Cykliczny wysyp idiotów, czyli Nowa Prawica

Obrazek użytkownika Muni
Kraj

Nasz kraj to chodzący przykład cykliczności zjawisk świata tego.

Cyklicznie podbijamy i cyklicznie nas podbijają. Wzniecamy cyklicznie powstania, które przegrywamy i wygrywamy; jesteśmy cyklicznie postrzegani przez Żydów jako cmentarz, albo jako ziemia obiecana, w zależności od kursu szekli, a przez Europę postrzegani jako fajni i waleczni ludzie, albo antysemici i właściciele obozów koncentracyjnych. I tak to leci we wszystkim.

W naszych sprawach "wewnętrznych", nie sposób nie zwrócić uwagi na fenomen cyklicznego wysypu idiotów, którzy nagle zaczynają wierzyć (i to bez wyraźnego powodu) przeróżnym politycznym hosztaplerom i udzielają stadnie poparcia - w prawie religijnym amoku - osobom fałszywym, głupcom, zdrajcom i kanciarzom, a może i gorzej...

Najpierw zaczęli ludziska, na jeszcze nieuklepanych dobrze mogiłach AK-owców, kochać Stalina. No, nie wszyscy, ale były stadne płacze i jęki kiedy wykorkował ten skurwiel. Potem była ekstaza, kiedy stary komuch Gomułka zaczął swoje chłopskie gadki w Poznaniu, w 1956 roku, po... antykomunistycznym zrywie. Kolejny cykl zmiótł Gomułkę (który sam w życiu miał te cykliczne okresy sławy i hańby) i zapłonęły komitety. W efekcie, ludność powitała z ulgą nowego komucha, Gierka, który odbudował i obsadził komitety swoimi komuchami, znów na pewien okres i domyślamy się, że cykl dopełnił się wkrótce i już nie był on dobrym "pierwszym". Wtedy pojawia się pracownik fizyczny, praktycznie wtórny analfabeta, który nie potrafi odczytać z kartki kilku zdań i oczywiście zawojował dusze Polaków, którzy zaczęli już wtedy zdradzać wyraźnie podobieństwo do lemingów. W międzyczasie była przerwa dla generała J., który też wytworzył chmurę poparcia dla siebie i nawet dzisiaj jest przez większość lemingii poważany i akceptowany.

Potem szło szybciej, cykle z około 10 letnich trochę skróciły się, najpierw zauroczenie komuchem (znów? haha!) Kwaśniewskim, potem kilka lat rozterki i wybucha kult PO. Lemingoza dostaje skrzydeł. Euforia głupoty i chamstwa sięga zenitu. 'Kto nie skacze, ten nie z Tuskiem", no i skakali wszyscy. Kradło też się nieźle i dawało zarobić swoim. Jeszcze to dogorywa, ale już wariatkowo lokuje się w innych zakamarkach polityki i biznesu.

Kilka lat temu, pojawia się absolutny hosztapler, kanciarz i cham - Palikot - i oczywiście zdobywa poparcie ponad 10%  naszych obywateli - mózgowców.

A teraz mamy kolejny cykl oszołomstwa! Zabłysła nam jak supernowa, gwiazda superstarego kawalarza, Janusza Korwin-Mikke. Facet ma poglądy ekonomiczne zbliżone do roku 1880, lubi troszkę pedofilów (byle nie gwałcili, podmacać mogą), chłostę w szkołach, nie lubi kiedy głosują kobiety, szanuje prawa do emerytur dla esbeków i chciałby w Polsce kontynuacji Królestwa Polskiego jako części Imperium Rosyjskiego.

Popieprzony? No, masz... Popierany? No, masz! To idol! Ciepłe bułeczki, celebra i kaznodzieja. Masy idiotów wpadają w amok powtarzając w kółko pięć zdań - sloganów "programu", który nie zmienia się od 20 lat. Niższe podatki i likwidacja koryta, ale jak sam twierdzi, zamierza z koryta czerpać, bo czemu nie?

Kto normalny może poprzeć taki program? Normalny - nikt. Ale skoro mamy tabuny wyznawców nowego "guru", oznacza to, że weszliśmy w nowy cykl wysypu idiotów i oby nie było ich tylu, co z "miotu" PO, bo nasze biedne państwo tego nie przetrzyma.

