Platformą Obywatelską?, odpowiada Nasze partie nie są takie same. Odwołują się do innych tradycji, są różne mentalnie. Dotychczas wydawało nam się, że łączy nas wola bardzo głębokiej przebudowy kraju, świadomość, że tak dalej polskich spraw prowadzić się nie da, a postkomunizm musi być w Polsce odrzucony w sposób możliwie radykalny. Proponujemy bardzo daleko idące zmiany. I mam wrażenie, że to jest sposób myślenia bardzo wielu znaczących postaci Platformy Obywatelskiej. Proszę zauważyć, że w kolejnym wywiadzie prezes Kaczyński wzmacnia wizję wspólnych rządów z Platformą.

Po zaskoczeniu, jakie przyniosły wybory do Parlamentu Europejskiego, w wywiadzie z 03.08.2004, (Wywiad z Jarosławem Kaczyńskim) na pytanie, Jeszcze jakiś czas temu wydawało się, że to właśnie PiS i PO kontrolują prawą stronę sceny politycznej i w przyszłości będą wspólnie tworzyć rząd. Nagle, jako jeden z głównych faworytów do zwycięstwa w przyszłych wyborach parlamentarnych pojawiła się LPR. Co się zmieniło? Kaczyński odpowiada: Liga buduje całą swoją tożsamość na stosunku do UE. Trudno jest teraz ocenić, czy mamy do czynienia z systematycznym wzrostem poparcia dla tego ugrupowanie, czy tylko jednorazowym sukcesem w wyborach do PE. Natomiast o ewentualnych koalicjach podyskutujemy dopiero po wyborach…. Nie sposób nie zauważyć, że Kaczyński już do drugiego ugrupowania podchodzi z dystansem, zaś Platformę Obywatelską mimo pewnych zgrzytów i nieporozumień w dalszym ciągu uznaje za głównego partnera koalicyjnego.

09.09.2004 (Jarosław Kaczyński w „Gościu Radia ZET”) Monika Olejnik pyta Kaczyńskiego: … Czy możliwy jest taki scenariusz: nasz prezydent, wasz premier, czyli wasz prezydent: Donald Tusk, a premier z Prawa i Sprawiedliwości? Na co uzyskuje odpowiedź Myślę, że tego rodzaju scenariusze należy rozważać po wyborach, przynajmniej tych parlamentarnych. Wtedy będzie do tego podstawa. Dzisiaj podstawą są sondaże, które dzisiaj nie dają większości tym dwóm partiom. Trzeba by szukać trzeciej. Zostańmy dlatego z tego rodzaju problemami do momentu, gdy nabiorą one charakteru praktycznego. Różne rzeczy są możliwe. Przy całym szacunku i wielkiej sympatii dla Donalda Tuska, także dla jego życiorysu, takiego bardzo konsekwentnego…

Monika Olejnik (29.03.2005, Prezes PiS Jarosław Kaczyński gościem Radia „Zet”) mniej więcej pół roku później wraca do sprawy kandydatury prezydenckiej i pyta Kaczyńskiego No właśnie, Donaldowi Tuskowi jest przykro, że nie ma wspólnego kandydata prawicy, że Lech Kaczyński tak się pospieszył i Donald Tusk mówi: trudno, będziemy stawali na polu bitwy. I słyszy w odpowiedzi: Wybaczy pani, ale tutaj mamy do czynienie z sytuacją dosyć trudną dla mnie, bo ja naprawdę dbam o to, żeby nasze stosunki z Platformą były dobre, ale tutaj już muszę powiedzieć o nadużyciu. Nigdy nie było żadnych rozmów, powtarzam, żadnych, niezależnie od tego, co wypisywała prasa na temat wspólnego kandydata. Nigdy nie toczyliśmy nawet na poziomie prywatnym tego rodzaju dyskusji. Jeżeli wybory będą we wrześniu, a wszystko na to wskazuje, to szanse na to, żeby byli wspólni kandydaci jest minimalna. Jeżeli Platforma Obywatelska chciałaby doprowadzić do wspólnego kandydata, to droga jest otwarta. Natomiast, tu używam cudzysłowu, „usprawiedliwiania” własnego kandydowania tym, że kandyduje ktoś inny, o kim wiadomo było, że będzie kandydować, to jest właśnie sposób uprawiania dyskursu politycznego może nie najlepszy. Prowadząca program dociska dalej: No to jaka to będzie koalicja, skoro już państwo się kłócą ? Zaś Kaczyński odpowiada: Pani redaktor, AWS kłócił się z Unią Wolności niezwykle intensywnie w czasie kampanii, panowie Balcerowicz i Krzaklewski sobie wręcz wymyślali i to w taki bardzo agresywny sposób, a potem zawiązali koalicje, to po pierwsze. Przypominając historię AWS-UW, w kontekście powyborczych rozstrzygnięć, Kaczyński wkłada naładowaną broń do ręki Lepperowi i Giertychowi. Olejnik zaostrzając atmosferę stwierdza: A po drugie, Jan Rokita jest tak radykalny, że nie różnią się państwo od siebie. Kaczyński wyczuwając pułapkę odpowiada: My ze sobą nie walczymy, a już na pewno ja tej walki nie chce prowadzić. To, że wysunęliśmy kandydata, to nie jest żaden akt walki z PO. Natomiast ja z niepokojem obserwuje to, co się dzieje w znacznej części mediów, gdzie się pewne rzeczy próbuje wmawiać, właśnie budować tą wojnę, twierdzić, że Lech Kaczyński uważa, że jego głównym przeciwnikiem jest Donald Tusk, to jest wszystko całkowite kłamstwo. Krótko mówiąc, nie ma żadnej politycznej wojny, a jest normalna polityczna konkurencja.

