Maśnica: Pomiędzy Bogiem, historią i Polską. Wokół „Czasu niedokonanego” Bronisława Wildsteina cz.1

Obrazek użytkownika Rzeczy Wspólne
Kultura
Natomiast jego zasadniczy zabieg perswazyjny, fiksacja, którą wnoszą nieodgadnięte i zdemonizowane przez autora powieści moce do wewnętrznego i zewnętrznego świata Broków, jest próbą uwydatnienia kosmicznego skandalu pogromowej śmierci i czarnych żniw, które tamta śmierć zwiastuje.
 
Bronisław Wildstein ukazał w „Czasie niedokonanym” dostojeństwo, ciężar i trudną powagę ludzkiej egzystencji zagubionej w labiryncie XX-wiecznej historii, na tle beztroskiego „teraz” późnego, „ostatniego człowieka” (współczesnej Polski), zarezerwowanego przez Nietzschego dla krów i osłów. Wraz z jego bohaterami przemierzamy miniony, historyczny czas, oraz przeszłe, uformowane w tyglu rewolucji i światowych wojen, krwawe i mroczne krajobrazy minionego wieku. Widzimy bezbronność i bezwzględność ludzi porwanych przez rwący nurt historii. Oto obraz świata, którego naturę wypowiada cadyk z Bronowicz na pogrzebie zamordowanych Broków: „Nadchodzi zły czas. Pan odwraca się od nas i coraz mniej rozumiemy”.
 
Śmierć Sprawiedliwego
Początek 1905 roku. Jesteśmy w Kurowie opodal Pińska. Oto Baruch Brok, handlarz skór, ale przede wszystkim cadyk, lekarz ludzi i zwierząt, uzdrowiciel-cudotwórca, mędrzec i święty, o którym „powiadano, że rozmawiał z Bogiem”. Służy modlitwą, radą i pomocą pielgrzymującym do niego z odległych miejsc Żydom i „uznającym go za swojego” miejscowym: prawosławnym, katolikom, starozakonnym, Rusinom, Polakom i Żydom bez różnicy.
 
Intrygująca, przedziwna, niepojęta dla okolicznego świata jest natura relacji tego człowieka z niebem i ziemią, Słońcem i przyrodą – pogodna, niewysilona, intymna. Wraz z chłopami, którzy wracają z końskiego jarmarku, podglądamy Barucha tarzającego się w puszystym (pierwszym tej zimy) śniegu i zaraz potem dostrzegamy, stojącego tuż obok ośnieżonej postaci cadyka, kruka. Obaj, człowiek i ptak, zastygają w intensywnym, osobliwie manicznym wzajemnym w siebie zapatrzeniu.
 
Za krukiem, który nawiedził Barucha, podążył orszak śmierci. Od bestialskich razów kłonic, drągów i buciorów, zadanych przez opłaconych policyjną poufną i prowokacyjną monetą okolicznych rzezimieszków, ginie cadyk, jego żona Doba i dwoje z pięciorga dzieci. Jeden z pogromowców ciska w konającego szyderstwem: „I co ci pomogło, żeś rozmawiał z Bogiem?!”. Wysoko nad obejściem Broków i Kurowem rozpościera się „martwy pułap nieba”.
 
Śmierć tragiczna jest zawsze „za coś” – w szerszym boskim i ponadjednostkowym planie, w kosmicznym rachunku istnienia, ocala jakiś porządek wartości. Za co jednak, w imię czego, tak niedorzecznie i bestialsko zamordowani zostają Baruch Brok i jego rodzina? Bezużytecznego cierpienia nie daje się usprawiedliwić.
 
Z pogromu ocaleli trzej synowie Barucha: najstarszy Jakub, Józef i, ledwie trzyletni Adam. Na życiowej drodze każdego z nich rozkładać się będzie, stanowiące wyrzut sumienia dla Boga i świata, truchło świętego człowieka. Stryj Abram da im dom i wykładać im będzie drapieżną naturę świata: „Sami musimy wydrzeć wszystko dla siebie. Przebić sobie drogę na tej małej przestrzeni, gdzie o wszystko trzeba walczyć z innymi”. Wkrótce, jeden po drugim, każdy na swój własny sposób, ocaleni pasierbowie wkroczą w ten, kończący się, „piękny, robaczywy świat” z pomocą stryja, bądź jemu na przekór.
 
