Przymus słuszności. Recenzja „Triumfu człowieka pospolitego” Ryszarda Legutki 10 punktach.

Obrazek użytkownika KP
Idee

Pierwsze co przyszło mi do głowy po lekturze „Triumfu…” to myśl, że jest to książka o wiele lepsza niż „Esej o duszy polskiej”, stawiająca bardziej precyzyjne diagnozy, napisana ze swadą, wręcz wymuszająca na czytelniku własne przemyślenia. Nie chodzi o to, że w „Eseju…” tego nie ma, ale „Triumf…” ma tego po prostu więcej.

Legutko, opisując podobieństwa ustroju demoliberalnego i socjalistycznego trochę rozśmiesza, trochę straszy, ale przede wszystkim prowokuje do nowego spojrzenia na otaczającą nas rzeczywistość. Nawet jeśli książka jest w swej końcowej wymowie dość pesymistyczna – z czym nie do końca się zgadzam – to jednak daje niesamowicie bogaty zestaw narzędzi do interpretacji współczesnego świata, a przynajmniej współczesnej Europy i Polski. A przecież prawidłowa diagnoza choroby to wstęp do i warunek konieczny skutecznego leczenia.

1. Liberalna demokracja i komunizm są ustrojami modernizacyjnymi, ale żeby dobrze zrozumieć co to znaczy, Legutko sprawnie wyjaśnia, że przecież obydwa te ustroje zakłamują znaczenie słowa modernizacja i robią z niego swego rodzaju fetysz. Ani liberalna demokracja ani komunizm nie oceniają „starej” rzeczywistości za pomocą obiektywnych kryteriów i nie proponują zmiany tego co złe i zostawienie tego co dobre. Zmiana, unowocześnienie, „projekt modernizacyjny” same z siebie zawsze są dobre, bo niszczą to co „anachroniczne”. Znikają więc kryteria dobra i zła, zastępowane w obydwu ustrojach kryteriami postępowości i zacofania.

2. Legutko świetnie i z humorem pokazuje także, jak zarówno demoliberalizm jak i komunizm uzurpują sobie prawo do reinterpretacji dziejów ludzkości, oczywiście za pomocą swojego własnego klucza. „Prawa dziejów” odkryte i ujarzmione przez komunizm / liberalną demokrację miały same wskazywać na nieuniknione i konieczne zwycięstwo tych ideologii. Co więcej, w obydwu ustrojach istniały koncepcje „awangardy postępu” to znaczy grupy / grup społecznych świadomych swojej roli i – za pomocą odkrytego w danych ustroju „klucza do zrozumienia historii” – zdolne przyspieszyć nadejście nieuniknionego. „…Zarówno socjaliści jaki i liberalni demokraci podtrzymywali i nadal podtrzymują pogląd, że historia jest po ich stronie. (…). Przyjęcie historycznego uprzywilejowania liberalnej demokracji, czyni dlatego oczywistym wynikający stąd wniosek – analogiczny do tego, jaki wyciągali socjaliści również wierzący w historyczne uprzywilejowanie swojego ustroju – że wszystko, cokolwiek istnieje w społeczeństwie, musi stawać się z czasem liberalno-demokratyczne i być przeniknięte duchem ustroju.”

3. W ogóle we wszystkich rozdziałach Legutko zaczyna swoje przemyślenia od bardzo precyzyjnego przedstawienia aparatu pojęciowego, a w większości przypadków nawet przywrócenia słowom ich prawidłowego znaczenia. Tak jest na przykład w przypadku słowa „utopia”, bowiem autor „Triumfu…” udowadnia, że liberalna demokracja jak i komunizm to ustroje utopijne: obydwa ustroje traktowały same siebie jako „koniec historii”, wypełnienie całego ciągu przekształceń społecznych ludzkości, po których obiektywnie nie może już powstać nic lepszego. Według socjalistów najważniejszym impulsem przekształceń ustrojowych w dziejach społeczeństwa ludzkiego była walka klas (wspomniany już „klucz do historii”), a więc po ustanowieniu socjalizmu i społeczeństwa bezklasowego ten impuls do dalszych zmian powinien zaniknąć. W liberalnej demokracji zaś tym impulsem miały być dążenia emancypacyjne różnych uciśnionych grup, na przykład kobiet, które miały wyzwalać się spod patriarchatu, pederastów spod „tyranii” heteroseksualnej, dzieci spod dyktatury tradycyjnej rodziny, uczniów spod przymusu klasycznej edukacji, etc. Po ustanowieniu więc liberalnej demokracji, w której każdy mógł się wyzwolić od wszystkiego co go tłamsiło, powinien nastać „koniec czasów” i demoliberalny / socjalistyczny raj na ziemi.