Na trzy miesiące przed wyborami parlamentarnymi (13.06.2005, Lider Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński gościem Moniki Olejnik w Radiu ZET) Jarosław Kaczyński słusznie przewiduje mówiąc, że: … jest prawdopodobne, że Lech Kaczyński zostanie prezydentem, a my wygramy, albo przynajmniej zremisujemy wybory parlamentarne z Platformą.

Pomiędzy przyszłymi koalicjantami dochodzi jednak do nasilających się konfliktów w toku kampanii wyborczej, co zaczyna niepokoić elity i establishment III RP, czego wyrazem może być dociskanie obu liderów przez Monikę Olejnik (28.06.2005, Prezes PiS Jarosław Kaczyński oraz Donald Tusk byli gośćmi Moniki Olejnik w programie “Prosto w oczy”):  … Do tej pory się wydawało, że Platforma i PiS to są zgodni koalicjanci, a tymczasem Panów drogi zaczynają się rozchodzić. Ostatnio Platforma Obywatelska mówiła, że PiS recydywę socjalizmu narzuca, kaganiec obywatelom, zatrzymuje inwestycje w mieście Lech Kaczyński i tak dalej, i tak dalej. Lider PiSu czując słabszą pozycję w oczach elektoratu dokonuje samowzmocnienia stwierdzając, że Jarosław Kaczyński My to przyjmujemy z wielkim bólem i zaskoczeniem, chociaż wiemy o co chodzi. Chodzi o to, żeby przejąć ten elektorat, który się PiS-u boi. Który uważa, że rządy PiS-u będą czymś strasznym, przy czym z jednej strony – są to ludzie zdezorientowani, którym wmówiono, że PiS chce ograniczać demokrację. Chce wprowadzać kaczyzm lub zgoła faszyzm, etc., etc. Prowadząca program to dostrzega i w obecności drugiego politycznego partnera postanawia go skonfrontować: Tak… Czy to Platforma Obywatelska mówi? Jarosław Kaczyński zauważa tę konfrontację, czego rezultatem jest wycofanie się na pozycje obronne: Nie, nie. Tego nie mówi. Ale z drugiej strony, są to ludzie, którzy boją się normalnie funkcjonującego państwa, normalnej demokracji. Boją się dlatego, że znakomicie się czują w tej patologii, która funkcjonuje dzisiaj. I odwoływanie się do nich jest pewnym chwytem wyborczym. Ale muszę się przyznać, że jestem tym jednak zaskoczony, ale rozumiem motywy i uważam, że jest to podejście niesłychane, wręcz ryzykowne z punktu widzenie Polski, rządzenia. To może prowadzić, nawet w sposób niezmierzony do takiej eskalacji konfliktu, mimo że my naprawdę zachowujemy się skrajnie wstrzemięźliwie i próbujemy nie odpowiadać na te ataki i później będą różnego rodzaju kłopoty…. Na uwagę zasługuje wzmianka o patologii, gdyż użycie jej służy wzmocnieniu pozycji Kaczyńskiego w swoim naturalnym elektoracie oraz ruch w stronę elektoratów Ligi i Samoobrony wyczulonych na patologie III RP.

