Krasnodębski: Wielkie spełnienie, czyli postliberalizm po polsku cz.1

Obrazek użytkownika Rzeczy Wspólne
Kraj
Jako ideowa formacja polski liberalizm doznał zupełnego niemal uwiądu – w druku nie ukazuje się niemal nic godnego lektury i polemiki, nie pojawiła się żadna nowa idea, ograniczono się do straszenia PiS-em i propagandy prorządowej. Rozkwitł natomiast w praktyce, można rzec, że znalazł swoje spełnienie w Polsce Tuska, wreszcie zrealizował swoją istotę. Po pierwszej fazie, przyszedł w drugiej kadencji rządów PO czas, w którym można zinstytucjonalizować głębokie przemiany Polski dokonane w ostatnich latach
 
„Demokracja peryferii”, w której zajmowałem się szczególnym wariantem polskiego liberalizmu jako dominującą filozofią publiczną III RP, kończyła się stwierdzeniem, że liberalizm w jego polskiej, pookragłostołowej wersji wyczerpał swoje możliwości. Rzeczywiście wkrótce potem zaczęła się nowa epoka. Wzbierała niechęć do rządów Leszka Millera i SLD. Afera Rywina ostatecznie pogrążyła Millera, ale także bardzo nadwyrężyła reputację Adama Michnika, jednego z ojców założycieli III RP i głównych twórców „polskiego liberalizmu”.
Jednak potem zamiast koalicji dwóch partii, deklarujących konieczność radykalnej przebudowy III RP, nastąpił ostry konflikt trwający do dziś. Mimo to w latach 2005-2007 usiłowano realizować wiele z formułowanych wcześniej postulatów i budować IV RP.
 
Próba zmiany
Dzisiaj widzimy, że był to zupełnie wyjątkowy okres. Niektóre dokumenty z tamtego czasu czyta się dzisiaj jakby pochodziły z bardzo odległej epoki. W centrum władzy pojawili się nowi ludzie. Dotychczasowe pokomunistyczne i posolidarnościowe elity musiały chwilowo je opuścić. Zmieniła się polityka historyczna. Zamiast koncentrować się na polskich winach, zaczęto także pokazywać polską wielkość. Podjęto próbę uporania się z komunistyczną przeszłością, co znalazło wyraz w ustawie lustracyjnej, która po raz pierwszy miała objąć także środowiska dotąd nietknięte, jak sędziowie czy profesorowie uniwersyteccy. Odwołanie się do katolicyzmu jako zwornika polskiej tożsamości stało się czymś oczywistym.
Polityka zagraniczna stała się bardziej samodzielna. „Kicz” pojednania polsko-niemieckiego skończył się dość gwałtownie, a zaczęła ostra dyskusja o pamięci i historii, o systemie głosowania w Unii, o relacjach z Rosją i z USA. W negocjacjach traktatu lizbońskiego Polska była ważnym, trudnym partnerem, choć ostatecznie zaakceptowała kompromis. Niewątpliwie punktem kulminacyjnym nowej polityki zagranicznej była słynna wyprawa Lecha Kaczyńskiego do Tbilisi wraz z prezydentami Ukrainy, Litwy i Estonii oraz premierem Łotwy, by ratować Gruzję. Trudno sobie wyobrazić, że dzisiaj byłoby to możliwe. Polska nie byłaby już w stanie zebrać wokół siebie tylu sprzymierzeńców z regionu, nie mówiąc już o mobilizacji do tego rodzaju niebezpiecznej misji głów państw. No i prawdopodobnie nikt już z Unii Europejskiej nie pofatygowałby się do Moskwy, by powstrzymywać Rosję.
Pojawił się wówczas również wyjątkowy jak na III RP pluralizm w mediach. „Gazeta Wyborcza” straciła monopol ideotwórczy. Wydawany przez niemiecki koncern „Dziennik” rzucił jej bezpośrednie, choć krótkotrwałe, wyzwanie. „Rzeczpospolita” stała się najważniejszym opiniotwórczym dziennikiem konserwatywnym, „Wprost” tygodnikiem śmiało podejmującym istotne problemy polityczne. W telewizji publicznej pojawiły się zupełnie nowe twarze, a jej prezesem na krótko został Bronisław Wildstein, jeden z najwybitniejszych polskich intelektualistów, znany z niezależności poglądów.
 