 

pierwotnie zamieszczone na http://xiezyc.blogspot.com

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 4.4 (głosów:7)

Komentarze

było (i jest), że obrona esbeckich emerytur -w imie praworządności- nie osłabiła poparcia dla JKM przez  "mlodych antykomunistow".

Wprawdzie logiki teraz chyba sie nie uczy w szkolach i uniwerytetach, ale zdrowy, chlopski rozum powinien ostrzegać każdego mlodzieńca prze takim "idolem".

Inne jego poglądy były rownie ciekawe, np.,że ZSSR utrzymywal PRL przez cały czas, przepłacając za węgiel i świninę.

 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
13
Nie podoba mi się!
0

cui bono

#1423369

odejście tow. Gomułki było starannie przygotowaną prowokacją.

Było wymierzeniem kary za demaskację prawdziwego oblicza syjonizmu w Polsce.

Walki wewnątrzpartyjne zostały celowo wywleczone na ulice, by odwrócić uwagę od prawdziwej istoty spraw.

W owym czasie, biorąc pod uwagę uwarunkowania geopolityczne, podmieniono nam siekierkę na kijek.

I tak już pozostało, naród daje wodzić się za nos coraz wyraźniej, na coraz bliższą samodestrukcję.

Za prawidłową ocenę Korwina daję "5".

Pozdrawiam.

Podoba mi się!
11
Nie podoba mi się!
-1

"Ar­mia ba­ranów, której prze­wodzi lew, jest sil­niej­sza od ar­mii lwów pro­wadzo­nej przez barana."

#1423375

Czytałem i słyszałem o tym, że na Gomułkę zastawiono pułapkę, ale... z drugiej strony rok 70 zmiótł i Cyrankiewicza, a to był bardzo inteligentny człowiek i niezbyt wierzę, że on by się tak dał wpuścić... Pamiętam jego mowę rezygnacyjną, był widocznie wściekły, jak człowiek, który dużo traci z powodu głupiego błędu. Lecz mogę się mylić, mały byłem:).

Podoba mi się!
5
Nie podoba mi się!
-4
#1423386

glosujaca na niego cholota nie wie to to co robi Korwin nikogo nie bedzie dziwic.

Sa firmy z ktorych sie nie wychodzi a JKM wlasnie za PRLu pracowal dla takiej i byl na garnuszku kacapskim.

Podoba mi się!
7
Nie podoba mi się!
-2
#1423387

Wspólnicy Hitlera

 

 Hamburski tygodnik „Der Spiegel” wywołał skandal, pisząc o zbrodniarzach z czasów II wojny światowej.

Nie, nie było to zwyczajowe u autorów zza Odry wyliczanie krzywd wyrządzonych spokojnym niemieckim cywilom przez okrutnych aliantów, bądź dzikich Sowietów. Tym razem redaktorzy „Spiegla”postanowili zmierzyć się z tematem Holocaustu. Trzeba przyznać, że do problemu podeszli w sposób nietypowy.

 

Biedni Niemcy patrzą na Auschwitz

Tytuł wzmiankowanego artykułu mówi wszystko: „Wspólnicy - europejscy pomocnicy Hitlera przy mordowaniu Żydów”. Autorzy stawiają tezę, że Niemcy nie zdołaliby wymordować aż tylu Izraelitów bez pomocy licznych nacji na terenach okupowanych. „Ukraińscy żandarmi, łotewscy policjanci, żołnierze rumuńscy, węgierscy kolejarze, polscy rolnicy, holenderscy urzędnicy, francuscy merowie, norwescy ministrowie, włoscy żołnierze – wszyscy oni współdziałali w zbrodni Holocaustu” – pisze „Spiegel”. Stąd ludobójstwo Żydów zasługuje na miano „projektu europejskiego”. Nie trzeba tłumaczyć, że przy takiej interpretacji rozmywa się odpowiedzialność Niemiec.

„Spiegel” chwali Francuzów i Włochów, że ci już zaczęli mówić o swej winie (choć zarazem wytyka obu nacjom, że zrobiły to „bardzo późno”). Niemieccy dziennikarze z ubolewaniem stwierdzają, że Polacy, Węgrzy oraz inne narody wciąż wymigują się od wzięcia na siebie odpowiedzialności za zbrodnie III Rzeszy.

