Po co wojna, czyli Jonasz na wyjeździe

Obrazek użytkownika Szymonn
Świat

Okazuje się, że Bronisław Komorowski też jest Jonaszem.

Tydzień temu media reklamowały naszego Bula na gościnnych występach w Afganistanie.
Oficjalna wizyta uwzględniała również spotkanie ze skorumpowanym Prezydentem Hamidem Karzajem.
Widząc, jak przyjaźnie się zwracają do siebie obaj prezydenci (czyżby to było wspólne "hobby"??) - pomyślałem, że to bardzo dobry sposób, żeby odwrócić uwagę od powiązań Prezydenta z katastrofą w Szczekocinach.
Niestety - klątwa Jonasza nawet w Afganistanie dopadła gospodarzy i kilka dni później Afganistan przeżył podobną tragedię jak nasza katastrofa kolejowa - kiedy szalony amerykański żołnierz zabił szesnaścioro kobiet i dzieci (dokładnie tyle samo, ile zginęło pod Szczekocinami).

Wizyta naszego dzielnego Chrabiego u jednego z najbardziej skorumpowanych prezydentów w najbardziej pozbawionym prawa kraju - nasunęła mi parę refleksji - głównie na temat "po cholerę tam my w ogóle jesteśmy".

Nasza obecność w Afganistanie może kosztować podatników nawet miliard złotych rocznie. To pieniądze, które można by przeznaczyć na leczenie chorych na raka (bo na razie czekając w kolejce umierają), czy na obniżkę cen leków refundowanych.
Można by też dorzucić ZUS-owi, dzięki czemu uniknięto by groźby przedłużenia wieku emerytalnego.
Może jednak obecność Polskiego Wojska w Afganistanie ma jakiś głębszy sens? I przynosi nam jakieś korzyści?
Zastanówmy się - Afganistan nie posiada złóż ropy, nawet gdyby je posiadał (tak jak Irak) - i tak nasi decydenci nie umieli by powalczyć o zlecenia, czy dostęp do złóż. Afganistan jest również biedny, a jedynym skarbem obecnie eksploatowanym są uprawy maku i innych roślin przeznaczonych na produkcję narkotyków.
Dopóki w Polsce narkotyki są zdelegalizowane (i dopóki nie rządzi Palikot) - te zasoby zupełnie są nieprzydatne naszemu Państwu. Nasza obecność w Afganistanie ma tylko taki sens, że wypełniamy nasze "zobowiązania" sojusznicze wobec USA.
Oczywiście także i tutaj nie możemy liczyć na żadne profity - nawet likwidacji wiz Stany nam w podzięce nie zapewniły.
A współpraca wygląda w ten sposób, że aby zachować dwustronność (wzajemnośc) wymiany, kupujemy np. przestarzałe i zdezelowane F16, żeby w zamian móc dokupić jeszcze rakiety.
Powstaje kolejne pytanie - dlaczego Stany Zjednoczone nadal są obecne w Afganistanie? Przecież już ponad rok temu (na początku maja 2011) został zlikwidowany mózg al Kaidy, Osama bin Laden. Co więcej - jego kryjówka nie była zlokalizowana w Afganistanie (jak nasi amerykańscy sojusznicy przez lata nam wmawiali) - ale w Pakistanie i to sto kilometrów od stolicy tego "współpracującego" kraju.
Wybrany na jego następcę 17 czerwca 2011 r. al Zawahiri również przebywa głównie na terenie Pakistanu, dlaczego więc USA od maja ubiegłego roku nie rozpoczęły operacji wycofywania wojsk z Afganistanu?
Pomocne tu może być prawo Parkinsona - dana instytucja od pewnego momentu wzrostu - generuje zadania sama dla siebie (staje się samowystarczalna).
Tak jest i z amerykańską misją - pozwala zarobić producentom sprzętu, daje zarobić żołnierzom (a zwłaszcza ich dowódcom).
Pozwala prowadzić wojnę, bez formalnego jej wypowiedzenia (co zawsze rodzi kłopoty w Kongresie). Prezydent bowiem Afganistanu - Hamid Karzaj - jest zwolennikiem USA i obecność amerykańskich wojaków jest formalnie za jego zgodą, a wręcz na zaproszenie.
Tutaj ujawnia się hipokryzja USA - rozważają poparcie dla rebeliantów w Syrii, gdzie trwają walki z rządem, tymczasem skorumpowane, uwikłane w przemoc władze afgańskie - są tolerowane przez amerykanów w pełni świadomych, że Karzaj wygrał dzięki oszustwom wyborczym, a trzyma się u władzy dzięki tolerowaniu handlu narkotykami i korupcji (co przyznał sam Holbrooke w 2009 roku).
Oczywiście - Afganistan przez długie lata był wymarzoną bazą wypadową dla samolotów, śmigłowców, dronów i rakiet - bo rząd w Islamabadzie (Pakistan) mimo słów przyjaźni faktycznie niezbyt się kwapił by zaprosić do siebie amerykańskie wojska.
Sytuacja na dziś wygląda tak, że obecność USA w Afganistanie nie tylko w niczym nie przyczynia się do pokonania al-Kaidy, ale wręcz prowokuje konflikty.
Sytuacja globalna też szybko się zmienia - w Egipcie do władzy dochodzi Bractwo Muzułmańskie, które ma bliskie powiązania z al Kaidą, w kolejnych krajach (dzięki podwyżce cen żywności) ekstremiści islamscy zyskują na znaczeniu.
Afganistan w niedalekiej przyszłości nie będzie miał praktycznie żadnego znaczenia w walce w "terroryzmem", no chyba, że USA potraktują swoje bazy jako międzylądowanie dla samolotów atakujących Iran. Ale do ataku jeszcze brakuje paru prowokacji po obu stronach.
Jedną z takich największych prowokacji było spalenie przez amerykańskich żołnierzy egzemplarzy Koranu. Ta zniewaga rozlała się płomieniem na cały świat muzułmański - jak nigdy jednoczony tego typu bezmyślnymi akcjami umundurowanych durniów.
Zamieszki sprowokowane tymi wydarzeniami kosztowały życie co najmniej 50 osób, w tym wielu amerykanów i innych obcokrajowców.
Teraz - niejako "w zemście" szalony US soldier zamordował co najmniej 16 osób w sąsiadujących z amerykańską bazą wioskach. Sam fakt, że wioski te są w pobliżu bazy, świadczy, że mieszkańcy ich byli przyjaźnie (lub chociaż obojętnie nastawieni) do okupantów. Teraz nastawienie się zmieniło, a dzicy afgańcy przysięgli zemstę wszystkim amerykanom - rozciągając odpowiedzialność za jednego mordercę na wszystkie siły Stanów Zjednoczonych.

