Maśnica: Pomiędzy Bogiem, historią i Polską. Wokół „Czasu niedokonanego” Bronisława Wildsteina cz.3

Obrazek użytkownika Rzeczy Wspólne
Kultura

 Człowiek w świecie posthistorycznym

 
Człowiek jest istotą otwartą na świat, a zatem ekscentryczną. W sensie biologicznym „składa się z niedoborów, luk i ułomności”: jest „niegotowym (...), naznaczonym brakiem (...), opuszczonym przez instynkty (...) chaotykiem” – w jego sercu „czai się chaos”.
To szeroko rozumiana kultura, którą człowiek tworzy sam w swej historii, jego druga natura, „chroni człowieka przed samym sobą”. Kultura, ze swoimi dobroczynnymi instytucjami – tradycją, wzorami postępowania i kodeksami, obyczajami i siecią organizacji, chroni człowieka przed upadkiem w „stan fundamentalnej i konstytutywnej niepewności”, odciąża go od konieczności nieustannej mobilizacji, „permanentnego podejmowania zasadniczych rozstrzygnięć”. Kultura daje człowiekowi „oparcie, poczucie ciągłości i trwałości, pozwala orientować się w świecie, przewidywać i planować, współżyć i współpracować z innymi ludźmi, nadając jego życiu kierunek i kształt” – przypomina, za cytowanym wyżej Gehlenem, Tomasz Gabiś.
Rzecz w tym, że konstytutywna część ludzkiej działalności to nie tylko tworzenie kultury, ale i jej niszczenie: „Ruch w kierunku tego, co wielkie, wymagające, kategoryczne jest zawsze mozolny, ruch ku upadkowi zaczyna się natychmiast, gdy tylko mozół ustanie. Chaos jest naturalny, kosmos boski. I zawsze zagrożony”. Ze względu na gwałtowne przyśpieszenie tempa rozwoju, wskutek rozpętania planetarnej techniki z właściwą jej drapieżną organizacją rzeczywistości i akceleracją przemian, nowoczesny świat staje się areną postępującej atrofii użyteczności tradycji, ludzkiej wiedzy, wszelkiego urzędu nauczycielskiego, wyuczonych schematów i wzorów postępowania – masowy człowiek globalnej ery posthistorycznej zostaje nadmiernie i boleśnie obciążony.
Odpowiedzią na ten stan, po okresie tumultu historii, staje się indywidualna i zbiorowa konsumpcja, z jej quasi-religijnym kultem, globalną skalą i przełamującą bariery czasu i przestrzeni dynamiką. Prawomocną i stabilizującą człowieka regułą życia staje się – jak odnotowuje Peter Sloterdijk – zakaz wstrzemięźliwości, który unieważnia przed-globalny zakaz rozrzutności. Polem ekspansji i eksploatacji woli mocy jest odtąd ułatwiona, dostępna na wyciągnięcie ręki przyjemność kupowania.
Ten zasadniczy przełom ma janusowe oblicze: jako konsument, dzisiejszy człowiek uzyskuje praktycznie nieograniczone prawo do samorealizacji we współczesnych „bajecznych przestrzeniach komfortu”, wraz z obietnicą odpoczynku od historii, w – mówiąc kategoriami Sloterdijka – „kryształowym pałacu”. Tyle, że płaci za ten luksus normatywnego „wyeliminowania cierpienia” cenę wszechogarniającej kontroli nowoczesnych systemów władzy, doświadcza ich przemożnej siły pod postacią wszędobylskiej normalizacji i coraz szczelniejszej, umykającej regulacjom prawnym, kontroli zachowań. Giorgio Agambden utrzymuje nawet, że my – dzisiejsi ludzie – „jako gorliwi mieszkańcy Panoptykonu pilnujemy samych siebie”.
Obowiązującą życiową strategię człowieka posthistorycznego Sloterdijk nazywa nowoczesnym cynizmem, „oświeconą świadomością fałszywą”. Cynik ma świadomość rzeczywistej sytuacji, ale adoptuje się do obowiązujących reguł gry: „by przeżyć trzeba uczęszczać do szkoły adaptacji”. Istotą nowoczesnego cynizmu staje się skuteczne funkcjonowanie nade wszystko, a zgorzkniała i prywatna mądrość podlega dyktatowi panującego stanu rzeczy i kalkulacji szans, regułom efektywnego marszu po prestiż i dochód – możesz być, kim chcesz, pod warunkiem, że odniesiesz sukces. Taki stan rzeczy utwierdza także demokracja parlamentarna, którą Sloterdijk nazywa „rodzajem laboratorium, w którym hoduje się dominujący typ cynika” (z jego „umiejętnością agresywnej autoprezentacji”).
Wildstein ukazał posthistoryczny świat nowoczesnego cynizmu w końcowych partiach Czasu niedokonanego. Wielki bankiet w medialnym koncernie ABC, a na nim Monika Gai, znany nam już dobrze Michał „ojciec założyciel” Bogatyrowicz, Rojkowie – ojciec i syn, Jolanta Biesiada, biskup Korytko… Galeria pierwszych obywateli a „ostatnich ludzi”: apatyczni, wyzuci z autentycznych namiętności, skalkulowani, pogrążeni w hedonizmie, programowo nastawieni na komfort, przyjemność i użycie.
 
