The Krasnals: Przeciwko lewackiej ekstremie

Obrazek użytkownika Rzeczy Wspólne
Kultura
Kwestia skrajności w dzisiejszej sytuacji sztuki nie jest najważniejsza. Wręcz przeciwnie, chodzi raczej o niuanse, o niezauważalne przesuwanie granic tego co wolno, a czego nie wolno, tego co poprawne, a co nie. I raczej o to walczymy – o miejsce tej granicy, która wkracza coraz intensywniej na terytorium suwerenności sztuki. W tej sytuacji jesteśmy nielegalnymi buntownikami, rzecz jasna łamiącymi obowiązujące prawo danego zaborcy.
 
Z grupą The Krasnals rozmawia Piotr Trudnowski
 
The Krasnals –grupa artystyczna złożona z anonimowych członków. Jej działania, oparte na prowokacji, mają zwykle silny kontekst środowiskowy i społeczno-polityczny, wywołując tym skrajne oceny. Ze względu na podobieństwo do dzieł Wilhelma Sasnala wiosną 2008 ich obraz Untitled (Group of Monkeys with White Bananas), podpisany Whielki Krasnal, został wyceniony przez dom aukcyjny Christie’s na 70 000 funtów. Gdy zauważono pomyłkę, wycena została unieważniona. W listopadzie 2009 grupa została nominowana do „Paszportów Polityki”.Nieodłącznym składnikiem działalności The Krasnals są aukcje charytatywne dla dzieci. Działalność rozpoczęli od krytyki komercjalizacji sztuki i zjawiska wyceny prac opartej głównie o towarzyskie koneksje twórców i krytyków. W późniejszych pracach ostro atakowali uzależnienie działalności artystycznej części środowisk od państwowych grantów.
The Krasnals uczestniczyli w wystawie „Thymos. Sztuka gniewu 1900-2011”w toruńskim Centrum Sztuki Współczesnej. Kazimierz Piotrowski, kurator wystawy, został posądzony o manipulację pracami zaproszonych do wystawy artystów i wygłaszanie radykalnych poglądów politycznych m.in. poprzez sugerowanie możliwości zamachu w Smoleńsku. Część twórców wycofała swoje prace z wystawy. Ekspozycję w okrojonej formule oglądać można w CSW w Toruniu do końca stycznia.
 
Przy okazji kontrowersji wokół wystawy „Thymos”, dostrzegliście w niej szansę upadku stereotypu „kultury, gdzie zaflegmiona inteligencja pod sztandarami «Krytyki Politycznej»” obejmuje przewodnictwo nad resztą społeczeństwa, które wrzucono do wspólnego wora pod hasłem „ciemnogród”. Uważacie, że „Thymos” pokazała jakąś „inteligencję artystyczną” inną od tej, która dopuściła się, w obliczu medialnych kontrowersji, autocenzury?
 
– Nie mamy pojęcia, czy jest alternatywa i co ewentualnie ma do zaproponowania. Widzimy natomiast jasno i wyraźnie chorobę, której żaden lekarz rodzinny nie byłby w stanie przeoczyć. Jest kwestią bezdyskusyjną, że potrzeba na nią szczepionki. My jej nie mamy. Ale wiadomo jedno: dobra diagnoza jest połową sukcesu i to ona dopiero daje wytyczne, gdzie szukać lekarstwa. Mówiąc Gogolem,w rękach dobrego lekarza i woda staje się lekarstwem.
 
Jak zatem brzmi wasza diagnoza?
 
– Powiedzmy sobie szczerze, dziś demokracji w sztuce nie ma. Pewne osoby natomiast intensywnie eksploatują to hasło, w sposób fałszywy sprzedając swoim „wyborcom” czy „fanom” jako zasadę funkcjonowania własnego status quo. Wszyscy wiemy, że pewna wiodąca prym gazeta jest znakomitym podręcznikiem, jak pisać „niestronnicze” i „niemanipulujące” czytelnikiem teksty. Zadziwiające jest, jak wiele osób inteligentnych, z wyższym wykształceniem, traktuje ją bezdyskusyjnie jako obiektywne źródło informacji. Dlatego też często korzystamy z podanych tam wzorców w celu obrony własnego obiektywizmu. W sytuacji rządów ukrytej dyktatury i gry nie fair sztuka pozostaje zniewolona w ryzach poprawności ustalonej przez dane środowisko.
 
W polemice z jednym z recenzentów wystawy wytknęliście fałsz fetyszu wolności w środowisku artystycznym. Z drugiej strony, broniliście toruńskiej wystawy. Jakie jest właściwie wasze stanowisko w sprawie wolności artystycznej: uważacie ją za frazes, czy jesteście gotowi zaakceptować wszelkie radykalizmy?
 