 

Polski rolnik żydożerca

Nie mam pojęcia, czemu „Spiegel” wyróżnił akurat polskich rolników, jako sztandarowy przykład współpracowników Hitlera w działaniach ludobójczych, wymieniając ich jednym tchem obok norweskich ministrów, żołnierzy armii sprzymierzonych z III Rzeszą czy funkcjonariuszy kolaboracyjnych formacji policyjnych.

Niewątpliwie, wśród polskich rolników również trafiały się kreatury. Ile ich było, wśród wielomilionowej masy naszych włościan? Tego, niestety, „Spiegel” już nie napisał. Zadowolił się ogólnikiem, który rzuca cień na całą warstwę społeczną.

Polska to dla niemieckich dziennikarzy dobry przykład na poparcie tezy, że nienawiść do Żydów była „niezależna od Niemiec”. Barwnie opisali masakrę w Jedwabnem, dokonaną ich zdaniem przez „40 Polaków-katolików” (widać „Spiegel” poddał wnikliwym badaniom życie religijne i duchowe sprawców zbrodni; zaś o roli, jaką w jedwabieńskiej rzezi odegrali Niemcy nie wspomniał zapewne tylko przez przeoczenie…).

Przypadki zabijania Żydów w Polsce po 1945 r. wyjaśniono równie przejrzyście – winien był polski „motłoch”, który „wymordował co najmniej 600, a być może nawet tysiące ocalonych z Holocaustu”.

Nie będę tu spierał się o liczby, choć wolę ufać obliczeniom historyka Marka Jana Chodakiewicza, wedle którego w powojennej Polsce zabito 400-700 Żydów. Ważniejsze, że ofiary te zgładzono z różnych przyczyn, w rozmaitych okolicznościach. Rzeczywiście, bywały haniebne przypadki, kiedy niewinnych Żydów mordowano za samo pochodzenie. Inni jednak ginęli z rąk pospolitych kryminalistów, bo czasy powojennego chaosu były trudne, a zdziczała bandyterka zabijała, gwałciła i rabowała każdego, kto się nawinął, niezależnie od narodowości.

Jeszcze innych Żydów dosięgła kula Żołnierzy Wyklętych za wysługiwanie się komunistycznej władzy. Bo jest prawdą, że wielu Semitów wstąpiło po wojnie do zbrodniczych czerwonych formacji. Tylko w UB opanowali 37 proc. stanowisk  kierowniczych (choć Żydzi stanowili wtedy zaledwie ok. 1 proc. polskiego społeczeństwa). Ok. 100-200 poległo w walce z polskim podziemiem.

Jak można zastrzelonych ubeków wrzucać do jednego worka z niewinnymi ofiarami bandyckich napadów, czy szowinistycznych pogromów? „Spieglowi” to się udało! Bo według dziennikarzy z Hamburga cały ówczesny dramat sprowadzał się do mordowania ocalonych z Holocaustu przez opętany nienawiścią polski motłoch...

 

Wojna w państwie duńskim

Niemieccy mistrzowie pióra chętnie rozdawali ciosy i kuksańce, jednak jedną nację zdecydowali się pochwalić. Otóż, ich zdaniem, wzorowo wobec Żydów zachowali się… Duńczycy. Uratowali oni bowiem 7.500 swych semickich współobywateli, przewożąc ich statkami do Szwecji.

Szkoda, że „Spiegel” przemilczał, że okupacyjny reżim w Danii był najłagodniejszy w całej Europie – przez całą wojnę stracono tam niewiele ponad sto osób, a pięćset zmarło w obozach koncentracyjnych (na cztery miliony ludności). Pomagający Żydom Duńczyk nie ryzykował życiem swoim, ani tym bardziej swej rodziny (jak ryzykowali Sprawiedliwi w Polsce). Rybacy przewożący Żydów do Szwecji pobierali od nich słoną opłatę, a przerzut był możliwy dzięki pomocy… Niemców, którzy wycofali swe okręty do baz.

Dodam, że podczas agresji Niemiec na Danię w 1940 r. w obronie ojczyzny poległo aż… 16 żołnierzy duńskich. Za to, gdy okupant ogłosił tam dobrowolny nabór do swojej armii, zgłosiło się 8.000 wolontariuszy. Spośród nich 3.900 zginęło za Rzeszę i Führera, co stanowiło ponad połowę strat duńskich podczas II wojny światowej. Wzorowa postawa narodu, taaak…

 

„W pewnym stopniu”, „w pewnym sensie”…

W kraju nad Wisłą basowała redaktorom „Spiegla” pani dr Alina Cała, pracownica naukowa Żydowskiego Instytutu Historycznego, pono specjalistka od antysemityzmu.