Pęknięta „trójosobowa jedność”
Oto Benedykt Brok, wnuk Barucha, który przez rok, w okupowanej Warszawie, ukrywa się w szafie i niemal co noc przez kolejne kilkadziesiąt lat przeżywa koszmar tamtego strachu – „uwięziony w swoim lęku”. I jego syn, Adam, który pragnie z kolei uwolnić się od „beznadziejnego fatalizmu przeszłości”, od spętania Polską, nie ze strachu, jak ojciec, ale po to, aby stworzyć siebie na nowo. I jeszcze Zuzanna, matka Adama, dziewczyna, a potem żona i na koniec opuszczona, samotna, wierna swoim życiowym wyborom oraz swoim zmarłym - kobieta, która nie chce zapominać i nie musi od niczego się uwalniać.
Benedykt wybiera socjologię i twórczość Maxa Webera, intryguje go etyka odpowiedzialności i myślenie o konsekwencjach niemieckiego socjologa. W trakcie pierwszej randki z przyszłą żoną, Benedykt opowiada jej o swojej fascynacji autorem Etyki protestanckiej i o „polityce jako domenie demonizmu”, świadom faktu, że „zapuszczanie się w dziedziny władzy, a więc przemocy, to wejście na diabelski teren”.
Politykę próbowano oswajać na cały szereg sposobów – żadne zaklęcia nie zmienią jednak jej natury. Furia polityki ma charakter władczy. Polityka chce władać, nie solidaryzować się, współczuć, czy kochać: co do istoty – dzieli, nie łączy; mimo pozorów nie daje się udomowić; jej żywiołem jest interesowność wobec świata, myślenie w kategoriach środków i celów, uprzedmiotowienie ludzi.
Benedykt, za sprawą Webera, ale i Schumpetera, a także swojego mentora prof. Kleina, przejrzał mroczne arcana władzy: zrozumiał, że wiara w możliwe cywilizowanie, familiarność i uprzejmość polityki, to dziedzina pium desiderium. Począwszy od lat 70-ych, pracując w „Republice”, zajmuje się – jak to ujął naczelny pisma – „powolnym budowaniem normalności”. Właściwy „Republice” ironiczny dystans pozwala Benedyktowi oswajać świat PRL-u, nieomal unieważniać jego niedogodności. Zuzanna, zaangażowana w działalność opozycyjną, twardo upiera się jednak, że redaktorzy pisma „sprzedają iluzję, że żyjemy w normalnym państwie (…), walczą o lepszą technologię wyrobu cegieł, z których budowana jest piramida absurdu!”. Benedykt świadom jest nieznośnej ambiwalencji, a niekiedy – jak w okresie stanu wojennego – także dwuznaczności swoich zaangażowań. Jego zawodowej i publicznej aktywności towarzyszy zatem stałe napięcie.
Trochę szkoda, że Wildstein, czyniąc Benedykta tajnym współpracownikiem SB (za przyczyną obezwładniającego go strachu), odebrał wiarygodność jego moralnym i intelektualnym racjom, unieważnił rzetelne i alternatywne dla mitu i strategii politycznej Solidarności lat 1980-81, odrębne myślenie o polityce polskiej w latach osiemdziesiątych (podobnie unieważnił racje Kleina, „podbijającego” Polskę na sowieckim czołgu).