W trakcie kampanii wyborczej pomiędzy przyszłymi koalicjantami dochodzi do bardzo poważnego konfliktu na tle relacji Platformy ze środowiskiem postkomunistów. W wywiadzie z dnia 05.09.2005, (Prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński gościem Krzysztofa Grzesiowskiego w „Sygnałach dnia”) prezes Kaczyński zapytany przez prowadzącego program: Panie prezesie, dwadzieścia dni do wyborów, a tymczasem pan domaga się odpowiedzi na pytanie, czy rzeczywiście z Platformą Obywatelską można Polskę przebudować. odpowiada: Uzyskaliśmy wczoraj, przedwczoraj informację dość z naszego punktu widzenia i sądzę, że to jest z punktu widzenia także wielu innych bulwersującą, mianowicie okazuje się, że polityk Platformy Obywatelskiej jest jednocześnie doradcą pana Barcikowskiego, szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. I ja chciałem powiedzieć tyle – my nie zgadzamy się na taką sytuację, którą można porównać z tą, która swego czasu miała miejsce, tylko w innej sferze życia. Otóż AWS był w Sojuszu z Unią Demokratyczną, ale jednocześnie Unia Demokratyczna w telewizji, w Radzie Radiofonii i Telewizji była w sojuszu z SLD. Otóż my się – jeszcze raz powtarzam – nie zgadzamy na to, żeby być w Sojuszu z Platformą Obywatelską, ale w służbach specjalnych Platforma Obywatelska ma być też w Sojuszu z SLD, no bo pan Barcikowski jest przecież w oczywisty sposób przedstawicielem SLD i trudno sądzić, żeby jego doradcy to byli ludzie, którzy są tam zupełnie przypadkowo. To dla nas jest rzecz niesłychanie istotna z tego względu, że sprawa służb specjalnych to jest jedna z podstawowych spraw, które trzeba załatwić, jeżeli polskie państwo ma być naprawdę przebudowane, jeżeli różnego rodzaju patologiczne, więcej – skrajnie patologiczne mechanizmy naszego życia publicznego, ale także i gospodarczego mają być zlikwidowane. Stąd to publicznie zadane pytanie i stąd wielka waga, jaką do tej kwestii przywiązujemy. Prowadzący zadaje więc pytania precyzujące: Musimy wiedzieć, jakie są związki między Platformą a służbami specjalnymi? To pan ma na myśli? W zamian dostaje odpowiedź: Nie, poprzedziło to pytanie złożenie przeze mnie bardzo wyraźnej deklaracji, że my tego sojuszu chcemy i że ten sojusz musi powstać. Tutaj prezes Kaczyński wykazuje determinację do powołania koalicji pomiędzy PiS’em a Platformą.

Na pięć dni przed wyborami parlamentarnymi Monika Olejnik (20.09.2005, Lider Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński gościem Moniki Olejnik w Radiu ZET) szuka wspólnej płaszczyzny porozumienia pomiędzy oboma ugrupowaniami: Ja się tak zastanawiam, co łączy Prawo i Sprawiedliwość z Platformą Obywatelską, bo tak: państwo są za wolniejsza prywatyzacją, Platforma za szybką prywatyzacją, Platforma jest za likwidacją Senatu, państwo przeciwko likwidacji Senatu, PiS jest za likwidacją Rady Polityki Pieniężnej, a Platforma za utrzymaniem rady Polityki Pieniężnej, tam są podatki “3 x 15”, tutaj inne progi podatkowe. To co was łączy właściwie? I ją znajduje (Jarosław Kaczyński): Łączy nas wola naprawy Rzeczpospolitej, to jest bardzo, bardzo ważne, natomiast różnimy się w różnych sprawach charakterze szczegółowym. Chociaż sprawa podatków już jest ważna, bo to jest cała koncepcja społeczeństwa – solidarne, albo takie skrajnie liberalne, gdzie najubożsi tracą, a ci bogatsi zyskują. Mimo istotnych różnic jej rozmówca dąży do rozwiązania koalicyjnego z partią mającą odmienne wizje systemowe.

