Definicje

Obrazek użytkownika triarius
Blog

Nicolás Gómez Dávila, słusznie jak zwykle, stwierdza, że "w niektórych epokach intelektualiści muszą się niemal wyłącznie zajmować porządkowaniem definicji". Dzisiaj będzie więc o definicjach. Nie trzeba jednak wyjmować kajecików, spokojnie! Tego nie będzie na kolokwium. (A swoją drogą istnieje jakaś upiorna nieuniknioność w drodze od "pisemnych kolokwiów mojej młodości do minister Hall... I dalej, i dalej - taka droga, kiedy już się zacznie, z reguły nie ma końca.)

Na kolokwium nie będzie, ja, szczerze mówiąc nie mam nawet z tego żadnego naukowego tytułu, ale tak sobie wykombinowałem, że definicje bywają dwóch rodzajów. Jedne odnoszą się do rzeczy realnych, choć czasem bardzo trudno uchwytnych i trudno... definiowalnych właśnie. O takich rzeczach wiemy w sumie czym one są, ale istnieją różne ważne aspekty, których nie potrafimy racjonalnie, algorytmicznie określić.

Co się nierzadko przydaje, więc byśmy jednak chcieli. Jednak te rzeczy, jako się rzekło, są realne, jakoś je, choćby poza-racjonalnie, czujemy - więc normalny, zdrowy psychicznie człowiek z reguły wie jak je wartościować. Do takich spraw należy np. "honor", "odwaga", "mądrość", "patriotyzm", "kobiecość", "męskość", "wolność", i wiele innych.

Istnieje też jednak i druga grupa pojęć, bardzo specyficzna, żeby nie powiedzieć przedziwna. Tutaj samo pojęcie jest, samo w sobie, całkowicie nieuchwytne i bez definicji po prostu nie istnieje. Ponieważ właściwie nie istnieje, jako byt realny, więc człek zdrowy i normalny nie zaprząta sobie nim głowy. A jednak musi sobie zaprzątać, nie ma rady! Czemu? Bo tak postanowili pewni ludzie, którym akurat na tym zależy. Im zależy, normalnym zdrowym ludziom nie, samo pojęcie, ze swej natury po prostu, wymaga wypracowanej definicji... No bo bez niej przecież właściwie nie istnieje...

No to postawmy sobie pytanie: KTO stworzy taką definicję? I kto będzie ją propagował, dbał by to ona właśnie stała się tą "właściwą"... Skoro przecież pojęcie jest abstrakcyjne, w pełni zależne od definicji, więc jak się ukształtuje definicję, takie ono będzie. Prawda? Któż zatem takie definicje tworzy? Proste - ci, którym na tym zależy. Którym zależy zarówno na funkcjonowaniu owych abstrakcyjnych i normalnym ludziom przeważnie do niczego nieprzydatnych pojęć, oraz dodatkowo na tym, bo to ICH definicja funkcjonowała.

No dobra, brzmi to imponująco, ale może jakiś konkret. Widzę, że niektórzy jednak skrobią w kajecikach i z ich min odgaduję, że mają z tym problemy. Są to więc takie pojęcia (proszę w punktach i wężykiem, wężykiem!) jak: "homofobia" i "antysemityzm". Materiału w tym na ambitny naukowy esej, ale na razie ograniczę się do małej porcyjki refleksji. Otóż takie z samej zasady są, lub powinny być wedle swych propagatorów, silnie naładowane emocjonalnie. Gdyby nie były, to po prostu nie miałyby powodu istnieć, ponieważ nic konkretnego nie opisują i racją ich istnienia jest właśnie wzbudzanie emocji. (Oraz dawanie pretekstów, ale to już będzie na następnym semestrze.)

Skoro mają wzbudzać emocje, to podstawowa wiedza psychologiczna mówi nam, że większość, a w każdym razie najważniejsze, powinny być naładowana ujemnie - choćby tylko dlatego, że ujemne emocje są silniejsze. No i fakt, istnieją wprawdzie tego typu pojęcia pozytywne, nawet jest ich sporo, przykładem "tolerancja", "humanizm", "wrażliwość społeczna", ale te najpotężniejsze i stosowane w sytuacjach najbardziej krytycznych są negatywne, jak "antysemityzm" i "homofobia". (Zgoda, "humanizm" czy "tolerancja" mają swoje definicje w słownikach, nie są więc całkowicie abstrakcyjne i arbitralne. Co więcej, z tego powodu należą w istocie do naszej pierwszej kategorii. Jednak tutaj chodzi nie o to ich zwyczajne znaczenie, a o te wszystkie arbitralne hipostazy, dla których te zwykłe nazwy są właściwie tylko etykietkami.)