Kontrrewolucja establishmentu
Wszystko to wywołało gwałtowną reakcję establishmentu. Pisano o zawłaszczaniu państwa, o skoku na media. Lustracja wywołała gwałtowny opór środowisk akademickich, gorliwie podsycany przez media. Krytykowana była polityka zagraniczna jako nieefektywna, konfliktowa, izolująca Polskę, antyeuropejska. Za granicą, szczególnie w Niemczech, Polska była przedstawiania jako kraj ogarnięty homofobią i nacjonalizmem.
Po 2007 – i tym bardziej po 2010 – okazało się, że nie idzie o rzekomo gwałcone zasady, lecz po prostu o władzę w rękach ludzi, którym wydaje się, że się im ona z naturalnych względów należy. Wkrótce nikt już nie pamiętał ani o potępianiu zawłaszczania państwa, ani o apolityczności służby cywilnej, ani o odpartyjnieniu mediów publicznych, na które znowu trzeba płacić abonament, ani o prawach opozycji, ani o szacunku dla urzędu prezydenta. Nastąpiła skuteczna kontrrewolucja establishmentu. Jego odłamy podzieliły się władzą, uznając hegemonię PO, która zręcznie rozdaje przywileje, pacyfikując potencjalnych krytyków i nagradzając pomocników – posypały się ordery i stanowiska. Nikt, najlichszy nawet zapiewajło, nie pozostał bez nagrody. Ukoronowaniem procesu restauracji jest powrót Leszka Millera do sejmu i na stanowisko przewodniczącego SLD, polityków Unii Demokratycznej do Pałacu Namiestnikowskiego, „Gazety Wyborczej” do dominacji na (kurczącym się co prawda) rynku prasowym oraz - w roli pioniera łączącego autostradami Polskę z Berlinem – Jana Kulczyka do orszaku prezydenta RP. W zasadzie brakuje już tylko Lwa Rywina na stanowisku prezesa telewizji. Ale on, nieszczęsny, zadarł przecież z „Agorą”.
 
Ideowy uwiąd w dobie postpolityki
Co zaś stało się z „polskim liberalizmem”? Jak zmieniło go to polityczne zwycięstwo – fakt, że do pełni władzy, potwierdzonej ponownym zwycięstwem w wyborach, doszła formacja, która kiedyś odwoływała się do liberalnej tradycji (choć w wersji gdańskiej, nie warszawsko-krakowskiej)? Otóż jako ideowa formacja polski liberalizm doznał zupełnego niemal uwiądu – w druku nie ukazuje się niemal nic godnego lektury i polemiki, nie pojawiła się żadna nowa idea, ograniczono się do straszenia PiS-em i propagandy prorządowej. Rozkwitł natomiast w praktyce, można rzec, że znalazł swoje spełnienie w Polsce Tuska, wreszcie zrealizował swoją istotę. Po pierwszej fazie – fazie ostrożnych, ewolucyjnych kroków – przyszedł w drugiej kadencji rządów PO czas, w którym można zinstytucjonalizować głębokie przemiany Polski dokonane w ostatnich latach – równie głębokie, jak te, które dokonały się w pierwszych latach „transformacji”, co dopiero teraz zaczyna docierać do świadomości szerszej rzeszy Polaków.
Charakterystyczna dla liberalizmu niechęć do polityczności została teraz doprowadzona do skrajności – w 2007 radośnie obwieszczono „postpolitykę”, a więc daleko idącą depolityzację Polaków. Miano już tylko administrować, a nie rządzić. Zaniknęło niemal zupełnie tak kiedyś częste odwoływanie się do społeczeństwa obywatelskiego, jednego ze sztandarowych pojęć polskiego liberalizmu. Obecnie wszelkie formy samoorganizacji społeczeństwa, poza charytatywnymi, postrzegane są jako zagrożenie dla władzy, jako zbędny kłopot utrudniający rządzenie, niepotrzebne zakłócenie procesu podejmowania decyzji. Polacy mają oddać głos w wyborach, potem co najwyżej mogą pertraktować z władzą jako poszczególne klientelistyczne grupy, najlepiej jednak by siedzieli przed telewizorem, przy grillu lub w pubie. Emocje polityczne zostały skanalizowane i sprowadzone do ekscytacji kolejnymi rozłamami w PiS i do oburzania się bulwersującymi słowami Jarosława Kaczyńskiego.
Polacy mają się cieszyć „ciepłą wodą w kranie”, „Polską w budowie”, „zieloną wyspą”, modernizacją i dobrobytem, pochwałami zagranicy, prezydencją i Jerzym Buzkiem. Dopiero teraz zaczęto straszyć ich kryzysem i poproszono o finansowe wsparcie Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Przy czym owa „modernizacja” nie była rozumiana jako budowa silnej gospodarki, konkurencyjnej wobec innych gospodarek europejskich, jako podstawa siły państwa, jako zbiorowe dokonanie, lecz głównie jako otwarcie możliwości indywidualnej konsumpcji, możliwej dzięki dotacjom europejskim. Inni w tym myśleniu nigdy nie są konkurentami, lecz tylko partnerami i darczyńcami. Coraz słabszym zapewnieniom o przywiązaniu do zasad wolnego rynku towarzyszy propagowanie poglądu, że głównym czynnikiem rozwoju Polski są fundusze Unii Europejskiej, co znalazło wyraz w ostatniej kampanii wyborczej, z jej głównym hasłem zapewnienia 300 miliardów złotych z kasy Unii. Ostatecznie „wolnorynkowość” sprowadza się do obrony interesów wielkich koncernów zachodnich działających na terenie Polski, interesów najbogatszych Polaków i interesów najbogatszych regionów Polski.
 