W wywiadzie udzielonym „Rzeczypospolitej” (25.05.2009) ekspertka orzekła, iż Polacy zostali „przygotowani moralnie” do Zagłady Żydów przez antysemicką propagandę narodowców i Kościoła (w tym przez „Mały Dziennik” św. Maksymiliana Marii Kolbego). Jeszcze przed wojną, w latach 1935-1937 przez nasz kraj miała przejść fala ponad 100 antyżydowskich pogromów. „W pogromach tych ginęli ludzie” – zaświadcza pani pracownik naukowy (dr Alina Cała najwyraźniej nie wie, że przyczyny owych burd, na wyrost zwanych „pogromami”, były rozmaite; że nie zawsze wina leżała po polskiej stronie; że w tych stu zajściach zginęło łącznie bodaj 14 Żydów i znacznie więcej uczestników antyżydowskich wystąpień, bo interwencje polskich służb porządkowych wobec takich ekscesów bywały bezwzględne; np. w Odrzywole, gdzie podczas bójki z polskimi chłopami zginął jeden Żyd, interweniująca policja zastrzeliła aż 12 Polaków).

Wedle Aliny Całej, pod okupacją niemiecką Polacy słuchali najchętniej „propagandy nienawiści” głoszonej z ambon. Jeśli Polak lękał się Niemców, obawiał się donosu - „to świadczy o kondycji moralnej tego społeczeństwa”. Polacy „w pewnym stopniu” odpowiedzialni są za Holocaust. „W pewnym sensie” są winni śmierci trzech milionów polskich Żydów…

Dr Alina Cała dworuje sobie z 8.000 drzewek w Yad Vashem, upamiętniających udokumentowane postacie polskich Sprawiedliwych ratujących Żydów. „To strasznie mało” – ocenia niewiasta, która nigdy, w przeciwieństwie do tamtych ludzi, nie ryzykowała życiem (trzeba przyznać, że redaktorzy „Spiegla” byli łaskawsi od Aliny C., przytoczyli bowiem dane o 125.000 Polaków ukrywających Izraelitów przed Niemcami).

„Polacy jako naród nie zdali egzaminu” – konkluduje Alina Cała. Dla kontrastu, pani doktor łatwo usprawiedliwia żydowskich policjantów współuczestniczących w Holocauście, czy Żydów kolaborujących z Sowietami.

 

Alina Bubel

Nasze rodzime media często nagłaśniają postać niejakiego Leszka Bubla, autora prymitywnych paszkwili antyżydowskich, dając mu przykładny odpór. Nie tak dawno „medioci” demonstrowali święte oburzenie, gdy biskup-lefebvrysta plótł androny o komorach gazowych i rozmiarach Holocaustu; albo kiedy świeżo upieczony magister pisał o nieślubnym dziecku Lecha Wałęsy, powołując się na anonimowe źródła.

Jednak mało kto z tuzów dziennikarstwa miał odwagę zaprotestować, kiedy pracownica naukowa Żydowskiego Instytutu Historycznego przekłamywała historię i rzucała oskarżenia na naród polski.

Dr Alina Cała, prócz zawodowego „antyantysemityzmu”, dała się poznać jako wojująca proaborcyjna feministka. Cóż, kiedy zwolenniczka mordowania dzieci nienarodzonych bierze się za potępianie ludobójstwa, publiczność ma równie wątpliwą uciechę, jak wtedy, gdy Niemcy rozliczają Polaków za Holocaust.

 

Podoba mi się!
10
Nie podoba mi się!
0
#1423394

 

 Blizny

Wyimaginowana rozmowa z profesor Yaffą Eliach

- Przepraszam, pan z Polski? – na twarzy starszej kobiety widać smutny uśmiech. – Urodziłam się w Polsce, na waszych Kresach. Potem wyjechałam.

Podróżny jest mile zaskoczony. Dokąd byś się, człowieku, nie ruszył, zawsze trafisz na rodaka. Jednak następne słowa rozmówczyni uderzają weń boleśnie, niczym bicz. Jej uśmiech znika bezpowrotnie.

