Radziejewski: Deregulacja, czyli walka z królewiątkami III RP

Obrazek użytkownika Rzeczy Wspólne
Świat

Obserwujmy deregulacyjne boje ministra sprawiedliwości Jarosława Gowina. Ich przebieg powie nam wiele nie tylko o partii rządzącej, ale przybliży do odpowiedzi na pytanie: czy III RP jest zasadniczo reformowalna.

III RP jest polityczną Syberią dla reformatorów. Od roku 1992 żadnemu z tych, którzy próbowali zmienić logikę systemu nie udało się politycznie przetrwać (nie licząc powrotów po latach a’la Jerzy Buzek czy Jarosław Kaczyński). Jan Olszewski, Jan Rokita, Marian Krzaklewski– to tylko najbardziej znane przykłady postaci, które próbowały przeprowadzić głębokie reformy, i zostały za to srogo ukarane politycznym zesłaniem, zakończonym nieraz „śmiercią”.

Dlaczego tak się dzieje? System ukształtowany na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku został od początku zawłaszczony przez współczesne odpowiedniki dawnych królewiąt, żerujące na sferze publicznej grupy prywatnego interesu. Ich umocowanie w biurokracji, korporacjach zawodowych czy służbach specjalnych dało im potężną polityczną moc. A ponieważ dzisiejszym królewiętom jest dobrze tak, jak jest, swoją potęgę pożytkowały i pożytkują na blokowanie wszelkich istotniejszych reform. 

W naturze III RP leży więc trwanie w niezmienionym kształcie. Problem w tym, że z perspektywy wspólnego dobra oznacza to stopniową degradację. Podczas gdy telewidzów pochłaniają partyjne pyskówki i polityczne błahostki pączkuje biurokracja, niszczeje infrastruktura, rośnie zadłużenie. Słowem: jak w krajach afrykańskich po wyjściu kolonizatorów elity zajmują się same sobą, a problemy narastają, prowadząc wreszcie do zapaści, pochłaniającej w końcu także polityków.

To największy rozwojowy paradoks zbudowanego po 1989 roku systemu: karze reformatorów, ale i – choć później - ich wrogów. Wynika z niego obecnie największy dylemat Platformy Obywatelskiej: kontynuować (nie)rządy oparte na piarowskich igrzyskach i naigrawaniach z opozycji, w oczekiwaniu na kryzys, który zapewne zmiecie i tę partię, czy zacząć robić realną politykę.

Projekt deregulacji zawodów forsowany przez Gowina jest próbą korekty absurdalnego kursu z poprzedniej kadencji PO i zmierzenia się z poważnym problemem blokującym rozwój kraju. Setki profesji (najwięcej w Europie), zostało w Polsce zawłaszczonych przez kliki zainteresowanie mnożeniem barier dostępu.

Uwolnienie zawodów to tylko czubek góry lodowej - odblokowanie rozwoju wymaga deregulacji znacznie szerszej – jest jednak testem, czy zmiana obranego przez PO kursu jest możliwa. Bo ta reforma wymaga zmierzenia się z niektórymi wpływowymi i hałaśliwymi lobbies, na których obóz panujący dotychczas się opierał.

Sukcesy wyborcze Donalda Tuska to efekty przede wszystkim swoistego kontraktu zawartego przezeń z „królewiętami”: wstrzymanie zmian w zamian za polityczne wsparcie. W tym sensie PO jako partia status quo była kwintesencją III RP jako państwa nierządem stojącego. Postępująca w wielu dziedzinach degradacja i coraz bliższe widmo gwałtownej zapaści sprawiły jednak, że kontrakt zaczął trzeszczeć i trzeba było wybierać między reformami a łatwą popularnością.

W piątym roku rządzenia Tusk, ulubieniec „królewiąt”, ma więc poważny dylemat. Wspierając Gowina osłabi siebie, bo ewentualny sukces deregulacyjny wyniesie ministra sprawiedliwości do rangi silnego gracza w partii. Osłabiając go, premier podtrzyma natomiast kurs w stronę przepaści.

Tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” 16.05.2012

Ocena wpisu: 
Brak głosów