Skądinąd, sam ten biologicznie, czy raczej psychosomatycznie, uwarunkowany strach znakomicie rozmywa, a czasem wręcz uchyla, prawomocność także pozostałych poglądów i decyzji Benedykta, „czyniąc go” swoją własną marionetką – za często stając się przyczyną, powodem, albo głównym motywem jego wyborów.
Jest także paradoksem, że syn Benedykta tak kategorycznie i radykalnie wadzi się z historią i polskością. Bowiem, jeżeli historia jest jedynie, jak sądzi Adam, „odegranym już spektaklem zastygłym w niezmiennym kształcie, którego nikt i w niczym nie potrafi zmienić”, to dlaczego uwiera mu Polska jako historyczna fatalność? Co z polskości, za poradą prof. Kleina, usiłuje w sobie przezwyciężyć?
Zuzanna jest postacią w książce bodaj najbardziej tragiczną. Porównano ją do Antygony (Maciej Urbanowski), ale ona jest przede wszystkim kimś w rodzaju współczesnej Elektry – upartą pamięcią. W końcowych partiach książki, widzimy ją samotną, upokorzoną, zapomnianą. Stopniowo, by użyć znakomitej formuły Wildsteina z jednej z jego poprzednich książek „ogranicza swoje ambicje. Potem zauważy, że umierają same”. Wobec fiaska swych solidarnościowych planów i nadziei, Zuzannie nie udaje się odnaleźć pocieszenia w „prywatnych obowiązkach” – za dużo w niej nostalgii.
Nie odnajdzie pocieszenia także w religii i w kościelnej obrzędowości: jej słabosilna religijność przybrała, od czasów Solidarności, obrzędowo-wspólnotowy, związkowo-wyznaniowy charakter. Brak jej jakiegokolwiek rysu żarliwości, tak naprawdę jej wiara „gasła po śmierci ojca, którą odebrała jak niezasłużoną karę”, a z czasem „ulatniała się z obszaru jej zainteresowań (…) Bóg oddalił się poza horyzont jej spraw”.
W ogóle, w powieściowym świecie Wildsteina religijność, rozumiana jako zasadnicza postawa egzystencjalna, żarliwe i uparte poszukiwanie Boga na własny rachunek, nie istnieje. Nie reprezentuje jej Kościół, którego prominentni hierarchowie, jak znany z „Dolinynicości”biskup Korytko, uwikłani są w system poufnej wymiany przysług z rodzimą plutokracją, albo uprawiają kult największego świętego polskiego Kościoła, nie bp. Wojciecha, Andrzeja Boboli, St. Kostki, czy M. Kolbego, i nawet nie Karola Wojtyły, ale – jak to celnie ujął Tomasz Terlikowski – „świętego spokoju”. Prawdopodobnie tym należy tłumaczyć aż nadto wymowną nieobecność Kościoła w powieściowym polskim krajobrazie.
 