- Widzi pan, Polacy zabili mi matkę. I brata. Zabili ich za to, że byli Żydami. Chaimek miał tylko pięć miesięcy. Stale zadaję sobie pytanie: jak można było zabić pięciomiesięczne niemowlę? Można to jakoś wyjaśnić? Jakoś uzasadnić?

Pogrom?

- Przyszli nocą – mówi kobieta. – Chcieli wybić wszystkich Żydów w mieście. Ostrzelali nasz dom. Obrzucili go granatami. To był wrzesień czterdziestego czwartego, jakieś dwa miesiące po odejściu Niemców. Czy pan wie, że w moim miasteczku na 3000 Żydów niemiecką okupację przeżyło tylko trzydziestu? A pańscy rodacy postanowili wytłuc jeszcze i nas. „Polska dla Polaków”, co?

- Jakimś cudem przeżyłam. Potem, przez te wszystkie lata, zbierałam informacje o moich stronach. Napisałam o tym książkę i sporo artykułów, na Zachodzie stały się nawet dość głośne.

Podróżny wpatruje się w rozmówczynię. Jego mózg pracuje intensywnie. Zaczyna kojarzyć fakty.

- Chyba czytałem tę książkę. Czyżby pani profesor...?

Niewiasta unosi głowę. Każdy autor odczuwa dumę, napotykając ślad swej popularności.

- A więc zna pan dzieje mojej rodziny. Przeżyłam, miałam to szczęście. Moja matka i brat go nie mieli.

- Pani profesor... Czytałem sporo o pani miasteczku. Ta sprawa mocno mnie zaintrygowała. I muszę sprostować: tam nie było żadnego pogromu!

- Nie było?! – gniew w głosie oskarżycielki zabarwiony jest ironią. – To matka i brat pewnie jeszcze żyją? Ich śmierć jest moim wymysłem, tak?

- To była wojna! – próbuje tłumaczyć mężczyzna. – Pani bliscy zginęli od przypadkowych kul!

W istocie sprawa przedstawiała się następująco: po odejściu Niemców w miasteczku i jego okolicy szalał terror NKWD. Polscy partyzanci z Armii Krajowej postanowili porwać kapitana SMIERSZ-a, sowieckiego kontrwywiadu, który montował tu właśnie siatkę szpicli. Kapitan i kilku innych Rosjan kwaterowali u żydowskiej rodziny. Gdy do budynku wkroczyli AK-owcy, wybuchła strzelanina. Jakaś seria, nie wiadomo nawet, przez kogo wystrzelona, dosięgła właścicielkę domu, tulącą w ramionach maleńkiego synka...

Pszczoły

Ernest Hemingway zachwycił się kiedyś morderczymi zaletami pistoletu maszynowego. Niekiedy, aby zabić człowieka, potrzeba bowiem większej ilości pocisków. Pojedyncze wystrzały z karabinu powtarzalnego są niczym ciosy topora – w każdy strzał wkładasz wysiłek z osobna. Celujesz, strzelasz, przeładowujesz, znowu celujesz, strzelasz… A w pistolecie maszynowym – tak teoretyzował sobie Hemingway – naciskasz spust tylko raz, a resztę wykonuje za ciebie sama broń.

 W rzeczywistości jednak pistolet maszynowy to bestia, która trudno okiełznać. Gdy walisz serią, coś podrywa lufę do góry; łatwo stracić kontrolę nad bronią. Dlatego instruktorzy powtarzają stale: „- Tylko ogień pojedynczy i krótkie serie!”. Jak jednak pilnować długości serii w zgiełku nocnej walki, wśród huku wystrzałów i eksplozji granatów? Żołnierz, zwłaszcza ten niedoświadczony, spanikowany, naciska spust i nie zdejmuje z niego palca, aż do wyczerpania amunicji w magazynku.

Opuszczające lufę pociski są wtedy niczym rój stalowych pszczół, oszalałych, pędzących na oślep, gotowych kąsać każdego, kto stanie na ich drodze. Takie stalowe pszczoły, wypuszczone na wolność z broni Polaka lub Rosjanina (tego nie rozstrzygniemy nigdy, ale to najmniej istotne), dopadły w pewną wrześniową noc małego Chaimka i jego matkę.

Zadry

- Ach tak? – szyderczy ton kobiety godzi w słuchacza. – Tak łatwo pan sobie to wszystko wytłumaczył? Moi bliscy wprawdzie zginęli – ale to tylko przypadek? W powojennej Polsce zabito ponad dwa tysiące Żydów! To też był przypadek?

