Kolejny kryzys rezultatem

Obrazek użytkownika Marcusso
Idee

Wyobraźcie sobie następującą scenę: ze szkoły podstawowej wychodzą dwie 9‑letnie koleżanki. Po pierwszą z nich zawsze przychodzi matka czy inna pociotka i niesie jej plecak, druga, nie mając klucza do domu, musi czekać przed blokiem aż któreś z rodziców skończy wreszcie pracę; dom pierwszej tętni życiem i jest otwarty dla znajomych rodziców i kolegów, koleżanek dzieci, druga zaś ma nieprzyjemności nawet jeśli zaprosi koleżankę ze szkoły bez uprzedniej wiedzy i zgody rodziców. Pierwsza ma psa i kota, a pupilek przygarnięty przez drugą szybko i marnie skończył. Co jednak odróżnia ich życie codzienne? Przede wszystkim to, że pierwsza pochodzi z tzw. rodziny socjalnej, ma czwórkę rodzeństwa, matkę po szkole podstawowej, ojca budowlańca i mieszkanie o obniżonym standardzie z przydziału socjalnego, druga zaś pochodzi z klasy średniej, ma rodziców na nobliwych stanowiskach i wydawać by się mogło że ma pod dostatkiem czego by tylko chciała. Czy jednak aby na pewno żyje się jej lepiej niż koleżance? Tymczasem w znanym mi Domu Pomocy Społecznej dla seniorów co drugi mieszkaniec skarży się iż dzieci które wychował i którym dał wyprawkę w dorosłe życie kupując im mieszkanie, na starość pozamykały ich w tej masowej komórce dla podstarzałych rodziców. Przedstawione powyżej sytuacje miały miejsce nie gdzieś na końcu świata, ale na własne oczy kilka tygodni temu zaobserwowałem je w jednym z polskich miast średniej wielkości.
Dwóch polskich pozytywnie zakręconych szaleńców, którzy wybrali się kilka lat temu na zimowy rajd rowerowy po zamarzniętym Bajkale wspominało że im biedniejsi byli mieszkający wzdłuż jeziora, a spotykani przez nich ludzie, tym chętniej, bardziej życzliwie i szczodrze ich przyjmowali oraz, na miarę swych możliwości, udzielali im gościny. Emerytowany reporter BBC, darujcie że nie pamiętam jego nazwiska, w swej autobiografii przyznał że złapał się na tym iż spieszył się nawet czytając dziecku na dobranoc. Alejandro Bullon, pastor adwentystyczny wspominał swą rozmowę w giełdowym magnatem który chciał się go poradzić na temat dziwnego niepokoju przez który nie może spać, ale zastrzegł że ani myśli rozmawiać o sprawach religijnych. Ten mu na to odpowiedział że gdyby zaproponował terapię za milion dolarów na drugim krańcu świata, ów biznesmen od razu wsiadłby do swojego odrzutowca i udał się we wskazane miejsce, ale skoro nie do przyjęcia dla niego jest to co prawdopodobnie jest jedynym środkiem zaradczym na jego problemy, w dodatku za darmo...
Wydawać by się mogło że kariera zawodowa, dobry status społeczny, kupione na kredyt za kilkaset tys. zł mieszkanie itd. – słowem wszystko to, co jeszcze do niedawna wydawało się spełnieniem pod każdym względem dla młodych, wykształconych, dobrze zarabiających i głosujących na „mniejsze zło”, powinno ich zadowolić i zaspokoić każdy aspekt ich życia, a jednak... no właśnie, rzeczywistość skrzeczy. Marnie dobrane „autorytety moralne”, wszystko jedno z jakiej dziedziny życia prywatnego bądź publicznego, które najpierw, a nawet przez lata całe potrafiły mizdrzyć się, wcześniej czy później okazują się przysłowiowym listkiem figowym zakrywającym pożałowania godną rzeczywistość. Tak było, jest i ku zaskoczeniu wielu tak się jeszcze nieraz wydarzy bo mało kto chce byś mądry przed szkodą, a i po szkodzie nie każdemu się to udaje. Zbieżność dwóch przykładów podanych na początku nie jest przypadkowa gdyż, jak wszystko na to wskazuje, dotyczą one w rzeczywistości tego samego zjawiska, tyle że na różnych jego etapach. Współczesny kult wydajności, dobrobytu i generalnie tego wszystkiego co w mediach typu MTV czy TV Biznes jest popularyzowane, a branży reklamowej przedstawiane jako naturalna kolej rzeczy i stan optymalny, dobitnie przekonują że nie warto tracić czasu na, jak to określił dominikanin o. Tomasz Kwiecień, „błogosławione marnowanie”, – czyli na poświęcanie czasu na życie religijne, rodzinne, a nawet towarzyskie, chyba że w celach czysto dochodowych bądź rozrywkowych. Mimo ze to co ulega przez taki styl życia zaniedbaniu również jest inwestycją, tyle że bardzo długoterminową.
Niedawny tragiczny przypadek śp. Madzi z Sosnowca dobitnie pokazuje na przykładzie jej rodziców którzy, jak wszystko na to wskazuje, nie mogli narzekać na brak dostatku – nie każdego wszak stać na wynajęcie biura detektywistycznego należącego do największego detektywa wśród celebrytów, a celebryty wśród detektywów. Tylko czy czegoś kogoś to nauczyło czy raczej, jak się wydaje, głównym celem nagłośnienia tej sprawy mogła być próba wykorzystania tragedii jako temat zastępczy do zagłuszenia burzy medialnej na kilka ważnych i poważnych, lecz bardzo niewygodnych dla grupy obecnie trzymającej w Polsce władzę?
Stefan „Kisiel” Kisielewski zwykł określać niekończące się chwilowe kłopoty ekonomiczne w słusznie minionym czasie nielegalnej władzy jaka w Polsce panowała, twierdząc że to co nazywane jest kryzysem to nie żaden kryzys tylko rezultat. Miał rację, ale nie docenił zapewne że jego spostrzeżenie poczynione w dziedzinie gospodarki jest o wiele bardziej uniwersalne niż przypuszczał. Aby nie być zrozumianym niewłaściwie podkreślę że nie widzę zbyt poważnego problemu w nierównościach społecznych, różnym statusie społecznym i materialnym różnych ludzi – to jest normalne zjawisko. Za to niemałym problemem dla wielu są implikacje związane z wyznawanymi wartościami, uznawanymi autorytetami i niekiedy bardzo dziwnym światopoglądem jakim życie w ich sytuacji życiowej i wg zasad jak_telewizja_przykazała sprzyjają, „Błogosławione marnowanie” jest zbyt obcym zjawiskiem i dla zbyt wielu ma ono znikomą czy wręcz zerową wartość, więc i uwagę zerową poświęcają na nie. Tyle tylko że, jak zauważył pewien artysta-grafficiarz, z szeregu zer łatwo jest utworzyć łańcuchy.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

ale czy potrafisz jej pomóc.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#226504