Jestem jak najdalszy od gloryfikowania Talibów, czy innych dzikich mieszkańców Afganistanu. To prymitywna dzicz, tylko przez lewaków uważana za dobrych i cywilizowanych. W tym miejscu przypomina mi się historia Joanie de Rijke - słodkiej blondynki pracującej jako dziennikarka dla holenderskiego czasopisma dla panów.


Ta "dzielna" dziewczyna chciała zaprzyjaźnić się z Talibami, dlatego wyruszyła do Afganistanu i nawet udało jej się spotkać z lokalnym ich przywódcą (Ghazi Gul).
Niestety, marzenia zderzyły się z twardą rzeczywistością i biedna de Rijke została porwana, a następnie była wielokrotnie gwałcona. Co prawda po uwolnieniu (za okup 100 000 euro przekazany przez jej macierzysty "P Magazine"), tłumaczyła biednych talibów - że po prostu zwyciężył w nich testosteron, poza tym według niej - oni ją szanowali (dali jej herbatę i ciastka) - została jednak wyśmiana przez co inteligentniejszych i bardziej cynicznych publicystów.
Nie zmienia to faktu - że afgańcy są u siebie, a my, amerykanie i inne nacje - jesteśmy de facto najeźdźcami - podobnymi jak hitlerowskie Niemcy w 1939 r. na "zaproszenie" rządu Vichy okupowały Francję.
Niestety ale, amerykanie są najeźdźcami, którzy z powodu swojej głupoty (graniczącej z debilizmem) i zupełnej niewrażliwości na kulturę okupowanego kraju - w najgłupszy możliwy sposób tworzą sobie kolejnych wrogów z dotychczas przyjaźnie nastawionych mieszkańców.

Polacy niestety także się zapewne "załapią" do jednego worka z durniami z USA i muszą się liczyć z tym, że również będą ponosić straty będąc obiektem wściekłych ataków dotychczas przyjaznych mieszkańców okupowanego kraju.
Ostatnie zabójstwo tylu kobiet i dzieci jest tak niezrozumiałe, że budzi wręcz (być może absurdalne) podejrzenia, że atak był celowy - czy to na zlecenie służb USA (potrzebujących eskalacji konfliktu), czy wręcz al Kaidy, czy innych sił wyznawców Mahometa - która to religia znalazła również zwolenników wśród amerykańskich żołnierzy.
Jeśli jednak nie jest to elementem szerszych działań - to zarówno spalenie egzemplarzy Koranu, jak i kolejne "omyłkowe" zabójstwa niewinnych mieszkańców - wraz z ostatnią ostentacyjną masakrą dokonaną osobiście przez amerykańskiego żołnierza - sprawią, że długo jeszcze mieszkańcy Afganistanu będą walczyć z najeźdźcami.
Tymczasem dla USA najlepszym wyjściem jest wycofanie wojsk najszybciej jak to możliwe.

Dla Polski także - moja rekomendacja jest identyczna, tyle, że Polska może swoich dzielnych wojaków wycofać praktycznie w każdej chwili. A każdy dzień zwłoki to nie tylko ryzyko śmierci kolejnych Polaków, ale też wymierne straty finansowe rzędu nawet miliona złotych dziennie. Porównywalne koszty stałe generuje chyba tylko dług publiczny....

A my nie tylko ponosimy koszty utrzymania armii, ale również rząd wydaje kolejne miliardy "ekstra" - a to na nowe wozy bojowe, a najnowszym pomysłem jest zakup za miliard złotych ciężarówek - każda za 500 tys. złotych. Bo na wojnie robi się najlepsze interesy!

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

 Pokazywali w tv tę wyprawę.

 Ciekawe, czy na  też po drodze zrobiła małą przerwę na rozprostowanie kości.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#235345

Szczerze wątpię - po pierwsze, żaden talib nie tknie pani Angeli. Po drugie Niemki raczej wolą na seks-wczasy do Egiptu - na pewno tam urlop nie będzie kosztować 100 tys. euro.
Wykształciuch

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Wykształciuch

#235478