 

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

W. Kuczyński: Polsce życzę jak najgorzej
Były PZPRowiec, minister rządu Mazowieckiego, doradca premiera Buzka, członek UD, UW i PD, publicysta Gazety Wyborczej a nade wszystko… zwykła świnia.
Wczesnym popołudniem przeczytałem artykulik pt. "Życzę jak najgorzej" jaki na swoim bogu zamieścił Waldemar Kuczyński. Na zaprzysiężenie nowego premiera zareagował on wybuchem histerii i, co zwykle jej towarzyszy, obnażeniem prawdziwej natury targanego nią osobnika. Co napisał "autorytet" środowisk gazetowo-wyborczych? Jeden tylko cytat:

"Życzę porażek na wszystkich frontach, bo każde zwycięstwo tego Układu to porażka Polski i zagrożenie dla wolności. Życzę także porażek gospodarczych, choć za to płacą ludzie. Ale tylko one mogą wstrząsnąć bazą wyborczą tej wstecznej władzy i uniemożliwić dalsze hodowanie chwasta zwanego IV RP."

Ten jeden cytat, te słowa, w których prominentny przedstawiciel Salonu zawiera swoją wizję polityki wart jest więcej niż opasłe tomy opracowań mozolnie płodzonych przez politologów. Dla Kuczyńskiego Polska może być tylko "nasza" (UDecka, SLDowska). Jeśli rządy przejmuje inna opcja Polska zasługuje jedynie na najgorsze (o które Kuczyński niemal się modli). Nie sposób się oprzeć skojarzeniu z fanatyzmem nazistów – ich zdaniem Niemcy też miały być hitlerowskie albo miało ich nie być wcale. Poza życzeniami wszystkiego najgorszego dla Polski publicysta Wyborczej okrasił płód swego chorego umysłu licznymi fajerwerkami stylistycznymi, które gdyby wyszły spod klawiatury człowieka prawicy z miejsca okrzyknięte by zostały klasycznymi przykładami "mowy nienawiści" oraz podżeganiem do waśni na każdym możliwym tle.

Kuczyński szybko zrozumiał swój błąd: wrogie Polsce środowiska lewicowe oczywiście hołdują takiemu właśnie stosunkowi wobec naszej Ojczyzny (nie raz o tym pisałem) ale przyznać się do tego to już zupełnie inna sprawa. Dlatego Kuczyński (przytłoczony nawałnicą krytycznych, pełnych oburzenia komentarzy czytelników) ów wpis ze swego bloga usunął już po paru godzinach. Przeprosił. Nieszczerze jak sądzę, z czystego wyrachowania, by zatrzeć wrażenie jakie wywołała ta chwila słabości skutkująca opadnięciem maski noszonej przez ostatnie kilkanaście lat.

Czy zasługująca na potępienie wypowiedź Kuczyńskiego jest tylko wyrazem jego osobistej podłości? A może to postawa powszechna wśród ludzi naszej lewicy? Osobiście nie mam wątpliwości, że jednak to drugie. Mówiąc brutalnie: Kuczyński obesrał się tak spektakularnie ponieważ ma słabe nerwy – Kuczyńskiemu przestraszonemu zbliżającym się rozliczeniem afer oraz przetrąceniem kręgosłupa układowi, dzięki któremu żyło mu się w III RP jak w raju po prostu puściły zwieracze. Pozostali bonzowie Salonu są znacznie bardziej opanowani. Ale czy w codziennej praktyce nie działają dokładnie wg schematu zaprezentowanego przez taplającego się w tej chwili we własnych odchodach Kuczyńskiego?