Rzeczywiście, w komunistycznej Polsce nie brakło żydowskich trupów – było ich wprawdzie nie dwa tysiące, a może z siedemset. Z tego ze dwie setki mundurowych - ubeków, wojskowych i milicjantów, poległych w potyczkach z podziemiem; podczas walki nikt im metryki nie sprawdzał. Dalej – cywilni kapusie i czerwoni aktywiści, likwidowani wcale nie za pochodzenie, choć dziś kreowani na „ofiary polskiego antysemityzmu”. Następnie – zgładzeni przez pospolitych bandytów, a skwapliwie zapisani przez rządową propagandę na konto podziemia. I jeszcze – zabici w komunistycznych prowokacjach, vide „pogrom kielecki”, gdzie Izraelitów masakrowały KBW, milicja i ORMO. Również i przypadkowe ofiary, które znalazły się w niewłaściwym miejscu, w niestosownym czasie – takie, jak Chaimek i jego matka. No i zamordowani faktycznie przez jakichś żydożerców – ale ilu ich mogło być, wśród tych siedmiuset? Czy ktoś to policzył? Póki co – mamy tu co najmniej sześć kategorii ofiar, wrzucanych dziś do jednego worka z nadrukiem: „polska nienawiść”.

                  Te argumenty jakoś nie trafiają do rozognionej niewiasty. Wyrzuca z siebie oskarżenia z szybkostrzelnością broni, która kiedyś zabrała życie jej bliskim. Wspomina przedwojenny pogrom w Przytyku, gdzie ogarnięty furią tłum zmasakrował trzech przedstawicieli Narodu Wybranego (- Nie trzech, a dwóch! – uściśla rozmówca. – Zlinczowanych po tym, jak wychowanek szkoły rabinackiej Szulim Chil Leska zastrzelił polskiego chłopa Stanisława Wieśniaka...).

Mówi o pogromach Izraelitów u zarania II Rzeczypospolitej (- No, tu bywało rozmaicie – mruczy oponent. – Taki Jędruś Galica, baca „podhalańczyków”, płakał rzewnymi łzami, że mu polskie władze nie pozwoliły rozstrzelać 450 pojmanych z bronią w ręku żydowskich bojówkarzy!).

Przywołany zostaje niegdysiejszy antysemityzm, szalejący ponoć w Wojsku Polskim, czego dowodem ucieczka 3 tysięcy żydowskich żołnierzy z armii Andersa, podczas przemarszu przez Palestynę (- Dezerterzy! – prycha z pogardą podróżny. – Mniej więcej tysiąc starozakonnych pozostało przecież wśród andersowców, i biło się potem dzielnie, ramię w ramię z Polakami. Dla pani pewnie byli zdrajcami...?).

Sąsiedzi

- Co mnie zadziwia najbardziej – szepce Żydówka. – To ta nienawiść. Jej odporność, jej trwałość. Jej niezniszczalność. Aż strach to powiedzieć – jej wieczność. Przyszedł Hitler, zabijał nas i was. Chciałoby się rzec – on nas pogodził. A przecież – nie pogodził nas wcale. Zaraz pan wspomni o Żegocie, o polskich zakonnicach, o drzewkach w Yad Vashem. I to mimo, podkreśli pan złośliwie, mimo żydowskich zdrajców, co strzelali w plecy obrońcom Grodna, a potem donosili na NKWD... No, a wasi szmalcownicy? W samej Warszawie było tysiąc szmalcowników, we Lwowie kilkuset. Nędzne kreatury, utrzymujące się z szantażowania Izraelitów, i ukrywających ich Polaków!

Trudno dyskutować z faktami. Szmalcownicy – było trochę tego ścierwa, niemal wyłącznie pospolitych kryminalistów. Polskie Podziemie nie patyczkowało się z nimi – krótki wyrok, odczytany z kartki i kula w łeb. Skoro jednak mowa o kreaturach, to w tej samej Warszawie, wśród Żydów ukrywanych przez polskie rodziny, znalazło się i ośmiuset konfidentów Gestapo. Ci bez skrupułów wydawali okupantowi ludzi, gotowych spieszyć im z pomocą...