– Jesteśmy, po pierwsze i najważniejsze, zarówno za równymi przywilejami, jak i równymi ograniczeniami dla wszystkich artystów. Niezależnie od tego, jakie one są. Niezależnie również od tego, jaka opcja polityczna jest u władzy. Przy oficjalnym uznaniu braków obiektywnych kryteriów w dziedzinie sztuki, uznawanie jednych artystów za lepszych, a drugich za gorszych, jest jawnym wykluczaniem.
Są oczywiście radykalizmy, których jako artyści w sztuce byśmy nie zaakceptowali. Ale rozmowa o radykalizmach jest innym tematem. Tu raczej chodzi o to, do czego może posunąć się artysta jako człowiek, za co jest w stanie wziąć odpowiedzialność, gdzie kończy się granica człowieczeństwa dla niego samego i dla odbiorców. Nie chcemy tutaj wchodzić w głębszą filozofię. Kwestia skrajności w dzisiejszej sytuacji sztuki nie jest najważniejsza. Wręcz przeciwnie, chodzi raczej o niuanse, o niezauważalne przesuwanie granic tego co wolno, a czego nie wolno, tego co poprawne, a co nie. I raczej o to walczymy – o miejsce tej granicy, która wkracza coraz intensywniej na terytorium suwerenności sztuki. W tej sytuacji jesteśmy nielegalnymi buntownikami, rzecz jasna łamiącymi obowiązujące prawo danego zaborcy.
 
Sądzicie, że jesteście wykluczani przez establishment artystyczny? Od początku swojej działalności go atakujecie...
 
– Paradoksalnie w obszarze sztuki, która głosi idee tolerancji, szerzą się dyskryminujące, pałające nienawiścią, krasnalofobiczne postawy.Doszło do dość absurdalnej sytuacji, gdzie coraz aktywniejsze ruchy konserwatywne stają się nadzieją dla polskiej kultury i dla Polski w ogóle.
 
Po „Thymosie”, również dzięki waszej autodefinicji jako „wsioków z ciemnogrodu”,nasiliły się głosy określające The Krasnals jako nieudolną, opartą jedynie na negacji, próbę tworzenia „sztuki prawicowej”...
 
– Nie odpowiada nam to, co proponuje lewacka ekstrema, która zdominowała całą przestrzeń publiczną. Abraham Lincoln powiedział kiedyś: „Można oszukiwać wielu ludzi jakiś czas, a niektórych ludzi cały czas, ale nie można oszukiwać cały czas Narodu”.
Tak się nie da. Być może dlatego odczuwamy jakby głód tego, co po przeciwnej stronie, np. stałych, konserwatywnych, uniwersalnych wartości. Nie chcemy jednak jednoznacznie się określać, pilnujemy przede wszystkim wolności twórczej, która jest warunkiem funkcjonowania sztuki. Etap negacji jest niezbędny, gdyż jest przede wszystkim najskuteczniejszy. Kiedy zadziała, będzie więcej miejsca na program pozytywny, ale aby zaistniał, trzeba mu zrobić choć trochę miejsca. Oskarżanie o nieudolność, gdy po stronie oskarżyciela stoi uzbrojona armia, a po stronie buntowników garstka zapaleńców, jest trochę nie na miejscu i świadczy raczej o dość żałośnie niskim poczuciu własnej wartości. Powiemy więcej: może świadczyć to o degeneracji i kompromitacji armii, której grozi rozlecenie się w pył, gdy taki intruz skutecznie podgryzie kluczowe fundamenty.
 
Wasza twórczość to głównie artystyczna publicystyka. Skąd taka formuła i czy zamierzacie pozostać jej wierni?
 
– Chodzi po prostu o dopuszczenie sztuki, która ukazuje inne punkty widzenia, aby widz miał opcję wyboru, ocenienia we własnym zakresie, wybrania tego co wartościowe, bez nachalnego narzucania jedynej słusznej opcji. Zobaczymy... Mamy strasznie dużo pomysłów i projektów pozytywnych, które czekają na realizację, ale na razie nie ma na nie czasu. Sytuacja wymaga innego działania. Ale mamy nadzieję że niedługo do tych tematów dojdziemy. To kolejny etap, który powinien być uwarunkowany tym pierwszym. Działamy w myśl zasady, że „kto nie był buntownikiem za młodu, ten będzie świnią na starość”.
 
 
W kraju, który nie potrafił rozliczyć się z komunizmem, finansowanie kultury zarówno w sposób komercyjny, jak i przez państwowy mecenat skutkować musi brataniem się artystów z postkolonialną elitą. Macie jakąś wizję tego, jak powinno się finansować kulturę, by artyści mogli tworzyć w sposób rzeczywiście niezależny?
 
– Mamy pewną wizję, być może utopijną, ale wyobraźmy sobie, że na jakiś czas – np. na kilka lat – przestajemy finansować sztukę współczesną w ogóle. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego przeznacza pieniądze tylko i wyłącznie na zachowanie dziedzictwa: głównie na muzea, z wykluczeniem rzecz jasna muzeów sztuki współczesnej. Za resztę funduje kosztowne operacje chorym dzieciom. Co wówczas dzieje się z całą śmietanką artystyczną? Jesteśmy przekonani, że momentalnie stopnieje i pozostanie po niej zaledwie biała tłusta plama, po jakimś czasie zaczynająca wydzielać nieprzyjemny zapach. Aktywni zostaną jedynie ci, którzy mają pasję, ci autentyczni, artyści z krwi i kości. Warto przeprowadzić taki eksperyment.
Zaczęliśmy Gogolem i Gogolem chętnie zakończymy: „nazwanie oszusta po imieniu to u nas niemalże zamach na państwo”. My wierzymy, że hochsztaplerzy wymrą.
 

Piotr Trudnowski (ur. 1989),redaktor „Rzeczy Wspólnych”, członek zespołu Fundacji Republikańskiej, student Uniwersytetu Warszawskiego. Publikował m.in. w miesięczniku „Stosunki Międzynarodowe”, „Rzeczpospolitej”, portalach Wirtualnej Polski i wPolityce.pl.   

Ocena wpisu: 
Brak głosów