Niedługo po tym Kaczyński (22.09.2005, Lider Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński i Przewodniczący SLD Wojciech Olejniczak gośćmi Krzysztofa Grzesiowskiego w „Debacie przedwyborczej” w Polskim Radiu) precyzuje, który program wyborczy będzie miał pierwszeństwo w realizacji, gdy PiS i Platforma będą miały zbliżony wynik wyborczy: …a druga strona będzie mogła co najwyżej zaprotestować, jeżeliby znalazła tam jakieś osoby całkowicie nie do zaakceptowania, to to rzeczywiście jest niedobre, tyle tylko, że to w żadnym razie nie pada z naszej strony. My przecież mówimy, że będzie tak jak jest normalnie w europejskich demokracjach i nie tylko europejskich. Jeżeli dwie partie mają rządzić, mają zbliżone wyniki, to podejmują rokowania, ustalają skład rządu i szukają jakiegoś kompromisu programowego. I to jest jedyne wyjście, które jest uczciwe wobec wyborców, bo w przeciwnym razie to byłoby tak, że wyborcy PiS (a program nasz rzeczywiście się różni pod niejednym względem od programu PO) w istocie głosowaliby na PO, jeśli na PO padnie, nie wiem… tysiąc pięćset głosów więcej niż na PiS. To jest coś, co jest całkowicie sprzeczne z zasadami demokracji i w związku z tym na to my się nie zgadzamy i proszę nam tego rodzaju myślenia nie przypisywać, bo my tak nie myślimy. Jeżeli z kolei my wygramy i to nawet więcej niż o tysiąc pięćset głosów, to na pewno będziemy z Platformą Obywatelską dyskutować i będziemy dążyć do takiego programu, który będzie odnosił się jakoś także do elektoratu Platformy Obywatelskiej.

W tym samym dniu, w innej stacji radiowej (22.09.2005, Prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński gościem w Kontrwywiadzie Kamila Durczoka w RMF FM), Jarosław Kaczyński słyszy pytanie: Jarosław Kaczyński premierem, Roman Giertych wicepremierem, Andrzej Lepper ministrem rolnictwa. Dopuszcza pan taki rząd? Można je interpretować jako sprawdzenie determinacji Kaczyńskiego do zawarcia koalicji z Platformą. Lider PiS’u odpowiada: To są te objawy zdenerwowania naszych kolegów. Oni świetnie wiedzą, że taki rząd nie może powstać. To PO prowadziła rozmowy z LPR w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy, po wyborach europejskich. My żadnych rozmów nie prowadziliśmy z LPR. Byliśmy także równie mocno atakowani przez Samoobronę jak PO, a w konkurencji personalnej ja wygrałbym – byłem nieustannym bohaterem różnych pomówień i wściekłych ataków. PO – PiS to jest jedyna w tej chwili realna koalicja. Na uwagę zasługuje użycie sformułowania „w tej chwili”, w którym zawiera się istnienie jakiejś innej alternatywy.

Tuż przed ciszą wyborczą (23.09.2005, Jarosław Kaczyński gościem Jolanty Pieńkowskiej w “Salonie politycznym” Trójki) Jarosław Kaczyński rozgrywa ostatnie rozdanie, gdy po stwierdzeniu: No tak, ale jak słucham pana teraz to tak sobie nie bardzo wyobrażam, że państwo w poniedziałek po wyborach usiądziecie wspólnie do stołu i będziecie rozmawiać jak stworzyć wspólny rząd. odpowiada: Proszę się nie obawiać, proszę sobie przypomnieć to co się działo między AWS-em, a Unią Wolności, w 97 roku działy się rzeczy bardziej drastyczne, a mimo wszystko się porozumiano. Red. Pieńkowska szukając zapewnienia wzmacnia wizję przyszłego rządu PiS’u i Platformy w pytaniu: Czyli pan to sobie wyobraża, że usiądzie pan z Janem Rokitą i Donaldem Tuskiem i z uśmiechem podacie sobie ręce i będziecie prowadzić merytoryczną dyskusję o przyszłym rządzie?, by uzyskać zadowalającą elity i establishment III RP odpowiedź: Ale oczywiście, że sobie wyobrażam ja nie wiem czy pani zadaje takie pytania także w drugą stronę, bo to byłoby jak sądzę zupełnie uzasadnione.

