A jeszcze nic nie załatwione...

Obrazek użytkownika katarzyna.tarnawska

... i nie odjęte nic od ust (to z Lechonia, i z życia).
Jest grudzień 1914.
Wieczorem, o zimowym zmroku, do drzwi mieszkania na II p. domu przy ul. Leona Sapiehy we Lwowie stuka ktoś energicznie.
Julia, żona maszynisty kolejowego oczekując o tej porze powrotu córek z zajęć w seminarium nauczycielskim, otwiera drzwi szeroko. I - zastyga zaskoczona przez chwilę: oprócz Niuty (Marii) i młodszej Janki - widzi Siostrzenicę - Marysię, ale nie ona budzi zdziwienie. Dziewczęta trzymają pod pachy młodego żołnierza, w austriackim mundurze, słaniającego się na nogach, półprzytomnego.
Marysia zaczyna nieskładnie - Ciociu, niech ciocia go weźmie, bo moja mama będzie się bała, a on umrze...
Wchodząc do mieszkania, Julia dokładnie zamyka drzwi i słucha historii.
Dziewczęta znalazły młodego żołnierza na śniegu - umierającego. Odpadł od oddziału austriackich jeńców wojennych, pędzonych przez Moskali, nie miał siły iść dalej...
Szczęściem w domu było ciepło, paliło się pod kuchnią - kolejarze nawet w czasie wojny mieli deputat węglowy, była ciepła woda i ciepłe mleko na kolację.
Młody Węgier - rówieśnik średniego syna Julii i Michała - Jerzego "wylądował" w ciepłej kąpieli, a jego mundur - brudny, zawszony, trafił do pieca. Chłopak - w bieliźnie Jerzego wypił kubek mleka i - zapadł w sen, na 36 godzin. Gdy się obudził, włożył ubranie Jerzego, zjadł i zaczął zabawę, jak chłopcy, z najmłodszym synkiem gospodarzy, 7-letnim Adasiem. Rozumieli się świetnie - mimo różnicy wieku i języka. Adasiowi przypominał nieco starszego brata.
Jednak przechowywanie "bieżeńca" w domu było dla wszystkich śmiertelnym zagrożeniem, Moskale nie żartowali. Wieczorem Julia zaprowadziła chłopaka do szpitala, gdzie zaprzyjaźnione pielęgniarki - zakonnice umieściły go na pierwszym przy wejściu łóżku, na sali ogólnej.
Następnego dnia - do szpitala wpadli moskiewscy "sołdaci" - szukając bieżeńca: informatorów (tajnych) był ci zawsze dostatek. Moskale "przeczesali" oddział "dogłębnie", omijając właśnie pierwsze łóżko.
Chłopak został wkrótce "przyjęty za ogrodnika" - do klasztoru. Na wiosnę, każdej niedzieli - gdy Michałowie szli całą rodziną do kościoła (częstokroć - bez Michała, bo on - w pracy) - chłopak stał w oknie klasztoru, poza klauzurą i radośnie pozdrawiał przechodzących. "Około Wielkanocy" obok klasztoru pędzono kolejny oddział jeńców austriackich, Moskale jeszcze zwyciężali. Chłopak zobaczył wśród żołnierzy swego brata - oficera. Zostawił bezpieczne schronienie - pożegnał Siostry, powędrował z bratem. Michałowie nigdy więcej o nim nie słyszeli. "Mały" Adaś, Adam - do końca długiego życia wspominał tamtego Węgra, zapewne teraz poznał jego losy.
A Jerzy - jako oficer - trafił także do Rosji i "dzięki" rewolucji zakończył służbę u Austriaków. Będąc Polakiem, pełnił jakąś misję Państwa Polskiego w Rosji. Wspominany w dokumentach z tamtych czasów (Jerzy Jakub Tarnawski) - przesyłał Rodzicom wiadomości - drogą pozadyplomatyczną - o zakończeniu misji i planowanym powrocie - ostatnią w roku 1927. Nie wrócił. Najbliżsi czekali. Starsza siostra - Jadwiga (Giga) do swojej śmierci w 1956 roku zaczynała dzień od modlitwy i słuchania komunikatów "Skrzynki poszukiwań Czerwonego Krzyża"; wierzyła, że dotrze chociaż wiadomość o Jerzym.
Adama - oficera rezerwy - uchronił - przed Katyniem - profesor Weigl: reklamował go z armii, do pracy w Instytucie Badań nad Tyfusem Plamistym, gdzie produkowano szczepionkę p-w tyfusowi. Szczepionka "szła do lasu", do getta, sabotaż polegał na rozcieńczaniu szczepionki dostarczanej Niemcom. (Zofia Kossak opisuje w Oświęcimiu, jak jeden z bestialskich strażników, zaszczepionych p-w tyfusowi, jednak zachorował, nie mniej - przeżył, ku żalowi świadomych tego jeńców).
Po wojnie, gdy przedwojenne archiwa trafiły w ręce komunistów - Adamowi proponowano awans - stopień kapitana (nie został przecież awansowany podczas wojny), samochód DKW, wysoką gażę i inne "przywileje". Nie skorzystał - nie chciał "sprzedać" nieskazitelnej przedwojennej opinii za żadną cenę.
