"młoda lewica" i liberał

Obrazek użytkownika tad9
Idee

“W centrum miasta, w lokalu finansowanym z publicznych pieniędzy, na otwartym spotkaniu, analizuje się i tworzy strategie łamania prawa i stosowania przemocy” – napisał w „Rzeczpospolitej” Dawid Wildstein (no proszę – nie dość, że Wildstein to jeszcze Dawid...). Oburzył się na to profesor Sadurski. To znaczy oburzył się nie dlatego, że „w centrum miasta, w lokalu finansowanym z publicznych pieniędzy, na otwartym spotkaniu, analizuje się i tworzy strategie łamania prawa i stosowania przemocy”. Profesor Sadurski oburzył się, że Wildstein o tym napisał. Bo, okazuje się, liberalna zasada równości wobec prawa jest względna. Są równi i równiejszy, a jedną z miarek do mierzenia różnic jest historia. Sadurski wyjaśnia: „Gdyby student Wildstein napatoczył się był poprzednikom dzisiejszego ONR-u: dzielnym chłopakom, do których dziś ONR nawet w nazwie swej organizacji się z dumą odwołuje, to miałby wielką szansę dostać pałką w głowę. A w czasie wykładu zostałby na swoją odrębną od aryjskiej ławkę, być może przy pomocy potężnego kopa, skutecznie skierowany.” W związku z czym – kontynuuje profesor - „... studentowi Wildsteinowi, gdyby był na moim seminarium, a choćby i proseminarium, zadałbym esej na temat granic między poszanowaniem prawa do pokojowych zgromadzeń, bez względu na wyrażane tam poglądy, a realizacją prawa do wyrażania protestu przeciw treściom głoszonym przez legalne zgromadzenia”

Jest to, jak na liberała, postawa dość zaskakująca. Oto profesora nie interesuje to, czy demonstracja jest legalna czy nie, ale to co robili „poprzednicy” demonstrujących. Cóż, można i tak... Dałoby się, na przykład napisać: gdyby profesor Sadurski natknął się ze swoim liberalizmem na poprzedników dzisiejszych „antyfaszystów” to by go wypieprzyli z uniwersytetu za reakcyjność, za rozminięcie się z Duchem Epoki, albo za coś innego w tym guście... A Dawid Wildstein też miałby u nich przerąbane za pisanie brzydkich rzeczy o postępowej lewicy w prawicowych gazetach. Za coś takiego „poprzednicy” dzisiejszej „młodej lewicy” fundowali wszak wycieczki na Kołymę. Nie szalejmy więc z tymi „poprzednikami”. Zastanówmy się raczej dlaczego liberałowi (to jest profesorowi Sadurskiemu) nie przeszkadza, że za publiczne pieniądze „młoda lewica” rozprawia o obalaniu systemu.

W pierwszym rzędzie odnotujmy różnicę między „młodą” a „starą” lewicą. Bo w jaki sposób dawni rewolucjoniści zdobywali środki na rewolucję? Cóż, różnie bywało: przepuszczano rodzinne majątki, naciągano naiwnych sponsorów, uwodzono dla posagu nieszczęsne dziewice, urządzano wreszcie tzw. ekspropriacje, słowem – radzono sobie w ramach „inicjatyw prywatnych”. To prawda - część rewolucjonistów była na garnuszku tajnych policji czy obcych ambasad i tych od biedy da się uznać za sponsorowanych przez państwo, ale mało kto robił z tego cnotę. A dziś? Dziś „rewolucjoniści” doją budżet ile wlezie i wielkim głosem wołają o więcej. Niedawno, na przykład, krążył w internecie list wystosowany do ministra kultury przez młodych reżyserów teatralnych (z tych zaangażowanych). Otóż, ci „młodzi gniewni” w pierwszym rzędzie domagali się od ministra ...gwarancji etatów i ubezpieczenia. Przecież to czysta komedia! Nie wiem, czy sto lat temu istniało już coś takiego jak „ministerstwa kultury”, ale – gdyby istniało – ówcześni radykałowie chyba nie sięgnęliby takiego dna. Albo cała ta – „Krytyka Polityczna”. Chwalą się, że mają najlepszych w Polsce specjalistów od pozyskiwania przeróżnych grantów i dotacji. Chętnie w to wierzę, bo „młoda lewica” reaguje na publiczny grosz mniej więcej tak, jak wampir na krew, ale coś mi tu jednak nie gra... Nie, nie chodzi o „młodą lewicę”. Ta zawsze ma pod ręką powiedzonko o sznurze i burżujach. Nie dziwmy się więc, że lewica doi. Ale system! Dlaczego system daje się doić? Przecież nie powinien – jeśli potraktujemy poważnie to, co „młoda lewica” mówi o jego naturze.

