Głos współczesnego inteligenta o paskudnie złym guście

Obrazek użytkownika triarius
Blog

Nosiłem się od jakiegoś czasu z myślą o napisaniu czegoś w rodzaju
biężączki - tyle że, jak to u mnie, spenglerycznej, w sensie że "byty
równoległe", czy raczej "równoległa historia" i takie tam różne
historiozoficzne głębie... Temat odpowiednio nabrzmiały i, jak się to
pięknie mówiło w epoce środkowego Gierka: "nabolały" dostarczyli mi
goście z Der Dziennika i obecny minister sprawiedliwości (że się
zaśmieję) III RP...

No to chciałem napisać, że wszystkie te
płacze o wolność słowa to daremny trud, próżne złorzeczenia, bo akurat
w tej samej mniej więcej epoce (w latach '80 przed Chrystusem) Lucjusz
Korneliusz Sulla wprowadził po raz pierwszy w rzymskiej republice kary
za obrazę majestatu, no i to jest w sumie całkiem to samo, czym są
obecne procesy o zgwałcenie "dóbr osobistych" (co by to miało znaczyć),
oraz różne inne szykany i ograniczenia, które od dłuższego już czasu w
zachodnich demokracjach spotykają "wolność słowa".

"Wolność
słowa", która - jak nietrudno sobie to uświadomić - jest samym
fundamentem zarówno demokracji (skoro bez dostępu do informacji i
swobodnej dyskusji demokracja z założenia nie może działać), jak i
różnych innych rzeczy, które nam się serwuje jako cudowne i stanowiące
niedościgłe osiągnięcia Ludzkości (ach!). Nie mówiąc już o tym, że w
serwowanym nam na każdym kroku zestawie tzw. "praw człowieka" ta
"wolność wyrażania opinii" wciąż znajduje się na jednym z czołowych
miejsc i nikt ze znaczących kapłanów tej (dość) nowej religii tego
dotąd explicite nie podważa...

Choć zarówno subtelnych, jak i
mało subtelnych, gierek wokół interpretacji "wolności słowa" (a także
samej "demokracji") odbywa się na naszych oczach co niemiara, a
"wolność słowa" (i "demokracja") nie stwarzają wrażenia, by miały te
czułe wobec nich zabiegi długo przeżyć.

Wracając do Sulli i
Rzymu - Sulla to był oczywiście człowiek reakcji i "prawicowiec"
(zakładając, że takie coś mogło istnieć poza cywilizacją zachodu i w
dodatku przed Rewolucją Francuską). Prawo o obrazie majestatu
wprowadził więc przeciw temu, co można by ew., dokonując dość dzikiej
akrobacji, uznać za "lewicę". Różnic jest oczywiście więcej. Potem
jednak to prawo już funkcjonowało i służyło Cezarowi (człowiekowi
"lewicy" i niemal monarsze jednocześnie), no i cesarzom, którzy byli
już praktycznie bez owijania w bawełnę monarchami.

Jednak tutaj,
niezależnie już od kwestii, czy to "lewica" czy "prawica" była górą,
najistotniejsze było to, że republika - a więc coś, co spenglerycznie
odpowiada naszej obecnej liberalnej demokracji, z jej wszechwładzą
pieniądza, demagogią (tam głownie sądowo-retorycznej, tu
gazetowo-telewizyjnej), rozszalały sądownictwem itd. - ustępowała przed
gołą polityką, mówiąc brutalniej gołą władzą, a mówiąc jeszcze
brutalnej - niemal gołą przemocą lub jej groźbą...

I to nawet
nie koniecznie dlatego ustępowała, że ktoś był tak paskudny i nie lubił
(wtedy), czy nie lubi (teraz), demokracji czy republiki, tylko że, w
wyniku masy skomplikowanych społecznych procesów, częściowo całkiem
różnych, a częściowo właśnie bardzo podobnych - masy stały się (i wtedy
i teraz) niezdolne do utrzymania republiki i w sumie całkiem obojętne
wobec własnej wolności, szczególnie już politycznej.