Najpierw jestem SLDowcem, PDekiem, Judaszowcem z wiadomej gazety a dopiero w dalszej kolejności Polakiem (jeśli w ogóle) – oto credo ich działań. Prestiż Polski na międzynarodowej arenie? A kogo to obchodzi?! Plujmy na nasz kraj ile wlezie: na forum Parlamentu Europejskiego, we wrogich Polsce mediach, gdzie się da. Można wystąpić na konferencji, której celem jest dowiedzenie, że Polska to nowa III Rzesza? No to wystąpimy! Wrogie Polsce gazety publikują teksty obrażające Polaków? Kolportujmy te treści jak najszerzej, delektujmy się nimi, brońmy ich jak socjalizmu. Gospodarka nie chce się załamać? Pomożemy jej prowokacjami, nieodpowiedzialnymi wypowiedziami, proroctwami totalnego krachu. Szkodźmy, niszczmy, kłammy, obrażajmy, poniżajmy, szydźmy, obrzucajmy błotem… Polska musi być nasza. A jeśli nie będzie to ją utopimy w naszej plwocinie…

Czy taka postawa może dziwić? Tylko kogoś wyjątkowo naiwnego – w końcu dzisiejsi lewicowcy to w zdecydowanej większości potomkowie ludzi, których przywieziono do Polski w sowieckich czołgach. Niejeden z nich wychowywał się w domu, którego głową był dobrotliwy pułkownik UB lub Informacji Wojskowej. Dziś udają światowców, erudytów i zatroskanych stanem Ojczyzny mędrców. I tylko czasem któremuś puści zwieracz…

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#222811

Kuczynski nie jest swinia, jest zydem. Tak wiec nie ma sensu ta cala epopeja. Smutne ze wartosciowe jednostki wyjechaly z Polski w 1958 roku. Przymuszone przez komune. Pozostal najgorszy sort. Ktory by sobie nie dal sily na zachodzie. A jedynie moze pasozytowac na organizmie Państwa Polskiego. Degeneruja wszystko z czym sie stykaja. Obnizaja poziom i wartosc wszytkiego czego sie nie tkna. Narody ktore nie potrawia oczyscic swojego organizmu z tkanek zaatakowanych gangrena umiera.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

capitanemo

#222875

Jan Bogatko

Kuczyński, którego dobrze znam, nie jest żydem. Pochodzi z chłopskiej, polskiej rodziny. To zresztą, czy ktoś jest żydem, czy nie nie jest dla mnie argumentem w dyskusji. Jego argumenty zwalczam, bo jego linia szkodzi Polsce. Przyczepianie łatek narodowościowych obraża mój klasowy humanizm, że się tak wyrażę.

Pozdrawiam,

PS Wśród Polakw jest mnóstwo świń, kolaborantów najgorszego autoramentu. Nazywanie ich żydami tylko ośmiesza nas. Zydom to wisi.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Jan Bogatko

#222932

Jan Bogatko

Ten tekst każdy powinien nosić w portfelu i czytać w chwilach zwątpienia w słuszność walki przeciwko neostalinowcom. Dzisiejsza lewica postanowiła po zniszczeniu przez nią klasy robotniczej i uwłaszczeniu na wschodzie i jej (w mniejszym stopniu) ewolucji na zachodzie wybrać jako siłę nośną, na jakiej się opiera, społecznych i moralnych dewiantów. Stąd promocja mniejszości, co siłą rzeczy oznacza sprzeciw wobec demokracji, śmiech ze społeczeństwa obywatelskiego, czy próba jego zawłaszczenia (Niewymowny). Na zachodzie podkreślanie znaczenia woli większości określa się jako "populizm", co stanowi obelgę, aczkolwiek jest w gruncie rzeczy właściwym określeniem. W warunkach polskich oznacza to zgodę na co najmnej duchowy rozbiór Polski, który jest w toku. Widać to zwłaszcza w zastąpieniu dotacjami unijnymi własnego wysiłku (polityka podatkowa, oświata polityczna)na rzecz rozwoju.

Pozdrawiam,

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Jan Bogatko

#222940