4. Obydwa ustroje jednak po pewnym czasie zderzały się z rzeczywistością: niby mamy już socjalizm / demoliberalizm ale problemy nie zniknęły, a czasami nawet wydaje się, że narastają. Obydwa ustroje odpowiadają na skrzeczącą rzeczywistość tak samo, w sposób charakterystyczny dla utopii: nie mamy jeszcze obiecanego raju na ziemi, bo nie osiągnęliśmy jeszcze „prawdziwego” socjalizmu / liberalnej demokracji, nie zlikwidowaliśmy jeszcze wszystkich przeszkód, pojawiły się „wypaczenia”, które należy naprawić. Tak więc odpowiedzią na problemy socjalizmu było więcej socjalizmu, na problemy demokracji więcej demokracji, a na problemy zjednoczonej Europy więcej integracji.

5. Obydwa ustroje doprowadziły to typowo utopijnego utożsamienia siebie samych z ludzkimi ideałami. Socjalizm miał być sprawiedliwością klasową, a demokracja wolnością, więc: sprawiedliwość klasowa to socjalizm, a wolność to demokracja. Jest to, rzecz jasna, wniosek tak samo idiotyczny, co niebezpieczny, bo przecież skoro socjalizm to sprawiedliwość klasowa, to człowiek sprzeciwiający się socjalizmowi podważa nie tylko sam ustrój, ale samą ideę sprawiedliwości klasowej i tak samo w demokracji: kto krytykuje demokrację, krytykuje samą wolność, a nie tylko konkretny ustrój społeczny. „Oba roszczenia – socjalistów i liberalnych demokratów – są zupełnie bezpodstawne. Ani socjalizm nie reprezentował sprawiedliwości klasowej, ani liberalna demokracja nie była wyłącznym reprezentantem wolności. (…). Wolności domagali się i wiele dla niej zrobili republikanie, konserwatyści, romantycy, chrześcijanie i wielu innych.”

6. Obydwa ustroje łączy także paradoks całkowitego spolityzowania wszystkich dziedzin życia przy jednoczesnej obietnicy odejścia od polityki. Z jednej strony więc zastosowanie demoliberalnej lub socjalistycznej ideologii może doprowadzić zapaści konkretne dziedziny życia, ale nie można tego skrytykować, bo usłyszy się wtedy zarzut „zajmowania się polityką” której przecież w zwykłym życiu miało nie być. Ideologia realsocjalizmu doprowadziła na przykład do zapaści gospodarczej i powstania potężnego nawisu inflacyjnego, które próbowano zlikwidować podniesieniem cen żywności, ale nie można było podwyżek cen krytykować, bo ci którzy to robili „wykorzystywali przejściowe problemy do celów politycznych”. Dziś obserwujemy dokładnie takie samo zjawisko: na przykład demoliberalizm doprowadził do zapaści w funkcjonowaniu szpitali, dzieci pozbawione opieki umierają na rękach zrozpaczonych rodziców, ale nie można tego stanu rzeczy skrytykować, bo kto to robi, „wykorzystuje śmierć dziecka do celów politycznych”.

7. Zarówno liberalną demokrację jak i socjalizm można nazwać „mistrzami podejrzliwości”. „Podejrzenie”, na którym swoje ideologie zbudowały obydwa ustroje polega na przyjęciu, że ludzkie idee zawsze wyrastają z konkretnych warunków społecznych, a więc reprezentują czyjeś interesy, a skoro tak, to nie trzeba już rozumieć tego, co ktoś mówi, ale trzeba dojść do tego w czyim interesie to mówi. W ten sposób socjaliści jak i liberalni demokraci mogą odrzucić każdą argumentację, nawet jej nie rozumiejąc. Skoro bowiem warunki społeczne czy historyczne kształtują świadomość, to przeciwnicy socjalizmu / demoliberalizmu mówią to co mówią / piszą takie a nie inne książki i tworzą takie a nie inne działa sztuki / komponują taką a nie inną muzykę / produkują takie a nie inne konserwy mięsne ponieważ – świadomie lub nie – reprezentują dane interesy, wyrażają dominację danej grupy / klasy społecznej: burżuazji, kułactwa, Amerykańskiego imperializmu, podżegaczy wojennych, heteroseksualnej większości, kleru, katolickiego ciemnogrodu, pisowskiej dziczy, etc.

8. Także i tutaj jednak napotykamy celnie wypunktowany przez Legutkę paradoks. „Jak to możliwe (…), że z jednej strony można być podejrzliwym wobec wszystkich idei, jako wyrosłych z jakichś warunków zewnętrznych czy wewnętrznych i pełniących funkcje instrumentalne, a z drugiej być oddanym bojownikiem w imię jakichś idei, które uważa się za bezwzględnie obowiązujące i niepodważalne?”
9. Głęboka niechęć czy wręcz nienawiść do religii to także cecha wspólna dla liberalnej demokracji i komunizmu. Jednak sam antyklerykalizm nie jest najbardziej niebezpieczny, prawdziwe zagrożenie – tak w socjalizmie jak i w liberalnej demokracji – czai się w pozorowanym przez obydwa ustroje „dialogu” z tak zwanymi „katolikami otwartymi”. Na czym polegał ów „dialog”? Oddajmy głos autorowi ksiązki: „…katolicy czynili następujące koncesje: chwalili socjalizm jako teorię i praktykę oraz odcinali się od katolików niedobrych (…) [oraz] starali się dowieść, że katolicyzm ma wiele wspólnego z socjalizmem i że powinien być bardziej obecny w socjalistycznej ojczyźnie. Marksiści z kolei nie czynili żadnych koncesji, lecz wskazywali, że to dobrze, że katolicy postępowi wreszcie docenili dobrodziejstwa socjalizmu, to dobrze, że wreszcie potępili katolików niedobrych, choć powinni to byli zrobić wcześniej i dosadniej (…) mogą znaleźć swoje miejsce w procesie budownictwa socjalistycznego [ale] katolickie dziedzictwo jest paskudne, a więc powinni bardziej niż inni starać się zasłużyć na zaufanie”. Dokładnie ten sam schemat możemy obserwować dziś, w liberalnej demokracji, tylko że dziś nie mamy już Wyszyńskiego, który powiedziałby w krytycznym momencie „non possumus”, bo nawet dzisiejsi „katolicy otwarci” wywalani na zbity pysk z lewackich mediów, których starali się udowadniać swoją przydatność w procesie budownictwa demoliberalnego, skulili ogony.