Skoro Jarosław Kaczyński czuł tak wielką potrzebę utworzenia z PO koalicji rządowej, to ani Liga ani tym bardziej Samoobrona (uznająca, że PiS i Platforma są tymi samymi AWS’em i Unią Wolności) nie zamierzały PiSowi rozwiewać marzeń o takim rozstrzygnięciu. Łączny ich wynik w wyborach wyniósł 19,38 proc., co zostało przez nie uznane za potwierdzenie woli wyborców wyrażonej w wyborach do Parlamentu Europejskiego, biorąc poprawkę na większą popularność wyborów do parlamentu krajowego oraz zmasowaną przeciwko nim kampanię negatywną. Liga otrzymała porównywalną ilość głosów w liczbach bezwzględnych (ok. 940 tys. wobec ok. 970 tys. w wyborach do Parlamentu Europejskiego), ogromnym zaś zaskoczeniem był ponad dwukrotny wzrost liczby głosów na Samoobronę (ok. 1,3 mln wobec ok. 660 tys.). Wydawałoby się, że Prawo i Sprawiedliwość oraz Platforma Obywatelska uzyskujące łącznie 62,6 proc. mandatów w Sejmie szybko zawrą koalicję zgodnie z deklaracjami przedwyborczymi obu formacji. Rzeczywiście, zgodnie z tym, co Jarosław Kaczyński odpowiedział red. Pieńkowskiej, cztery dni po wyborach doszło do I rundy rozmów. Runda ta skończyła się fiaskiem. Kolejne rozmowy obu niedoszłych koalicjantów coraz bardziej grzęzły, aż do 31 października.

Skąd się wziął impas w rokowaniach pomiędzy PiSem a Platformą. Były tego właściwie trzy przyczyny. Pierwsza polegała na tym, że Jarosław Kaczyński ogromnie pragnął prezydentury dla swojego brata. By to osiągnąć, to musiał mieć głosy całego narodowo-katolickiego elektoratu, który w dużym stopniu znajdował się w elektoracie Ligii oraz Samoobrony. Elektoraty te bardzo uważnie obserwowały poczynania Jarosława Kaczyńskiego i nie zamierzały poprzeć kandydata, który firmowałby swoim nazwiskiem zawieranie koalicji z ugrupowaniem o inklinacjach liberalnych i kojarzonego z, tzw. „aferałami”. Jarosław Kaczyński dostał tutaj wyraźne ostrzeżenie w postaci wyników I tury (9 października) wyborów, gdy jego brat otrzymał 33.10 proc. głosów zaś jego konkurent – 36.33 proc. Lider PiS’u wiedział więc, że zawarcie koalicji z Platformą może kosztować głosy tej części elektoratu, która była jakby „dopełnieniem” do głosów pochodzących spośród wyborców PiS’u. Kaczyński nie mógł zlekceważyć ponad miliona głosów elektoratu Samoobrony i ponad pół miliona Ligii. Drugą przyczyną była ogromna porażka wizerunkowa Donalda Tuska w II turze (23 października) wyborów prezydenckich, którą względem Lecha Kaczyńskiego przegrał stosunkiem ok. 8 pkt. proc. To niewątpliwie osłabiło jego pozycję negocjacyjną oraz spowodowało rozprzężenie w jego sztabie. Trzecim powodem było wysunięcie podczas rokowań przez Platformę żądań niewspółmiernych do jej pozycji negocjacyjnej. Coraz szybciej również ubiegał czas, w którym prezydent powinien powołać nowego premiera wraz z gabinetem. Konieczne to było m.in. po to, by móc rozpocząć prace nad budżetem na rok następny. W efekcie tej wojny nerwów rokowania koalicyjne zakończyły się fiaskiem.