W Lublinie, po tzw. repatriacji - spotkał lwowskiego przyjaciela, ks. Antoniego Słomkowskiego wówczas rektora KUL-u, nazywanego drugim "Ojcem - założycielem" (pierwszym był ks. Iwo Radziszewski).
W 1947 r. studenci i pracownicy KUL-u spędzali wakacje w Smolajnach, w dawnym pałacu biskupów warmińskich. Przed paru laty była tam szkoła rolnicza - obiekt pod koniec lat 40-tych odebrano Kościołowi
Dzień zaczynał się apelem i modlitwą, podawano komunikaty - informacje o całodziennym planie, potem śniadanie i "porządek dnia".
Na wakacjach przebywał wtedy przyszły kardynał Hlond, miał nawet swój "wkład" w pewne zdarzenie, które mogło wyglądać niebezpiecznie, ale o tym - za chwilę.
Apele początkowo prowadził student zwany Bilem, podobno był w partyzantce.
Trzeba przyznać, że był doskonale "zorganizowany" - apele krótkie, komunikaty rzeczowe, wszystko trochę "na modłę" wojskową. No i - wybuchł "bunt". Studenci nie chcieli "drylu" - wybrali innego przywódcę. Drylu nie było, apele ciągnęły się, komunikaty przestały być konkretne, wszystko zaczęło się "rozłazić", dzieci poczuły się zagubione.
Było nas kilkoro - od pięciu do 10 lat. Młodsze - pod opieką rodziców - nie należały do grupy, starsze - nie zadawały się z nami.
Wzięliśmy "sprawy we własne ręce" - zaczęliśmy kopać schron - w piaskownicy. Miał wymiary ok. 2 x 2 x 1m (głębokość). Problem "maskowania" pomógł nam rozwiązać ks. Biskup - pokazał jak układać krótkie gałązki na ukos. Po ukończeniu "dzieła" weszliśmy - chyba było nas siedmioro - do naszego schronu i przesiedzieliśmy około trzech godzin. Ponieważ nie było nas na obiedzie - rodzice mieli poważny dylemat - co robić. Poszukiwania nie przyniosły skutku, nawoływania także, milicji zawiadamiać nie należało, co zaraz wyjaśnię. Dobrze, że nikt z "dorosłych" nie wpadł w histerię, a nas głód "wygnał" ze schronu. Nikt na nas nie krzyczał, rodzice byli szczęśliwi, a my - zdziwieni, bo to oczywiste że każdego powinna zainteresować świeża góra gałązek na piaskownicy.
Tuż przed "przygodą" ze schronem - zabroniono nam tam później wchodzić - poszłyśmy - ja i pięcioletnia Siostrzyczka, wraz z naszym Tatką, na spacer do lasu. Las był tajemniczy, od czasu do czasu słychać stamtąd było jakby klaśnięcia, więc miałam nadzieję, że teraz dowiem się wszystkiego. Niedaleko pałacu wyszliśmy na polanę - zagłębienie wśród drzew. Polana wydawała się ogromna, dziś sądzę, że miała mniej więcej 25 x 20 m. Tatko był zainteresowany - pokazał nam świeży - ciepły popiół z ogniska, łuski po nabojach i wycięte dość nieudolnie z dykty - tarcze strzelnicze, w kształcie figur żołnierzy. Gdy odchodziliśmy - nagle pojawił się "ten mężczyzna". Wysoki, bardzo szczupły, w furażerce na głowie. Dziś wiem, że był nie tylko szczupły - był zagłodzony - policzki miał zapadnięte. Dłuższą chwilę rozmawiali, ale choć dzieci mają oczy i uszy "wokół głowy" - nie rozumiałam zupełnie o czym. Nie bałam się "tego mężczyzny", choć jakoś czułam, że miał on związek ze wszystkim, co pokazywał przedtem Tatko. Co ciekawe - tamten "człowiek" zrobił również bardzo silne wrażenie na mojej Siostrze - pamięta go do dziś. Co się z nim stało, co stało się z Bilem? Mogę się jedynie domyślać. Na jednym ze zdjęć pokazujących "Łupaszkę" wydawał się on podobny do zachowanego obrazu "człowieka z lasu".
A ksiądz rektor Słomkowski? Aresztowany przez "bezpiekę", ponad trzy lata więziony, torturowany, bity... Nie ugiął się! Jeden z dziesięciorga (chyba) rodzeństwa, szantażowany, odsunięty od uczelni. Do końca życia pozostał niezłomny. Przed ośmiu laty spotkałam jego najmłodszego brata - z urody niezwykle podobnego, i - także po "doświadczeniach". Nie "jęczał", to nie ten "format".
Znając ks. rektora Słomkowskiego - nie potrafię usprawiedliwić arcybiskupa Wielgusa, ten ostatni jest marnym człowiekiem, tamten - to bohater.
Moje wspomnienia - historie w większości niedokończone - to dzieje prawie całego wieku, ściśle - 99 lat.
Austria, Rosja, Węgrzy, Polacy, żołnierze niezłomni i księża niezłomni (także inni - złamani), komuniści...
Mamy dług wobec tych, którzy walczyli o Polskę, mamy zobowiązania wobec nich i wobec naszych następców...
Jeszcze nie dokończone!

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (1 głos)