Można bytu nawiasem zaryzykować drobną obserwację, że sam przedrostek "anty" robi już tutaj sporą część roboty, choć ostatnio, kiedy wrażliwość lud ma znacznie przytępioną skutkiem zgodnych wysiłków marketingowców, pijarowców i propagandzistów, odczuto potrzebę znalezienia nowych środków wyrazu i stąd mamy np. "homoFOBIĘ". Zamiast "antyfobii", co by nam obowiązywała do niedawna, gdyby na to wcześniej wpadnięto. No, ale to tylko drobna uwaga na marginesie. (Wężykiem, wężykiem!)

Jeśli ktoś doczytał do tego miejsca i większość zrozumiał, zrozumie też, dlaczego np. nigdy nie odczuwałem wewnętrznej potrzeby, by sobie na własny użytek zdefiniować "antysemityzm". "Honor", "wolność" czy "odwagę" jak najbardziej, ale "antysemityzm" całkiem nie! Jest w tym pewna logika, no bo skoro nie odczułem potrzeby definiowania sobie pojęć w rodzaju "antyjafetyzmu" (od Jafeta, syna Noego, co miał braci Sema i Chama, no i ten Sem to właśnie patron antysemitów), "antyeskimoizmu", "antyekwadoryzmu", "antypigmeizmu"... To po co mi "antysemityzm"? Że spytam.

Byli jednak inni, którzy z jakichś przyczyn bardzo pragnęli, bym to pojęcie przyjął za swoje. Nie tylko to - zależało im także na tym, bym je przyjął w ich akurat wersji. No bo te wersje mogą być dowolne, co już chyba wszyscy na tej sali rozumiemy. W kwestii "antysemityzmu", to najbardziej chyba zależało Adamowi Michnikowi. A w każdym razie najgłośniej o tym krzyczał. No więc przyjąłem za swoją jego definicję. Jest ona nieco długa, nieco pokrętna, za to ma niewątpliwy walor literacki.

Idzie to jakoś tak, cytuję z pamięci: "Nie jest dla mnie antysemitą ten, kto powie 'Michnik jest Żydem, zatem Michnik jest złodziejem'. Antysemitą jest ten, kto powie 'Żydzi mają zbyt wiele wpływu na losy świata'". Piękna definicja, co najmniej o tyle, że wszystko jest tu jasne i ja się zgodnie z nią absolutnie i bezwarunkowo na antysemitę kwalifikuję. Przykro mi panie Michnik, ale musiałbym w mojej własnej opinii być odmóżdżonym idiotą i spędzić w głębokim lesie ostatnie 30 lat, by się nie załapać.

Masz więc pan, panie Michnik, niemałą zasługę, że z faceta - jaki człek mógł być głupi swoją drogą! - który sporą część życia przeżył jako (dość łagodny, ale jednak) filosemita (był także b. dawno temu gorącym wielbicielem PANA!), uczyniłeś pan zdecydowanego antysemitę. Nie tylko pan, fakt, różne rabiny Weissy, Rywiny i Passenty też miały tu swoją rolę, ale pan zrobiłeś coś pan mógł i to się liczy.

Michnicza definicja "antysemityzmu" jest pod wieloma względami przepiękna - a także, jak to sobie ustaliliśmy, skuteczna - ale jest długa i dość pokrętna. W systuacjach podbramkowych, kiedy wszystko zależy od błyskawicznej decyzji, od jednego celnego słowa, może się nie sprawdzić. Jednak oto nadeszła pomoc!

W blogowym poście pana Michała Tyrpy, konkretnie tutaj, znalazłem o wiele praktyczniejszą, krótką, zwięzłą i skuteczną jak cios między oczy definicję "antysemityzmu". I żeby było jasne: nie jest to definicja samego pana Tyrpy, to raz. Dwa, że pan Tyrpa - Żyd jak najbardziej, całkiem tego nie ukrywający, a nawet prezes żydowskiej organizacji - wzbudza we mnie radykalnie inne uczucia od tych, które wzbudza pan Michnik. Pan Tyrpa to gość do którego czuję żywą sympatię, to Żyd całkiem w moim smaku, jego zaś organizacja "Paradis Judeorum"... Oby więcej tego typu żydowskich organizacji! Polska byłaby o wiele lepszym miejscem na ziemi!

Pan Tyrpa, krótko mowiąc, to nie tylko nie lewak, ale i polski patriota. Mimo to, jakkolwiek negatywne uczucia wzbudzałyby te fakty u Michników, Urbanów, Rywinów, Passentów, Teplitzów, Edelmanów czy Kuczyńskich tego świata (i tego nieszczęsnego kraju) - nie mogą oni mimo wszystko odebrać, czy zanegować, panu Tyrpie jego żydowskości. Już ja miałbym większe prawo odmówić panom Michnikowi i Kuczyńskiemu prawa nazywania się Polakiem, skoro nie tylko nie dzielą ze mną genów i tradycji, ale ten kraj im się po prostu bardzo nie podoba.