Bo jak to wygląda? Ano tak, że system na tysiąc sposobów dyscyplinuje ciała, formatuje umysły i neutralizuje zagrożenia. Jego macki operują wszędzie: są w języku, nauce, sztuce, religii i diabli wiedzą gdzie jeszcze. Nie ważne więc , czy studiujesz historię, modlisz się, kopulujesz czy siedzisz w teatrze – wszędzie tam ON próbuje cię kontrolować. I nagle ta odwieczna wszechpotęga pozwala, by w jej jądrze zalągł się czerw, który ją będzie toczył. Więcej – system nie tylko pozwala czerwiowi zaistnieć, ale jeszcze go dokarmia. Cóż to za opresor, który swych demaskatorów (a może i przyszłych zabójców) hołubi i dotuje? Jak to wytłumaczyć? Toć, gdyby choć połowa z tego, co o systemie piesze się w „KP” była prawdą - redaktorzy pisma, zamiast prowadzić knajpę pod nosem prezydenta, powinni drukować swoje manifesty w piwnicy, na powielaczu zrobionym z pralki "Frani". Ewentualnie – powinni gnić w pierdlu czy psychiatryku. A tymczasem – robi się im prezenty i dopieszcza. Ktoś powie: sprawa jest prosta – zwyczajnie „młoda lewica” skupia najzdolniejszych ludzi swojego pokolenia to i nie dziwota, że właśnie oni, powiedzmy, wygrywają konkurs na prowadzenie knajpy w centrum stolicy. Niestety takie teorie musimy odrzucić. W przeciwnym razie musielibyśmy bowiem uznać, że „system” nie jest nastawiony na trwanie i reprodukcję tudzież na ogłupianie i eksploatację „poddanych”. Przeciwnie – system jest dobroduszny i sprawiedliwy a do tego mało dba o swą przyszłość, skoro zamiast pilnować swoich interesów, operuje neutralnymi kryteriami pozwalającymi obiektywnie ustalić kto jest „lepszy” a kto „gorszy”, a ten „lepszy” jest premiowany, choćby zagrażał systemowi

Więc może, po prostu, raz coś w systemie zazgrzytało i Sierakowski się wstrzelił w moment? Bo ja wiem? Anomalię lokalną dałoby się jeszcze tak wytłumaczyć, ale mamy przecież do czynienia z fenomenem na dużą skalę: jak Zachód długi i szeroki wszędzie mnożą się Sierakowscy i wszędzie mają się jak pączki w maśle. Albo więc system nie jest tak perfidny jak o nim piszą, albo jest... Ale wtedy wychodzi na to, że nie widzi w „młodej lewicy” szczególnego zagrożenia... Gwoli sprawiedliwości przyznajmy, że podobne dylematy gryzą samą „młodą lewicę”. Bo, jak doniósł swego czasu Cezary Michalski - w ubikacjach "Nowego Wspaniałego Świata" źle się pisze o Sławomirze Sierakowskim. Nawiasem mówiąc – cóż za upadek... Jeszcze niedawno Michalski miał ambicje by być Michnikiem prawicy, a teraz zostało mu tylko bronienie nowego pryncypała przed ubikacyjną krytyką. Ale co się tam konkretnie o Sierakowskim wypisuje? Ano mniej więcej tyle, że Sierakowski zaprzedał się systemowi. Zdaniem Michalskiego są to gnostyckie paranoje, czy jednak owi "gnostycy" nie są - po prostu - uważnymi czytelnikami "Krytyki Politycznej"? Bo przecież, jako się rzekło, na gruncie firmowanych przez „Krytykę” teorii, trudno istnienie "Nowego Wspaniałego Świata" wytłumaczyć ocalając przy tym rewolucyjną cnotę Sławomira Sierakowskiego. Może więc Sierakowski naprawdę się „sprzedał”? Nie byłby pierwszy. Weźmy taki przypadek - oto tygodnik iedeii „Europa” dodawany do dziennika o oryginalnej nazwie „Dziennik” zaczyna lansować Slawoja Žižka, jednego z intelektualnych guru „młodej lewicy”. W „Gazecie Polskiej” Jacek Kwieciński krzyczy w związku z tym, że fałszywi prawicowcy z „Dziennika” urządzają ideologiczną dywersję, redaktorzy „Europy” ze swojej strony zapewniają, że Žižka często drukują, bo to ciekawy myśliciel, a tymczasem sprawa wydaje się prostsza: Slawoj Žižek tkwi w układzie biznesowym z firmą Axel Springer, która – tak się składa – wydaje dziennik „Dziennik” do którego raz w tygodniu dodawana jest „Europa”. I niech mi teraz ktoś powie, że postęp nie istnieje! „Młoda lewica” poprzedniego pokolenia paliła Springerowi siedzibę i samochody, a dziś proszę – wszyscy idą ręka w rękę i jeszcze na tym zarabiają. Może więc „system” naprawdę nie ma szczególnych powodów by bać się „rewolucjonistów”, a i „rewolucjoniści” wiedzą dobrze kogo można bić a z kim lepiej dobrze żyć? Zwyczajnie - liberalny establishment systemu żyje w symbiozie z "rewolucyjną" młodą lewicą, a ostrze tej symbiozy wymierzone jest w ten straszny reakcyjny (nieliberalny, homofobiczny, patriarchalny, antysemicki....) lud. Nie dziwmy się zatem, że liberalny profesor Sadrurski nie widzi nic zdrożnego w „knuciu przeciw państwu za publiczne pieniądze”. Profesor wie, że „młoda lewica” systemu nie obali, ale może da za to po mordzie komuś, kogo i profesor Sadurski nie lubi. Np. jakiemuś „faszyście”. Albo „moherowi”. A na to skąpić publicznego grosza nie wypada....

Ocena wpisu: 
Brak głosów