Wojna generowała rozmaite postawy i sytuacje, których próżno szukać w ugrzecznionych podręcznikach. Zbrojne grupy uchodźców z gett, aby przeżyć, bywało, atakowały i grabiły polskie wioski. Potem były tępione przez Podziemie, jak zwykłe bandy rabunkowe. Bóg to osądzi... Żydowska partyzantka, podporządkowana komunistom, „biła reakcję, aż wióry leciały”. Krwawe wióry – Drzewica, Koniuchy, Naliboki... Kto to wszystko policzy? Kto, na dobrą sprawę, jeszcze o tym pamięta?

Ojciec

- Słowem – wy, Polacy, czujecie się bez winy – krzywi się z niesmakiem oskarżycielka. – Łatwo wybaczyliście sobie śmierć mojej rodziny. Rozgrzeszenie bez pokuty – jakież to przyjemne!

- Droga pani! – podróżny pierwszy raz okazuje zniecierpliwienie. – Może pani zdradzi, dlaczego ten kapitan SMIERSZ-a kwaterował akurat u was? Czemu właśnie w waszym domu czuł się bezpiecznie?

- Owszem, to żadna tajemnica – niewiasta wzrusza ramionami. – Ojciec był w NKWD. W istriebitielnym batalionie. Nie musi mi pan tłumaczyć, czym dla Polaków było NKWD. Ojciec wcale nie uważał się za komunistę. Przed wojną zaliczał się do zamożniejszych Żydów w miasteczku. Potem nie służył w sowieckiej, ani w żydowskiej partyzantce. Tylko, rozumie pan, dla nas, Żydów, Stalin był wybawcą. Stalin przegonił stąd Niemców. Nie Brytyjczycy, ani Amerykanie - to Stalin nas uratował! On – tyran, morderca, prawdziwy rzeźnik – był dla nas niczym mesjasz!

- Są relacje, że pani ojciec uczestniczył w obławach. Również w doraźnych egzekucjach – ponure słowa wędrowca burzą sielski wizerunek Stalina-mesjasza i jego wiernych akolitów. –Stale zwozili trupy do miasteczka – niekiedy piętnaście, dwadzieścia dziennie. Wystawiali je na targowisku, na postrach „reakcjonistom”.

- Tak było – przyznaje kobieta. – Jak raczył pan zauważyć, mieliśmy wtedy wojnę. Rewolucję, wojnę domową, pan pewnie nazwie to nową okupacją. Wiem jedno – ojciec nigdy nie strzelał do małych dzieci.

Bracia

- Widzi pani… - mężczyzna ostrożnie dobywa słowa. Czuje się parszywie, włażąc z butami w duszę tej starej Żydówki. Musi jednak zapytać. Przez wzgląd na małego Chaimka, poległego od, być może polskiej, kuli. – Był jeszcze brat.

- Tak! – w oczach rozmówczyni widać gorączkę. – Mój pięciomiesięczny brat, zabity przez Polaków. Dlaczego?!

- Nie ten – mężczyznę coś jakby ściskało za gardło. – Był jeszcze jeden.

***

Płacz dziecka w ciasnym, leśnym bunkrze brzmi przeraźliwie głośno. Zwłaszcza, gdy zewsząd dobiegają głosy niemieckiej obławy. Słychać trzask łamanych gałęzi, niefrasobliwe rozmowy, brzęk oporządzenia - coraz bliżej, bliżej…

- Niemcy byli już naprawdę blisko – mówi kobieta, bardziej do siebie samej. – A mały Szaul płakał. Rodzice próbowali go uciszyć. Byłam dzieckiem, miałam sześć lat. Ale przecież wiedziałam, że ten głośny płacz nas zgubi. Wie pan… Mój braciszek miał dopiero kilka miesięcy. Nawet nie wiem dokładnie, ile. Nie sposób wytłumaczyć niemowlęciu, że ma być cicho. Niemcy byli tuż, tuż… Coś trzeba było zrobić.

- Zamknęłam oczy. Razem z nami w bunkrze ukrywali się inni Żydzi. Jednak chyba rodzice wzięli to na siebie… Płacz ustał… Niemcy nas nie znaleźli.

- Pochowaliśmy małego w lesie. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Ale słyszałam po nocach, jak matka i ojciec płaczą. Ja też płakałam. Potem, może rok później, urodził się Chaimek. Dla rodziców był całym światem. Stale go dopieszczali, nosili na rękach.

 I ciągle płakali.