Jasne, oni nie powiedzą, że im się po prostu nie podoba (choć i tacy istnieją, vide Miłosz albo, toutes proportions gardées, Tusk) , jednak nie każdy jest aż tak w tych sprawach obcesowy, czy może tak zależny nie od Polaków, tylko od zagranicznych mocodawców (np. przydzielających nagrody Nobla).

W każdym razie pan Tyrpa jest Żydem - jaka by nie była na ten temat opinia Passenta czy Rywina - więc jego... Nie tyle wprawdzie "jego", co przez niego podana... Więc ta podana przezeń definicja "antysemityzmu" jest jak najbardziej koszerna i nikt się do nas - nędznych gojów (czy co tam kto ma zresztą w genach, ja przecież nie wnikam) - o jej przytaczanie przyczepić nie może. (Łał!) Jaka ta definicja? Bom zbudował tutaj suspense godny Hitchkocka (nie żeby mnie ten gość aż tak zachwycał, ale tak się mówi), a definicji ciągle niet'. Zacytuję cały odnośny fragmencik z tekstu pana Tyrpy:

Tymczasem (argument pierwszy) cytowany w jednym z moich tekstów Victor Ostrovsky (w książce „Wyznania szpiega. Z tajemnic izraelskiego wywiadu”) przytacza zobiektywizowaną, czyli – najpełniejszą definicję antysemityzmu, której jak przypuszczam nie ośmieliłby się zakwestionować sam J.E. David Peleg. Autor definicji, jeden z szefów Mosadu stwierdza: „antysemitą jest ten, kto nam nie pomaga”. To wystarczy. Naprawdę.

(Wytłuszczenie moje własne.) Oryginał tutaj - można sobie sprawdzić, żem nie przekłamał, nie wyrwał w kontekstu w sposób fałszujący istotę rzeczy.

No więc, zachęcam do posługiwania się tą definicją antysemityzmu - jeśli nie ZAMIAST, to OBOK cudownej, literackiej definicji Adama Michnika. (Którą, swoją drogą, należałoby z otchłani wygrzebać i opublikować w pełnej i autorytatywnej wersji. To com ja tu podał jest co do istoty wierne, ale co do szczegółów nie całkiem.)

No to na razie tyle. Kajeciki można już odłożyć, mówiłem przecież zresztą, że tego nie będzie na kolokwium. Teraz musimy dość szybko zwolnić salę, bo po nas przychodzi wieczorowe "Zarządzanie Europejskie z Wykorzystaniem Funduszy Unijnych i Rewolucyjnym Pijarem".

A teraz jeszcze przez moment serio... Serdecznie dziękuję panu Michałowi Tyrpie za jego wkład. Dzięki niemu czuję niemal, że "Polak Żyd dwa bratanki". I te rzeczy. Adamowi Michnikowi też zresztą bym chętnie elokwentnie i skutecznie podziękował, tyle że raczej w nieco inny sposób. ("Za całokształt synu, za całokształt!" - taki rysunek Kobylińskiego z prlowskiej "Polityki" mi się w tej chwili przypomina.)

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

jak to mawia jeden mój znajomy, można być Żydem byle nie mieć żydowskiej mentalności.

pozdrawiam

Kirker prawicowy ekstremista

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Kirker prawicowy ekstremista

#2698

może by ktoś w końcu zrozumiał, że te pojęcia, ba, definicje, są po prostu umyślnym atakiem i wzbudzaniem jakiegoś pokrętnego poczucia winy.

A też tu u Ciebie p. Michałowi Tyrpie dziękuje.

Pozdrawiam.:D

" Upupa Epops ".

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

" Upupa Epops ".

#2712

Co do homo, to kiedyś się powie. Deo volente. I tak długie oraz pokrętne piszę te kawałki aż strach, nie?

A tak nawiasem, to może przesadzam z tymi językami, ale przejąłem się tym co pisze Spengler - że w stosunku do wygadanych wielkomiejskich fellachów ludzie tacy jak my są naiwni i nieporadni w wyrażaniu myśli, no i chciałem nieco pokazać, że nie tylko Chevaliery des Artsy i Sadurskie potrafią makaronizować.

Pzdrwm

triarius

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

Optymizm jest tchórzostwem. (Oswald Spengler)

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Pzdrwm

triarius

-----------------------------------------------------

http://bez-owijania.blogspot.com/ - mój prywatny blogasek

http://tygrys.niepoprawni.pl - Tygrysie Forum Młodych Spenglerystów

#2725