Tam
chodziło o to, że ktoś tak czy tak musi to wszystko wziąć, mówiąc
brutalnie, za twarz, żeby po prostu nie zgniło i się błyskawicznie nie
rozpadło. Dzisiaj, jak ja to subiektywnie widzę, jest tak, że tak czy
tak ktoś to za mordy weźmie - o ile oczywiście przedtem nie będzie
katastrofy na skalę niemal kosmiczną, powrotu zlodowacenia (którego już
by po 12 tys. lat należało oczekiwać), albo szybkiego podboju naszej
cywilizacji przez kogoś z zewnątrz.

No i wybór polega tylko na
tym, czy naprawdę temu komuś, kto to wszystko za twarz weźmie, będzie
chodziło o ratowanie cywilizacji, zachowanie jakichś (a najlepiej
maksymalnej liczby) naszych odwiecznych wartości - czy też dorwą się do
władzy szaleńcy z zamiarem przerobienia świata i wszystkich ludzi wedle
swych własnych mózgowych rojeń. Na co się w tej chwili zanosi, bo oni
właśnie mają praktycznie wszystkie sznurki do pociągania.

I tak
to sobie gnuśnie kombinowałem, żeby to jakoś przystępnie dla Młodych
Spenglerystów napisać, aż tu nagle niezrównany Artur M. Nicpoń, wkleja
mi w prywatnej dyskusji na komunikatorze takie coś:

Jedynie złemu gustowi współczesnej "inteligencji" dzieło Spenglera mogłoby wydawać się oryginalne, podczas gdy jest ono jedynie zręcznym i barokowym przebraniem instrumentarium historiozofii niemieckiej. Nieprzerwane paradoksy, upragniony przewrót cieszących się uznaniem schematów, bulwersujące stwierdzenia i przede wszystkim niski i dyletancki klimat intelektualny, czyli ten, w którym żyjemy od około czterdziestu lat, przysłużyły się książce Spenglera i jej sławie. W rzeczywistości Spengler, zręczny kompilator motywów i sprawny twórca wybiegów, podąża jedynie śladami tego typu historii zbeletryzowanej przez Chamberlaina lub Keyserlinga. Odległe jest to jednak od powagi i spekulatywnej żywotności najlepszego Schopenchauera i bliskich najgorszemu Nietzschemu lub najgorszemu Simmlowi.

Text autorstwa M.F. Sciacca. Z "Historia filozofii XXw" tom 1 "filozofia życia, pragmatyzm, filozofia ducha. Autor Tadeusz Gadacz. Obecnie najwybitniejszy polski historyk filozofii.

Artur tak ma, cholernie go ten mój Spengler wkurza, i częściowo wiem
dlaczego, choć tego zapału by mnie wyprowadzić z moich błędów sprośnych
i niebu obrzydłych (patent St. Michalkiewicz) nie jestem jednak w
stanie do końca pojąć. Może to po prostu taka braterska kłótnia - taki
Romulus (czyli ja) i Remus (czyli on)... Kłótnia, która się bardzo
podobnie zapewne skończy, jeśli gość się na czas nie pohamuje!

I
co ja na to, spyta ktoś? Powiem tak - cóż to wszystko jest absolutna
prawda... Pod warunkiem, że ja jestem "współczesna inteligencja". Taka
typowa, która się statystycznie liczy i może jakąś książkę i jakiegoś
autoryteta skutecznie wylansować. Jednak, jak mi się zdaje, jestem
czyste zaprzeczenie "współczesnego inteligenta", i naprawdę nie wiem co
by się działo i jak by ten świat wyglądał, gdyby takich "współczesnych
inteligentów" jak ja było jeszcze na świecie z parę milionów. Może by
ten nie wyglądał lepiej (choć sądzę że tak), ale na pewno by wyglądał
INACZEJ!

Ja właśnie w tych krytykach Spenglera - a spotykałem
się z nimi przecież od dawna, także zanim się zetknąłem z samym
dziełem, np. u Paula Johnsona, który Spenglera zbył jako "głupiego
niemieckiego belfra". I jakoś, mimo że "Historia Świata Współczesnego"
(którą czytałem po francusku), w sumie mi się podobała, kiedy się
wreszcie z książką Spenglera zetknąłem, Paul Johnson zmniejszył się w
moich oczach do rozmiaru polnej myszki. Gadacza nie znam, ale także mi
tą swoją recenzją nie zaimponował.