W tym samym czasie LPR (w dniu 5 października) wystąpiła z apelem do PSL’u i Samoobrony o ustosunkowanie się do propozycji programowych LPR i propozycję poparcia dla tworzącego się rządu PiS. (List Romana Giertycha do PSL i Samoobrony) Z kolei kilka dni wcześniej Andrzej Lepper w wywiadzie radiowym (Prawo i Sprawiedliwość nie ma wyjścia) powiedział, że: … PiS innego wyjścia nie ma, jak tylko spotkać się z Ligą, z PSL-em i zadbać o poparcie naszej partii… Mimo zgłaszanych zastrzeżeń Liga oraz Samoobrona ostatecznie poparły mniejszościowy rząd Kazimierza Marcinkiewicza. Tuż po jego udzieleniu obie formacje zgłosiły swój akces do rządu, uznając, że koncepcja utworzenia koalicji pomiędzy PiS’em a Platformą ostatecznie upadła, zaś popierany przez nich prezydent-elekt będzie gwarantem stabilności szerokiego gabinetu koalicyjnego realizującego zbliżony program wyborczy trzech ugrupowań. Taka konstelacja mogła być istotnie silna od dnia zaprzysiężenia brata prezesa PiSu na urząd prezydenta. W ostateczności Jarosławowi Kaczyńskiemu brakowało min. 77 mandatów do bezwzględnej większości. Nie chcąc ich ze strony LPR’u i Samoobrony mógł mieć ich nadwyżkę w liczbie 57 ze strony Platformy.

Niestety, lecz szybko te „klocki” zaczęły się rozsypywać. We wpisie pt. Gdy słabszy pokonuje silniejszego – paradoks, napisałem, że: fiasko rozmów koalicyjnych z Platformą Obywatelską było dla Jarosława Kaczyńskiego tym samym, czym dla gen. Douglas’a MacArthur’a było przełamanie frontu na Półwyspie Koreańskim w, tzw. „worku pasuańskim”. Platforma i jej sojusznicy zostali zmuszeni do odwrotu. Jarosław Kaczyński miał oczyszczone przedpole. Myślę, że stosując tutaj umiejętną taktykę udało się jemu zdobyć pozycję do rozwinięcia kontrataku, by idąc jak VIII Armia Stanów Zjednoczonych, gen. Douglas’a McArthur’a, wspomagana wojskami południowokoreańskimi nacierać na, tzw. „obóz III RP”. Kaczyński jednak inaczej niż ów amerykański generał pragnął przekroczyć „38. równoleżnik”, tj. pokonać Układ, szarą sieć, zielony stolik, sam posuwając się po niebywale trudnym terenie. Tutaj go czekały niemiłe niespodzianki. Co tak naprawdę zdecydowało o tym, że rozwijająca się kontrofensywa Kaczyńskiego zamieniła się w działania defensywne?

Pewien rys tego daje porównanie do działań wojennych, które miały miejsce podczas wojny koreańskiej od momentu zajęcia praktycznie rzecz biorąc całej Korei przez aliantów. Doskonały tego opis przedstawia M. Jabłoński, „Zapomniana Wojna. Konflikt koreański w latach 1950-1953”. Czytamy w nim, że: (…) ONZ podobnie jak Truman i Połączony Komitet Szefów Sztabów uległy euforii. Powszechnie wierzono, że kraj zostanie zjednoczony. Spektakularny sukces Inczon zdawał się nie mieć końca. (…) Wszystko wskazywało na to że „chłopcy wrócą do domu na Gwiazdkę”. Doskonale zapowiadająca się ofensywa nagle zamieniła się w klęskę. (…) Wina spoczywa tu przede wszystkim na dowódcy w polu – Walkerze, ale i w pewnej mierze na Mac Arthurze. Jednakże zmiana pogody nie wyjaśnia wszystkiego, a złe warunki mogły żołnierzy alianckich bardziej motywować. Zaskoczenie atakiem chińskim wynikało z błędnych ocen popełnionych zarówno przez polityków (Truman), jak wojskowych (Mac Arthur, Bradley). Nie doceniali oni wojowniczości przywódców chińskich – Mao i Czou En Laia – dążących do „niesienia światła rewolucji innym ludom Azji” (równolegle próbowali to robić w Wietnamie). (…) 1 października Mao oświadczył, że „Chiny wesprą zagrożoną agresją KRLD”. Alianci zignorowali te groźby choć były one przedmiotem spotkania między Trumanem, a Mac Arthurem na Wake 15 października 1950 r. Mac Arthur zapewnił Trumana, że groźby Chińczyków to blef. Truman skwapliwie uwierzył. Później krytycy generała zarzucali mu, że wprowadził prezydenta w błąd. Nie była to prawda. Mac Arthur po prostu sam nie wierzył, że odpowiednie skoncentrowanie oddziałów przed zniszczeniem armii Północny jest możliwe. Nie docenił mobilizacji Chińczyków i ich umiejętności walki przy minimalnym zaopatrzeniu (wojskowi alianccy, a zwłaszcza amerykańscy, nie doceniali wytrwałości chińskiego żołnierza i możliwości walki w skrajnie ekstremalnych warunkach, przy minimalnym zaopatrzeniu i bez większości dóbr, których dostępność żołnierze amerykańscy uważali za nieodzowną dla egzystencji). Wydaje się, że podobnie, jak McArthur, postąpił Kaczyński. Kiedy już zdał sobie sprawę, że bez wsparcia Ligi i Samoobrony („Pakt Stabilizacyjny”, a później koalicja) nie będzie mógł zwyciężać, to było już zdecydowanie za późno na to, by się mógł przygotować na kontrofensywę Układu, Salonu etc. etc. Zresztą można było odnieść wrażenie, że takiej kontrofensywy się nie spodziewa.