10. Na koniec o podobieństwie między człowiekiem socjalistycznym a demoliberalnym. Oddajmy głos profesorowi: „Był to homo novus pozbawiony wychowania, prymitywny, odnoszący się z pogardą do tradycji, do polskości, do historii, do kultury, do wszystkiego co pańskie, inteligenckie, eleganckie, subtelne i pięknoduchowi. (…). Życie schamiało, obyczaje straciły moc, a Polska zbrzydła. (…) Drugi raz podobnego wrażenia obcowania z barbarzyństwem można było doświadczyć po upadku komunizmu. (…). W powstałe obszary wolności weszła rzesza prostactwa (…). Życie uległo dalszemu schamieniu (…) a Polska wcale nie ładniała. Nowych barbarzyńców trudno było nazwać bolszewikami, azjatami czy kacapami, lecz było w ich postawie coś, co skłaniało do poszukiwania podobieństw z poprzednikami.”

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (1 głos)

Komentarze

"Triumf człowieka pospolitego", to lektura obowiązkowa dla każdego myślącego człowieka. Legutko w swojej niezwykle trafnej analizie tłumaczy pułapki liberalnej demokracji i podsuwa klucz do zrozumienia tego co się dzieje w Polsce. To co często intuicyjnie wyczuwamy, Legutko ubiera w zgrabne i logiczne zdania. Już na samym początku swojej ksiązki, Legutko wyjaśnia dlaczego komuniści uzyskali tak wiele do powiedzenia w III-ej er pe. To nie tylko zdrada Michnika i okołagrowych elit, ale również "spolegliwość" elit europejskich, które szybko znalazły wspólny język z tymi co wyrywali paznokcie i wykonywali wyroki. Nie jest wielką tajemnicą, że eurosocjaliści i komuniści szukali cudownego kamienia filozoficznego, który "człowieka" przemieni w niewolnika uwarunkowanego odruchami psa Pawłowa. Wydaje się, że eurokołchoz stał się właśnie tym kamieniem filozoficznym, który przemieni narody europejskie w masy niewolników, pozbawionych Boga, wiary i sensu.

Niezwykle ciekawie rozprawia się Legutko z kagańcem "politycznej poprawności" i "pseudodialogiem", którymi nafaszerowane są klisze euroentuzjastów. Muszę się tu zgodzić z autorem "Triumfu...", że według eurosocjalistów to państwo za pomocą cenzury i odpowiedzialności karnej powinno egzekwować "polityczną poprawność". Ponura perspektywa, dla ludzi, którzy chcą żyć w zgodzie ze swoim sumieniem. Nawet Orwell w swoim 1984 nie był tak blisko tej koszmarnej utopii, jak są blisko niej dzisiejsi "postępowcy". Wszak Orwell był tylko pisarzem, a nie politykiem.
W jakimś sensie Legutko tłumaczy dlaczego platforma jest zmuszona do skrętu w lewo (co dzieje się właśnie w tych tygodniach). Trzeba pamiętać, że "szybki marsz" w kierunku europejskich wskazań, oznacza walkę z religią i ludzkimi sumieniami. Coś o czym nie chcemy myśleć, bo wydaje się nam, że żyjemy w "demokracji", która troszczy się o prawa większości i mniejszości, tymczasem tak nie jest. To ta katolicka większość jest dyskryminowana i prześladowana na oczach "postępowej Europy" (przykładowo koncesja dla telewizji TRWAM), jednak dyskryminacja katolików w "katolickim kraju", przyjmowane jest ze zrozumieniem i aprobatą. Różnych wątków odnoszących się do III-ej er pe można znaleźć wiele i zrozumieć rolę jednostki w tym coraz mroczniejszym "procesie transformacji".
O książce Legutki można napisać wiele dobrego, ale najlepiej ją samemu przeczytać, wiele pojęć okaże się wtedy prostych i zrozumiałych.
Pozdrawiam serdecznie.
**********
Niepoprawni: "pro publico bono".

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Pozdrawiam
**********
Niepoprawni: "pro publico bono".

#340059