"Wdowy smoleńskie" - informacja wydawcy i pierwszy fragment książki

Obrazek użytkownika Redakcja
Ogłoszenie
Pod patronatem m.in. niepoprawnych.pl nakładem Domu Wydawniczego Rafael ukazała się książka "Wdowy smoleńskie" Dariusza Walusiaka. Poniżej informacja wydawcy i pierwszy z fragmentów, które ukażą się na naszych łamach.
[quote]Nota wydawcy

10 kwietnia 2010 roku wielu Polakom świat się zawalił. Szczególnie dotyczy to rodzin ofiar, którym musiały wystarczyć oficjalne, często sprzeczne ze sobą informacje o przyczynach tragedii. Kilka osób, które straciło bliskich, podjęło walkę o prawdę...

Smoleńskie wdowy: Ewa Błasik, Beata Gosiewska, Ewa Kochanowska, Zuzanna Kurtyka i Magdalena Merta, domagając się prawdy, stały się sumieniem narodu.

Wdowy smoleńskie to opowieść kilku dzielnych kobiet, którym sumienie, poczucie przyzwoitości i honor nie pozwoliły milczeć. Pomimo bólu spowodowanego cierpieniem i przeżywania najtrudniejszych chwil swojego życia, mężnie stanęły do obrony pamięci i prawdy. Ich mężowie muszą być z nich dumni...

Dariusz Walusiak – historyk, dokumentalista, autor kilkudziesięciu filmów dotyczących najnowszej historii Polski. W latach 80. związany z podziemnymi strukturami NZS. Za tę działalność 19 marca 2010 roku odznaczony przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego krzyżem kawalerskim Polonia Restituta.[/quote]

Ksiązkę zamawiać można pod adresem:
http://rafael.pl/ksiazki/wdowy-smolenskie-11-7420

Dzis prezentujemy naszym czytelnikom fragmenty rozmowy z panią Ewą Błąsik, wdową po generale Andrzeju Błasiku.

Czy gen. Błasik miał dobry kontakt z wyższymi oficerami, którzy razem z nim lecieli wtedy do Katynia?

Oni wszyscy dobrze się znali i bardzo szanowali. Rozumieli się bez słów. Jak mieli gdzieś razem jechać, dzwonili do siebie. Umawiali się. Wspaniałym człowiekiem był szef sztabu generalnego gen. Franciszek Gągor. To był prawdziwy polski oficer.

Wcześniej doszło do innego nieszczęścia - katastrofy casy. Zginęli wyżsi oficerowie lotnictwa. Niektórzy z pewnością byli zaprzyjaźnieni z Pani mężem...

Andrzej do końca nie mógł uwierzyć, że winni tego nieszczęścia są piloci. Minister Obrony Narodowej, mówiąc o tym, powiedział o nonszalancji pilotów. Jak można stwierdzić coś takiego? Czy wiemy, co było przyczyną katastrofy?

Zginęli nasi przyjaciele. To w nas mocno uderzyło. Musieliśmy się nawzajem podnosić na duchu. Mąż musiał to wszystko jakoś ogarnąć i na zewnątrz pozostać twardy. Przeżył to jednak niesamowicie.

Jak oceniał tę katastrofę?

Piloci szkoleni byli w Hiszpanii, skąd pochodził samolot. Niestety, katastrofy zdarzają się w lotnictwie. Raport opracowany po wypadku zaskoczył go. Uważał, że mogły być inne przyczyny, niezbyt dobrze zbadane. Nie mógł w to uwierzyć.

Czy mąż Pani znał pilotów, którzy usiedli za sterami Tu-154 10 kwietnia 2010 roku?

Mój mąż miał tysiące ludzi pod sobą. Niezwykle cenił sobie prawdę i uczciwość. Musiał mieć zaufanie do swoich lotników. Podkreślał to na każdym kroku. Podstawą dla niego było bezpieczeństwo.

Znał dobrze kpt. Arkadiusza Protasiuka, dowódcę samolotu Tu-154. Niezmiernie go cenił za fachowość. Na początku roku nagrodził go za prawdziwy wyczyn, jakim był lot powrotny z Haiti, gdzie tupolew poleciał z misją humanitarną. W samolocie popsuł się wówczas autopilot i kpt Protasiuk przez wiele godzin ręcznie pilotował tupolewa do Warszawy. W środowisku lotniczym mówiono wtedy o mistrzowskim locie.