Właściwie, po co ja o tym wszystkim piszę? Otóż dlatego, by podkreślić, że Jarosław Kaczyński, jeśli kiedykolwiek odniesie znaczące zwycięstwo, to będzie musiał, chcąc realizować swoje wizje polityczne, bądź to czynić własną silną armią. O co może być trudno. Bądź też w ramach silniejszej koalicji z jakimś podmiotem bądź podmiotami. O co będzie chyba jeszcze trudniej. I albo to się dla niego skończy tak jak “Operacja Glory” w wojnie koreańskiej, albo jak “Kampania Ho Chi Minh’a” w wojnie wietnamskiej.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Fantastyczna praca zakonczona niestety wadliwymi wnioskami tudziez tezami.
Haslo IV RP zostalo bylo nie bylo rzucone przez Pawla Spiewaka - posla PO w poprzedniej kadencji.
Establiszment, ktorego emanacja jest "Stokrotka" nie byl zachwycony tym, ze PO i PiS zgarniaja cala pule. Dlatego w tamtym czasie podpompowywano zarowno Samoobrone jak i LPR (to samo dzieje sie zreszta obecnie).
Urwanie kilku czy tez kilkunastu mandatow PiS-owi i PO wtedy bylo byc albo nie byc duzej czesci establiszmentu.
Dopiero pozniej PO przeszla na pozycje pro-establiszmentowe, a PiS pozostal tam gdzie stal.
Nalezy wedlug mnie oddzielic to co sie mowi w toku ostrej kampanii wyborczej od tego co zamierza sie robic. Kaczor staral sie nie zaogniac sytuacji, pomimo iz wiekszosc mediow juz wtedy starala sie wywolac ojne pomiedzy P:iS-em a PO.
Andrzej.A

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Venenosi bufones pellem non mutant Andrzej.A

#46664

Przyjmuję ją do wiadomości.

Jednak, czy prawdą jest, że:

Jedną z koncepcji hasła IV Rzeczpospolita sformułował jako pierwszy politolog i publicysta Rafał Matyja w artykule "Obóz IV Rzeczypospolitej" opublikowanym przez środowisko tzw. pampersów w piśmie "Debata" w 1998.

(IV Reczpospolita - Historia pojęcia)

Natomiast, jeśli chodzi o podpompowanie, to akurat sądzę, że PiS był tutaj bardziej "sterowny". Naprawdę cały Salon wraz z "kaczystami" się starał, by wygonić tych "buraków" i nacjonalistów. Oni mieli ich dość od samego początku kadencji 2001-05.

Urwanie kilku czy tez kilkunastu mandatow PiS-owi i PO wtedy bylo byc albo nie byc duzej czesci establiszmentu.

Czegoś tutaj nie rozumiem. Tzn. establishment, czyt. Układ, krakówek, warsiawka itp., z których wypączkowały PO i PiS miał sobie tworzyć kontr-siłę (w postaci "buraków" i nacjonalistów), by ta zaczęła niszczyć partyjne reprezentacje owego establishmentu?

Dopiero pozniej PO przeszla na pozycje pro-establiszmentowe...