Gadacz Spenglera nie rozumie
- to by mu można darować. Że nie rozumie a pisze... Cóż, taki ma zawód
i trudno pisać historię filozofii pomijając jakieś działy, jednocześnie
przyznając się, że się nie jest w stanie czegoś pojąć. Ja jedna JESTEM
w stanie coś tam zrozumieć, co z kolei coś chyba oznacza. No bo jeśli
coś tam widzę, to albo gorzej ze mną niż z każdym, albo coś tam jest,
zgoda?

Tym bardziej to coś oznacza, że, jak rzekłem, uważam się
za niemal zaprzeczenie tego przesiąkniętego marnym smakiem
"współczesnego inteligenta", a w każdym razie statystyczny "współczesny
inteligent" brata by we mnie raczej nie dojrzał. I jakoś nikt, kto mnie
nieco zna, za konformistę mnie nie uważa, raczej za gościa chodzącego
swoimi drogami i mało układnego. W dodatku Spengler, obok całej masy
innych zalet, ma także i taką, że jest bez większego trudu w stanie
zrozumieć Gadacza. Podczas gdy Gadacz jego nijak zrozumieć nie potrafi.
Poza tym, że nie raczy.

I nawet się Spengler na temat Gadaczy
tego świata nie wybrzydza! On po prostu zostawia takim (nomen omen)
Gadaczom ich świat - świat Absolutnych i Niezmiennych Prawd, świat
gadania do upojenia i intelektualnego orgazmu. Świat mędrców, kapłanów,
literatów, ideologów. Sine ira et studio go opisuje, choć to nie jest
jego własny świat. Naprawdę, można sprawdzić - Spengler Gadacza rozumie
i wcale mu nie ubliża! Jego na to stać.

Sam jednak, choć, moim
przynajmniej zdaniem, w tym świecie porusza się nie gorzej (łagodnie
mówiąc, znowu moim prywatnym zdaniem) od nich, należy do innego świata.
Do tego, do którego i ja należę, także zresztą, jak sobie pochlebiam,
nieźle się poruszając w tamtym świecie - świecie Prawd Absolutnych...
świecie profesorów... świecie zawodowych i genetycznych gadaczy...
świecie historyków filozofii...

W świecie ludzi - żeby to
lapidarnie ująć - którzy prawdziwego życia nie zauważą, nie mówiąc już
nie zrozumieją, choćby ich w mroźny poranek walnęło w nos. Prawdziwego,
nie gadanego, nie opisywanego, nie rozbieranego na czynniki pierwsze za
pomocą mózgowej kory - ale życia jakie wszyscy żyjemy, kiedy tamtych
rzeczy akurat nie robimy, a niektórzy żyją nim znacznie silniej (choćby
nawet dość często je robili).

Tak właśnie ja to widzę: jedni
żyją, inni nie żyją, tylko coś tam analizują - często właśnie,
szczególnie dzisiaj, od godziny takiej do takiej, w takie a takie dnie
tygodnia... Albo czas pracy nieregulowany, ale muszą produkować treści
spełniające takie a takie parametry "rzetelnej pracy naukowej". I co
takiego prof. Gadacza obchodzi realne życie? To znaczy - wróć! - ono
jego zapewne w miarę obchodzi - kiedy na świat przyjdzie mu nowy wnuk,
kiedy żona zostawi go i ucieknie z docentem, kiedy bank odmówi mu
prolongaty hipoteki... Ale żeby to analizować? Filozoficznie?! W
godzinach pracy? Fi donc!

Co by koledzy, co by środowisko, co by
publiczność powiedziała?! Bo tak to przecież funkcjonuje - człek ma
swoje kafelki do łazienki, szafki do kuchni, ślub kuzynki, rachunki do
zapłacenia, samochód nam porysowali... A w godzinach od tej do tej ma
człowiek swoją pracę zawodową. Jak jest dziennikarzem, to pisze co
karzą. Jak jest politykiem, to mami lud. Jak jest profesorem filozofii,
to analizuje to co analizować należy. A życie? A historia? To przecież
leży POZA GRANICAMI naszej dziedziny! To nie mieści się w naukowym
paradygmacie! To nie podlega kryteriom naukowości.