Na kolejnych niemal sześciuset stronach powieści, tak w osobne, jak i splecione ze sobą ich losy wpisana zostanie przemożna i nieuleczalna fatalność. Ich pojęcia, projekty, emocje podporządkowane zostaną przez autora logice świata powołanego do życia założycielską śmiercią rodziców. Ta historia staje się częścią ich samych, ich zakleszczeniem i przeznaczeniem. Jest tym, czego nie można wybrać i przed czym nie sposób uciec, co naznacza, bierze we władanie, czyni dziedziców Barucha efemerydami w iście faulknerowskiej tragedii dziedziczności.
 
Człowiek „po Bogu”
Stryjem Abramem szarpie irracjonalne przecież, ale ciążące mu niczym młyński kamień u szyi, poczucie winy z powodu śmierci brata, „najlepszego człowieka, jakiego znał”. Usynawia bratanków, trwa w kawalerskim stanie, uczy ich tego, że „wielkie idee to maska, którą przywdziewają (ludzie – AM), żeby osłonić swoje prawdziwe oblicza”. Wykłada im zimną życiową rachubę i reguły mannerbundu – męskiej, odpornej na pokusy małżeńskiego życia, przyjaźni – aby potrafili uznać swój dom za „nieruchomy namiot” i we wrogim świecie zdolni byli „w każdym momencie ruszyć w drogę”. Nie będą jednak pielgrzymami a tułaczami – surowi dla siebie i bezwzględni dla innych, którzy „będą chcieli ich upokarzać”. Jedyne bowiem, co mogą, to „zapanować nad nimi, spowodować, aby się (…) bali”.
 
Na pogrzebie brata, Abram nie okazał bólu, nie chciał pocieszenia – cierpiał skrycie. Swą „męską rozpacz” (by użyć terminu Kierkegaarda z Choroby na śmierć) skrył za maską wzgardy i obojętności. Postanowił odrzucić, zniszczyć robaczywy świat, który – w jego mniemaniu – „stał” za haniebną śmiercią świętego człowieka, toteż uwikłał się w drapieżne i ciemne interesy z wszystkimi, którzy zamierzali go podpalić. Nie zdołał jednak ukryć się przed nimi, kiedy w obozie zwycięskiej, w istocie jak zawsze zdradzonej rewolucji, rozpoczął się czas wewnętrznych rozrachunków - zginął we wznieconym przez „nieznanych sprawców” pożarze swojej kamienicy.
 
Jest rok 2008. Niemiry, okolice Wyszkowa. Prawnuk Barucha, wnuk i imiennik jego syna, Adama, przyśni, a zaraz potem, już na jawie na ośnieżonej niemirskiej polanie, przeżyje podobne „śnieżne”tête-à-tête z krukiem. Jednak spojrzenia człowieka i ptaka tym razem się nie spotkają. Ptak, zwyczajnie niezainteresowany człowiekiem, odleci. Zrazu zaintrygowani, wytrąceni z linearnego rytmu osadzonych w doczesności zdarzeń przez mniemanego profetycznego posłańca, wkrótce gubimy się w domysłach, usiłując rozwikłać zagadkę mediacji bez wyrazu, wieszczby bez przesłania.
 
Symboliczna klamra, spinająca dzieje trzech pokoleń Broków nie zostaje przez autora powieści dopięta. Ale powtórzona i enigmatyczna obecność kruka, związane z nią zawieszenie konwencjonalnego porządku narracyjnego, odsłania – jak sądzę – paraboliczną, założeniową warstwę powieści. Tak rozumiany, Czas byłby więc metaforą dziejów XX-wiecznego człowieka „po Bogu”, epoki odczarowania świata, rozpętania historii, wstąpienia na tron Ziemi planetarnej techniki, ubóstwienia i zaraz potem urzeczowienia człowieka, a koniec końców ucieczki, odpoczynku od historii - tego, okaleczonego przez historię, człowieka - w „bajecznej przestrzeni konsumpcji i komfortu”.
 
