Barack Kennedy

Obrazek użytkownika Rybitzky
Świat

Co pewien czas Amerykanie odczuwają potrzebę posiadania prezydenta, który zapowiada „zmiany". Wybierają wtedy kogoś w rodzaju Kennedyego, Cartera lub Clintona. Dlatego nie mam, niestety, żadnych wątpliwości, iż jutro zwycięży Barack Obama.

Nie będę udawał specjalnej wiary w nadzwyczajne predyspozycje Johna McCaina. Owszem, bardzo lubię tego polityka i uważam, że byłby on świetnym prezydentem - ale osiem lat temu. Republikanie popełnili gigantyczny błąd nominując w 2000 roku Busha zamiast senatora z Arizony.

Dziś Amerykanie nie potrzebują doświadczonego życiowo i politycznie bohatera wojennego. Potrzebują kogoś młodego i energicznego, kogoś mówiącego nawet bez sensu - ale z zaangażowaniem. Niestety, ale prędzej niż jutro kolor skóry zaszkodzi Obamie, McCainowi przeszkodzi jego wiek.

Sytuacja jest nieco podobna do wyborów roku 1961. Wtedy nikt nie dawał katolikowi Kennedyemu szans najpierw na nominację Partii Demokratycznej, a potem na zwycięstwo z protestanckim i bardziej doświadczonym Nixonem. Tymczasem JFK od katolicyzmu się zdystansował, a ze stosunkowo niewielkiego doświadczenia uczynił swój atut.

Obama zrobił teraz to samo. Nie oparł kampanii na kolorze swej skóry, a brak rozbudowanej politycznej kariery zasłonił hasłem „zmiany". Jak ktoś chce robić rewolucję, to przecież nie potrzebuje legitymować się działalnością w poprzednim systemie.

Oczywiście, postulowana przez Obamę „zmiana" nie będzie tak naprawdę niczym rewolucyjnym. On przecież nie wziął się znikąd. Został wypromowany przez establishment, i to chyba w dużo większym stopniu niż np. Bill Clinton. Tym samym wątpliwe jest powodzenie jego socjalnych projektów (istniejących zresztą bardziej w spotach wyborczych, niż w rzeczywistości).

Amerykanie nie mają się więc czego bać. Elity wywodzące się jeszcze z czasów kolonialnych prowadzą ich państwo w odpowiedzialny sposób. W USA po prostu nie może być prezydenta, który w poważny sposób zagroziłby realizacji narodowego interesu. A jeśli się jednak taki pojawi? Cóż, tu znów możemy odwołać się do przykładu Johna. F. Kennedyego.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

JFK mistrzowsko rozegrał Kubański Kryzys Rakietowy, i doskonale zdawał sobie sprawe z zagrożenia sowieckiego. Obawiał się, i to słusznie, zaangażowania w Wietnamie itp. No i był dobrym piarowcem; dopiero po latach wyszło na jaw, że był ciężko chory.

Od jego zabójstwa wiele rzeczy popsuło się na lewicy w USA...

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#7011