Mamy więc
"filozofię", która jest albo trywialnym spisem różnych dawnych
filozofów z listą ich "poglądów", które nasz szacowny autor raczy nam,
maluczkim, przybliżyć z głębi swojej mądrości. Albo mamy filozofię
która wprost wypina się na jakikolwiek związek z realem, zadowalając
się przestawianiem znaczków (miałem nieco z taką do czynienia w
Uppsali, sławna szkoła filozofii tam grasuje, czyste dno!), a
filozofowie na żadne pytania zwykłych ludzi odpowiadać nie raczą - po
prostu. Won profani od wysokich progów czystej i prawdziwej Nauki!
Oczywiście czasem trzeba się jednak wypowiedzieć - kiedy np. oficer
prowadzący karze potępić zachodnie zbrojenia i wezwać do jednostronnej
rezygnacji z broni atomowej - no, ale mus to mus, a poza tym wtedy
nasze moralne racje kompensują odstępstwo od wzniosłych reguł.

Tak
więc, szanowny Arturze M. Nicponiu, trafiłeś jak kulą w płot i
całkowicie mnie tym gadaczem nie przekonałeś. Tak właśnie działa
współczesna nauka - opisuje to b. dokładnie na przykładzie biologii i
antropologii inny z moich ulubionych myślicieli, Robert Ardrey. Zresztą
fakt, że dzieła Ardreya - które są, w odróżnieniu od dzieł Spenglera,
naprawdę przystępne i łatwe w czytaniu - zostały w przeciągu dwudziestu
lat tak gruntownie i skutecznie przemilczane, to jeszcze lepszy dowód,
że z naukowymi autorytetami dzisiaj trzeba naprawdę ostrożnie.

Spenglera
oczywiście spotkało to samo, ale to mnie mniej dziwi, bo sama myśl, iż
nikt inny, tylko Spengler to właśnie ten poziom, który najbardziej
podnieca owego "współczesnego inteligenta" o wulgarnym smaku, powoduje,
że turlam się ze śmiechu. To tak nie działa, panie Gadacz! To tak nie
działa panie Nicpoń! Tacy panowie jak prof. Gadacz robią swoją naukową
i zawodową robotę, dostają za to pensje i tytuły naukowe... Mając
totalnie w dupie to, co się wokół nich dzieje. I co się dzieje z
normalnymi ludźmi - takimi którzy coś poza przestawianiem znaczków w
życiu dostrzegają.

I ZA TO WŁAŚNIE są wielkimi naukowcami,
autorytetami, i, jak sam piszesz, "obecnie najwybitniejszymi polskimi
historykami filozofii". Daj im Boże zdrowie, ale ja do takich panów
sięgam tylko tak, jak sięgam do podręcznej encyklopedii czy innej
wikipedii - nie interesują mnie ich opinie, ja tam szukam co najwyżej w
miarę rzetelnie podanych faktów. Wszystko inne co tam jest wydaje mi
się tylko watą na użytek wykształciucha... Czyli jednak kogoś, kogo z o
wiele większą niż mnie słusznością można określić jako "współczesnego
inteligenta", pokiwać z pogardą nad jego wulgarnym smakiem (może także
nad jego stadnym konformizmem i kultem marnych autorytetów), a potem
zająć się swoimi sprawami, nie chcąc już z kimś takim mieć do czynienia.

A
jednak nie każdy głosząc się filozofem czy antropologiem ignoruje te
istotne pytania. Nie ignoruje ich Spengler, nie ignoruje ich Ardrey. I
dlatego właśnie zresztą ja ich czytam i cenię! Inaczej po co? Po prostu
dlatego - z żadnej innej przyczyny! Gdybym był "współczesnym
inteligentem", czytałbym całkiem co innego. Gdybym był "współczesnym
inteligentem", wiedziałbym, że należy takie pytania ignorować, bo nie
należą one do Nauki, do filozfii, a filozfem czy uczonym jest ten, kto
ma odpowiedni certyfikat i o którym piszą "najwybitniejszy obecnie
polski historyk filozofii". Bo to się przecież liczy!