Nie doczekamy się więc wtargnięcia na arenę historii sacrum. W świecie powołanym do życia przez Wildsteina, w świecie po mordzie na sprawiedliwym człowieku, po Wielkim Głodzie, gułagu i holocauście – nie ma miejsca na hiero- czy teofanię. Kołowrót czasu zostaje puszczony w ruch przez ziemskie, głębinowe, genealogiczne moce sprawcze.
 
Zmierzch teodycei
Stoimy bezradni w obliczu tragicznej opozycji między otchłannym, nigdy nie zadośćuczynionym, cierpieniem (takim jak cierpienie zamordowanych w Kurowie, Kołymie, Oświęcimiu, czy w Hiroszimie), którego nie jest w stanie usprawiedliwić żadna moralna racja – a teologicznymi rachunkami, ufundowanej na założeniu teodycei, Bożej ekonomii. Si deus, unde malum -si malum, unde deus?XX-wieczna historia okazuje się pułapką i dramatem nie tylko i nie przede wszystkim dla człowieka, ale osobliwie dla nieobecnego Boga.
 
Stawką w grze jest ludzkie wyobrażenie o naturze wszechświata pojętego, albo jako kosmiczny ład, albo jako chaos i absurd. Pod ciężarem historii zapadł się sam fundament wiary – ufność w opatrznościowy Boży porządek, w celowość i sens świata. Na tej ufności zbudowane były ludzkie wyobrażenia o regułach Opatrzności, o wyższym porządku rzeczy, które stanowiły o – jak to nazywa Czesław Miłosz – „wigorze religii”.
 
Kiedy wyobrażenia (wszech)mocy Boga w zbiorowym ludzkim doświadczeniu, w historii, nie udaje się pogodzić z jego miłosierdziem – po to, aby ratować jego dobroć, uwalniamy Boga od obowiązku czynnej obecności w świecie.
 
Za cenę zgodnego wysiłku teologii, filozofii i instytucji religijnych – to diagnoza Nietzschego i jego myślowych spadkobierców – zostaje utrzymana w świecie niepojęta (deus absconditus) obecność martwego Boga. Zło staje się „brakiem dobra”, niebytem, nicością, a deklarowany przez religijne dogmaty człowiek, ze swoją przyrodzoną skłonnością do zła, popada w stan ontologicznej niepewności i widmowości. Wkraczamy do krainy wydziedziczenia, domeny upiorów wyabstrahowanego intelektu.
 
Pojawia się nihilizm – udawanie, że nic się nie stało, zaprzeczanie, że istnieją jakiekolwiek problemy - a wraz z nim, pustka po doczesnej sakralnej śmierci Boga. Nihilizm – „najbardziej niepokojący z naszych gości” – wdziera się w świat jako akceptacja pozorów, „uznanie za wartość tego, co jest już bez-wartością”, życiowa szkoła rezygnacji i utraty ufności, widmowy świat ludzkich cieni, wypowiadających słowa, w które – jak powiada Miłosz – „nie wierzy serce”. Bóg znika ze świata jako „sankcja społecznego porządku, jako źródło i dawca sensu”. Nastąpiło – jak to ujmuje Odo Marquard – „unieważnienie Boga na zasadzie moralnej”. Bóg nie ma już nic do zaoferowania światu. Stwórcą i zbawicielem okazuje się zatem nie Bóg, ale człowiek.
 

Andrzej Maśnica (ur. 1962), politolog, publicysta, w latach 1990-2004 był członkiem redakcji „Stańczyka”. Publikował m.in. we „Wprost”, „Najwyższym Czasie!”, „Myśli Polskiej”, „Nowym Świecie”, „Tygodniku Powszechnym”, „Ładzie”, „Nowym Państwie”. Pracował na kierowniczych stanowiskach w administracji publicznej, m.in. był dyrektorem generalnym w MEN i dyrektorem Zespołu Prezydialnego w Biurze RPO. Obecnie mieszka w Warszawie. 

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Przed czytaniem przypadkowych omowien i recenzji,

proponuje siegnac do powiesci Wildsteina.

Czyta ja sie naprawde dobrze.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

baca.

#208014