Po tej stronie utopii
Wildstein, choć jego bohaterowie spierają się o Polskę także w roku 2008, a więc już pod rządami PO, nie pozwolił (poza drobną, nic nie znaczącą towarzyską aluzją wypowiedzianą na bankiecie w ABC) narratorowi i mieszkańcom swojego powieściowego świata wspominać o Czwartej RP, co przekreśliło możliwość realistycznego powieściowego opisu współczesnej Polski. W powieściowym świecie „Czasu”Czwarta RP nie istnieje, ani jako próba rozwiązania polskich problemów, ani jako problem.
Autor traktując ją per non est,nie daje swoim bohaterom (w szczególności Zuzannie) możliwości oceny jej dorobku, nie pokazuje możliwej realnej alternatywy dla klasy politycznej po-okrągłostołowej Polski. Trzecia RP pozostaje zatem w „Czasie niedokonanym”, podobnie jak wcześniej w „Dolinie nicości”,czy w „Przyszłości z ograniczoną odpowiedzialnością”, czymś w rodzaju kataklizmu, na który brak realnej odpowiedzi, dla którego brak rzeczywistej alternatywy. Bo trudno doprawdy uznać za takową liczne przykłady surrealizmu wykluczonych, w szczególności lirykę polityczną zamyślającą o reanimacji pierwszej Solidarności, przywołującą figurę „wiecznie żywego” mitu Solidarności (która już przy Okrągłym Stole wystąpiła wyłącznie jako swoja własna parodia: parawan dla realnej i wykalkulowanej przez umawiające się elity polityczności) i tym podobne retoryczne i moralne zaklęcia - ignorujące naturę polityki, postpeerelowski i stawiający opór oderwanym ideom charakter świata polskiego człowieka, a wreszcie kontrolowaną naturę polskiej transformacji jako zewnętrznej w istocie agendy (rezultatu zasadniczych zmian geopolitycznych), korzystającej z lokalnych ośrodków stabilizacji „rewolucyjnych” przemian (służby).
Pod wieloma względami inspirująca, dobrze skomponowana i niebywale ambitna, powieść autora Mistrza pozostaje w końcowej, współczesnej i polskiej, odsłonie raczej politycznym pamfletem niźli realistycznym i wielowymiarowym freskiem krajowego życia politycznego, towarzyskiego i uczuciowego. Autor udzielił głosu wykluczonym – toteż bez trudu dostrzegamy obosieczny charakter broni moralnego dyskredytowania ludzi szeroko pojętej elity władzy, widzimy jak ta strategia intelektualnie i moralnie rozbraja i unieważnia ludzi formułujących kategoryczne i etycznie radykalne diagnozy.
Mit Solidarności, jako założycielski mit Nowego Państwa, staje sięw ustach Zuzanny wyłącznie doskonale radykalną utopią relacji czysto etycznej. Jako taki stanowi próbę symbolicznego przezwyciężenia i zniesienia właściwych (polskiej) polityczności ograniczeń. Jego symbolizm kradnie rzeczywistości ontologię, czyniąc z niej pozór na płaszczyźnie intelektualnej i dyskursywnej, ale nie zdoła przecież uchylić oporu materii.
Chcemy tego, czy nie, to, co rzeczywiste trwa i nie znika tylko dlatego, że jest niedoskonałe albo niesprawiedliwe. Pamiętajmy, że – jak powiada Helmuth Plessner – „człowiek mieszka po tej stronie utopii”.
 
Bronisław Wildstein, Czas niedokonany, Zysk i S-ka Wydawnictwo, Warszawa 2011, ss. 592.
 
Andrzej Maśnica (ur. 1962), politolog, publicysta, w latach 1990-2004 był członkiem redakcji „Stańczyka”. Publikował m.in. we „Wprost”, „Najwyższym Czasie!”, „Myśli Polskiej”, „Nowym Świecie”, „Tygodniku Powszechnym”, „Ładzie”, „Nowym Państwie”. Pracował na kierowniczych stanowiskach w administracji publicznej, m.in. był dyrektorem generalnym w MEN i dyrektorem Zespołu Prezydialnego w Biurze RPO. Obecnie mieszka w Warszawie.
 
 
Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

daje możliwość oceny dorobku Zuzanny,tę oceną jest etyka,wiernośc zasadom,co z tego ,że niedoceniona,sympatia czytelnika jest po stronie Zuzanny.Takich Zuzann w naszej rzeczywistosci jest wiele,przegranych,ale wygranych moralnie,dlatego to są Antygony!

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#211178