Filozofia
to przecież coś takiego jak muzyka, prawda? Na co dzień kafelki,
zbieramy na urlop na Balearach, a raz na jakiś czas ubieramy się w
garnitur i idziemy do filharmonii, posłuchać Frycka, pooglądać jak
artysta cudnie rzuca włoskami (bo przeżywa), a potem przedyskutować z
żoną czy znajomymi subtelności interpretacji... Nie mając wprawdzie
zielonego pojęcia o podstawach muzyki i nigdy nie wygrawszy wlazkotka
na żadnym instrumencie, ale cóż to znaczy?! - liczy się, by być... Kim
właściwie, jeśli nie "współczesnym inteligentem"? A jeśli nie
współczesnym, co co? Łacina i Tukidydes do poduszki? Machault i
Monteverdi jako poobiednia rozkosz? "Principia Mathematica" jako coś,
co innym, tym bardziej typowym "współczesnym inteligentom" zastępuje
krzyżówkę czy sudoku?

Nie panie Nicpoń - Pan sobie wmawiasz, że
tutaj chodzi o jakąś Świętą Księgę. Pan sobie wmawiasz, że mój kult
Spenglera (a mogę to chyba aż tak mocnym słowem określić) wynika z
konformizmu, nie zaś z czegoś dokładnie przeciwnego. Znasz mnie Pan na
tyle, że musisz wiedzieć, ile we mnie konformizmu i czegokolwiek
typowego dla "współczesnego inteligenta" - choćby tego "prawicowego".

Wydaje
mi się, że jeśli naprawdę jesteś Pan w stanie zrozumieć Spenglera -
choćby po to, by go skrytykować z góry do dołu czy nawet całkiem
odrzucić, choć w życiu od Pana nie słyszałem żadnego konkretnego i
sensownego zarzutu... Jeśli jesteś pan w stanie choćby prof. Gadacza
naprawdę zrozumieć... To zrozumiesz Pan to com tutaj napisał i
zastanowisz się pan nad tym i owym.

Nikt tu Pana na żaden kult
Świętej Księgi nie namawia, nikt tu Pana nie namawia na żaden kult
jednostki, ani też na żadną inną religię (poza katolicyzmem). To
naprawdę nie o to chodzi i musisz Pan świetnie wiedzieć, że to nie są
sprawy, które by mnie jakoś kręciły. Jednak Pan tworzysz sobie (by użyć
Pana własnego określenia) słomianego luda i go walisz.

Jeśli Pan
nie uważasz, że - mimo tego co ja na ten tamat mówię - Spenglera znać
warto, to pańskie prawo. Ale proszę, nie wmawiaj Pan sobie i innym, że
wynika to albo z jakichś moich brudnych czy durnych zamierzeń, albo że
to właśnie ja jestem tym najbardziej konformistycznym, obdarzonym
najwulgarniejszym smakiem, najbardziej pogardy godnym "współczesnym
inteligentem" ze wszystkich! I, co już całkiem zieje absurdem, że
właśnie to dzięki takim jak ja Spengler w ogóle uzyskał tę swoją
"popularność". Jakże niewielką populraność zresztą! I jakże
krótkotrwałą - skoro większość nawet z tych, którzy go znać z
zawodowego obowiązku muszą i jakoś się starać zrozumieć, ewidentnie nie
znają, a obowiązek zrozumienia o co mu chodzi traktuja tak, jak
nieświętej pamięci Geremek traktował obowiązek lustracji.

A
więc, zaczniemy wreszcie rozmawiać poważnie? Albo przynajmniej nich ci,
którzy traktują te nieco trudniejsze intelektualne zagadnienia - te
które naprawdę dotykają spraw naszego niepowtarzalnego ziemskiego życia
i historii od której wszystko w nim zależy - tak samo jak typowy
współczesny inteligent traktuje swoje wyjścia do filharmonii, przestaną
się na te tematy wypowiadać.