Zemsta

Podróżny milczy. To jedna z tych chwil, gdy nawet abstynent ma ochotę sięgnąć, drżącą ręką, po papierosa, albo grzmotnąć sobie kielicha. Żydówka zaczyna znów mówić. Jej głos jest spokojny, wiele razy rozgryzała w sobie ten dramat.

- Potem przyszli Rosjanie. Istriebitielnyj batalion NKWD dał ojcu broń do ręki. Dał mu też władzę. Kiedyś ojciec poszedł na patrol wraz z przyjacielem, również Żydem. Złapali Litwina, dawnego szaulisa, który mordował Żydów w moim miasteczku. Ten Litwin to był sadysta, wyżywał się w egzekucjach. Nieważne – kobieta, staruszek, dziecko – on nigdy nie okazał litości. A wtedy, przed moim ojcem, padł na kolana na środku ulicy, i błagał o życie. Skomlał jak zwierzę.

Ojciec i jego przyjaciel mieli każdy pepeszę z bębnem na 72 naboje. Wpakowali w tamtego 144 pociski. Wie pan, jak wygląda człowiek nafaszerowany z bliska dwoma pełnymi bębnami z pepeszy? To krwawy ochłap. A kiedyś był taki butny, pan życia i śmierci…

- Innym  razem ojciec przyuważył, że Rosjanie prowadzą niemieckich jeńców, pięciu czy sześciu, w tym oficera. Ojciec pogadał z konwojentami, dał im na wódkę… Razem zaprowadzili jeńców na żydowski cmentarz. I tam ich wystrzelali. Ten oficer też prosił o życie, wyciągnął zdjęcia żony i dzieci... Ojciec rozłupał mu czaszkę kolbą karabinu. Uderzał raz za razem, krzycząc: „- To za moich bliskich! To za mojego synka, którego musieliśmy udusić w leśnym bunkrze!” Pana to dziwi?

- Nie! – kręci głową słuchacz. – Nie dziwię się. Chociaż… Jest jedna rzecz, dla mnie niepojęta. Czytałem relację polskiego świadka tej egzekucji. Podobno, gdy było już po wszystkim, pani ojciec zanurzał dłonie we krwi Niemców, smarował sobie tą posoką twarz i szyję. A potem stał nad trupami z rękami wzniesionymi do góry i recytował coś po hebrajsku. Wyglądało to tak, jakby składał komuś ofiarę. Jakby się modlił.

- Modlił się? – kobieta zastanawia się głęboko. – Czy mój ojciec wierzył wtedy w Boga? Nie wiem…

- Proszę pani – mówi cicho podróżny. – Ten polski świadek w ciągu zaledwie pięciu lat przeżył okupację sowiecką, litewską, potem znowu sowiecką, następnie niemiecką i jeszcze raz sowiecką. Po wojnie przeszedł przez bolszewicki Gułag. Widział piekło na ziemi. Ale najbardziej przeraził go – tak napisał – najbardziej nim wstrząsnął obraz pani ojca, umazanego we krwi, wykrzykującego coś w niebo nad trupami Niemców.

Dzień Sądu

Żydówka słucha obojętnie. Ma twarz z kamienia. Zbudowała wokół siebie mur, którego nie skruszą łatwo czyjeś słowa. Jej tragedia, potworny ból zawładnęły każdą cząstką duszy, spychając w cień dramaty i cierpienia innych ludzi. Teraz odwraca się powoli i odchodzi. Na jej rozmówcę także już pora. Oboje udają się do świata, w którym nie ma stalowych pszczół kąsających dorosłych i dzieci. Nie ma też upiornej ciszy, gęstej od niemego płaczu niemowlęcia, zdławionego przed chwilą morderczym chwytem. Nie ma czaszek zdruzgotanych kolbą, umazanych krwią dłoni, ani bluźnierczego dziękczynienia nad trupami wrogów.

Kiedyś, przy końcu dziejów – tak nauczali mądrzy chasydzi – Bóg oddzieli łotrów od sprawiedliwych. Łajdaków wyśle tam, gdzie ich miejsce, zaś sprawiedliwych przygarnie do Swej ojcowskiej piersi. Popatrzą razem za siebie – na te udręczone ludzkie dzieje, na krew, łzy i znój, od czasów wygnania z raju – i wszyscy, Bóg i ludzie, wybuchną wielkim płaczem.

 

Podoba mi się!
11
Nie podoba mi się!
0
#1423395