Aż nie mogę w to uwierzyć. To Bielecki, Lewandowski, Tusk, Rokita etc. etc. to nie establishment? Gen. Gromek też nie? Przecież to arcyśmietanka Unii Wolności. Sam kwiat Michnikowszczyzny. Jak PO miała przejść na pozycję, w których "od zarania" siedziała?

... Kaczor staral sie nie zaogniac sytuacji, pomimo iz wiekszosc mediow juz wtedy starala sie wywolac ojne

No i przestraszył się kilku redakcji prasowych, telewizyjnych i radiowych. Tak, że się coraz szybciej i po cichu zaczął wycofywać z pójścia w zwarcie z elitami, osłanianymi, również we własnym interesie, przez media. "Nie zaogniać"... Czyli, co? Wywiesić białą flagę?

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#46691

Błąd polega na tym, że Kaczory nie są umoczone i dlatego są groźne dla szeroko pojętego układu - nie ma na nich haków zarówno w teczkach SB jak i za obecne przekręty, choć usiłowano coś takiego zmajstrować ("Dramat w trzech aktach").
Czy rzeczywiście Kaczor nie poszedł na wojnę z establiszmentem, według mnie poszedł, a że popełnił przy tym wiele błędów to jest inna sprawa. Według mnie starał się skracać front, czyli nie robić sobie wrogów ze wszystkich na około, co i tak się nie udało, co wyraźnie wspomogły media.

Andrzej.A

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Venenosi bufones pellem non mutant Andrzej.A

#46722

Błąd polega na tym, że Kaczory nie są umoczone i dlatego są groźne dla szeroko pojętego układu - nie ma na nich haków zarówno w teczkach SB jak i za obecne przekręty, choć usiłowano coś takiego zmajstrować ("Dramat w trzech aktach").

Przyjmuję na wiarę.

Czy rzeczywiście Kaczor nie poszedł na wojnę z establiszmentem, według mnie poszedł, a że popełnił przy tym wiele błędów to jest inna sprawa.

Poszedł na wojnę z establiszmentem? A nie sięgnięcie po wnioski końcowe ze sprawozdań wcześniejszych komisji śledczych? A w popłochu wycofanie się ze zniesienia 50 proc. kosztów uzyskania przychodów z umów o dzieła autorskie? A nie zweryfikowanie działalności ośrodków sondażotwórczych po ich kompromitacji przedwyborczej? A nie ujawnienie funkcjonowania zaangażowania ośrodków opiniotwórczych w kampanię wyborczą po stronie Platformy sprzed wyborów w 2005 r.? A bezsilność wobec nieodwołania prezydenta stolicy? Znowu bezradność w bankowej komisji śledczej? Itd. itd.

Według mnie starał się skracać front, czyli nie robić sobie wrogów ze wszystkich na około, co i tak się nie udało, co wyraźnie wspomogły media.

Ciekawe. Rozpierducha wewnątrz własnej partii (Dorn, Jurek, wcześniej Ujazdowski, Sellin, Zalewski). Naparzanka ze współkoalicjantami. Wojny z: lekarzami i średnim personelem medycznym, prawnikami (sędziowie, prokuratorzy, adwokaci, radcowie prawni), nauczycielami, instytucjami finansowymi, naukowcami, twórcami, rolnikami, Trybunałem Konstytucyjnym, dziennikarzami, młodzieżą, służbą cywilną... Z kim, nie? Powtórzę to, co napisałem we wpisie Gdy słabszy pokonuje silniejszego - paradoks:

(...) Jarosław Kaczyński, wskutek coraz bardziej zmasowanego natarcia sił wrogich, porzucił dotychczasową taktykę „cętkowania”, by rozwijając szereg frontów walki (np. media, różnorakie korporacje i grupy zawodowe, młodzież itp. itp.) zacząć prowadzić inny rodzaj walki niż pierwotnie. W tym kształcie zaczęło to coraz nosić charakter kontrataków wykonywanych przez wojska amerykańskie w schyłkowym okresie wojny wietnamskiej, tzn. wraz z prowadzeniem sporych rozmiarów ostrzeliwania się i bombardowania dwutorowo szły misje typu „wyczyść i utrzymaj”. (...) Mówiąc prościej, sądzę, że utracił on zdolność zarządzania polem walki i precyzyjnego planowania kierunków głównych uderzeń. W tym sensie, można sądzić, że rozwój sytuacji wymknął mu się spod kontroli.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#46740