Bowiem ktoś, kto kto się mądrzy, a
nie raczył czegoś na tym poziomie trudności co Spenglera magnum opus
przeczytać - starając się w dodatku uczciwie i lojalnie wobec autora
zrozumieć o co tam chodzi - jest dla mnie jak pewna moja znajoma sprzed
lat, która potrafiła godzinami analizować poszczególne interpretacje na
obejrzanym w prlowskiej telewizji festiwalu szopenowskim, tyle że ja
dusiłem się ze śmiechu, wiedząc, że ona nie potrafiłaby w miarę znośnie
zanucić choćby wlazkotka.

Ty oczywiście, drogi i znamienity
Arturze, jesteś dla mnie kimś lepszym, ale w tym akurat temacie to Ty
właśnie bardziej się zbliżasz do modelu "współczesnego inteligenta".
Tyle że, wbrew jakżesz zgrabnemu dictum prof. Gadacza - to nie Spengler
dzięki takim ludziom jest popularny, a raczej właśnie sam pan profesor!
(Zabawna ironia, nie sądzisz?)

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

veritas!!!!
vale!

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

antysalon

#20850

Pzdrwm

triarius
- - - - - - - - - - - - - - - -
Liberalizm to lewactwo sklepikarzy (i alibi aferzystów).

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Pzdrwm

triarius

-----------------------------------------------------

http://bez-owijania.blogspot.com/ - mój prywatny blogasek

http://tygrys.niepoprawni.pl - Tygrysie Forum Młodych Spenglerystów

#20858

vale!

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

antysalon

#20861

wolę ten twój "zły" gust...i Sto lat z okazji urodzin!;*

" Upupa Epops ".

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

" Upupa Epops ".

#20910

Pzdrwm

triarius
- - - - - - - - - - - - - - - -
Liberalizm to lewactwo sklepikarzy (i alibi aferzystów).

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Pzdrwm

triarius

-----------------------------------------------------

http://bez-owijania.blogspot.com/ - mój prywatny blogasek

http://tygrys.niepoprawni.pl - Tygrysie Forum Młodych Spenglerystów

#20911

Czas na władzę autorytarną w kolejach dziejów. Berło leży na ulicy i pozostaje tylko kwestia czy my, czy oni je podniosą.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#21309

ja od dawien mówię, że demokracja w historii to z reguły krótkotrwała abberacja. Potem przychodzi znowu bardzo długi okres, kiedy dominującym systemem jest autorytaryzm. Wystarczy spojrzeć na historię naszej cywilizacji, żeby się o tym przekonać.

Jeżeli mówimy o berle, to jeszcze kwestia, czy podniesie to lewica, czy prawica. Jeżeli lewactwo, to ustrój zbliżony do stalinizmu czy nazizmu mamy jak w banku. Jeśli uczyni to prawica, to kto wie, może kontrrewolucja...

pozdrawiam

Kirker prawicowy ekstremista

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Kirker prawicowy ekstremista

#21315

Zobaczymy. Pewne jest, że każdy z nas musi być gotów na ewentualność walki (w szerokim rozumieniu tego słowa) i piszę tu całkiem serio.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#21318

dodam, że hierarchiczne i autorytarne społeczeństwo to typowy prawicowy postulat. Totalna równość jest brednią z biologicznego, psychologicznego i socjologicznego punktu widzenia.

Walka... to wiadomo. Z drugiej strony lewica ma strukturę typowo *orientalno-egzotyczną* (weźmy Persję pod uwagę czy imperium Azteków) czy gniazdo owadów społecznych. Tam jest tylko kilka królowych, a wokół nich biegają dziesiątki tysięcy robotnic (u termitów jest jeszcze król i robotnicy, ale mniejsza z tym). Teoretycznie wystarczy załatwić uświadomionych, a cały model rzeczywistości misternie budowany od epoki Oświecenia aż po dzisiejszy dzień zawali się jak domek z kart.

pozdrawiam

Kirker prawicowy ekstremista

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Kirker prawicowy ekstremista

#21319

Tylko czy rozwiązanie siłowe rzeczywiście ich załatwi. Najlepszą drogą byłoby zdyskredytowanie ich. W sytuacji gdy to owi ,,ONI'' mają dostęp do pieniędzy a co za tym idzie do całej reszty, jesteśmy na przegranej pozycji.

Wojnę wygrywa się za pomocą trzech rzeczy - pieniędzy, pieniędzy i pieniędzy (Napoleon).

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#21325