Rozmawiałam z pilotami 36. Specpułku, którzy latali z moim mężem. Są zbulwersowani tym, że grupka ludzi, chcąc bronić kpt. Protasiuka, nagadała bzdur dziennikarzom. Ktoś ich podkręca, żeby broniąc załogę, oskarżali mojego męża. To nie ma nic wspólnego z prawdą. Ani kpt Arkadiusz Protasiuk, ani mój mąż nie są winni tej tragedii.

W końcu prezydent Lech Kaczyński powierzył gen. Błasikowi dowodzenie siłami powietrznymi. Jak mąż przyjął to wyróżnienie?

Gdy wróciliśmy ze Stanów Zjednoczonych, minister Jerzy Szmajdziński i prezydent Aleksander Kwaśniewski 15 sierpnia 2005 roku awansowali mojego męża do stopnia generała. Dostał wtedy pierwszą generalską gwiazdkę. Powierzono mu jednocześnie stanowisko dowódcy brygady w Poznaniu.

W 2006 roku nowy minister Radosław Sikorski złożył propozycję mojemu mężowi, żeby został komendantem i rektorem Wyższej Oficerskiej Szkoły Sił Powietrznych w Dęblinie. Akurat byłam świadkiem telefonu od ministra Sikorskiego.

Mąż nie chciał się rozstać z Poznaniem, ze swoim ulubionym lotniskiem w Krzesinach.

W Dęblinie też się dobrze czuł. Miał lotnisko, samoloty pod nosem. Latał i zarządzał szkołą.

29 marca 2007 roku, w dniu moich urodzin, Andrzej został wezwany przez śp. ministra Aleksandra Strzygło do Ministerstwa Obrony Narodowej. Pan Minister powiedział, że chce mu powierzyć przejęcie dowodzenia nad siłami powietrznymi. Mąż świetnie sprawdzał się na wszystkich stanowiskach. Wiedzieliśmy, że wcześniej czy później powierzą mu tę odpowiedzialną funkcję.

Kiedy wrócił do domu po rozmowie z ministrem, opowiedział mi o wszystkim. Na koniec powiedział tak, jak zwykle mówił w takich sytuacjach: „No, nie odmówiłem”. Wiedział, jaka to jest odpowiedzialność.

Generał Brady podczas pogrzebu powiedział, że nie było dla nikogo zaskoczeniem powierzenie dowództwa nad siłami powietrznymi Polski gen. Andrzejowi Błasikowi. Mój mąż miał informację z Pentagonu, że NATO chciało go mieć w swoich strukturach na ważnych stanowiskach.

Generał Gągor miał odejść na wysokie stanowisko do Brukseli. Razem spędzaliśmy sylwestra i witaliśmy nowy 2010 rok. Generał Gągor powiedział do mojego męża: „Andrzeju, nie wyobrażam sobie, abyś w przyszłości nie zastąpił mnie na moim stanowisku”. Były takie plany.

Pani mąż uważany był za PiS-owskiego generała. Czy to mu nie przeszkadzało?

On nigdy nie utożsamiał się z żadną partią

Nie tylko o nim tak mówiono, także o śp. Admirale Andrzeju Karwecie, który też był mianowany przez prezydenta Kaczyńskiego na stanowisko dowódcy marynarki. To jest wielka głupota. Jak można tak mówić o generałach sił zbrojnych, którzy muszą być ponad podziałami? Traktowanie ich jak jakichś „żołnierzyków” jest uwłaczające i niepoważne.

A jak układała się współpraca gen. Błasika z ministrem Bogdanem Klichem?

Żołnierz służy ojczyźnie, a nie wdaje się w żadną politykę. Razem z mężem szanowaliśmy każdego wybranego demokratycznie prezydenta czy ministra. Dla nas byli to ludzie godni szacunku. Dziwi mnie teraz zachowanie ministra Klicha, który raz mówi, że po katastrofie casy chciał odwołać mojego męża, to znów temu zaprzecza.

Kiedy po katastrofie casy w 2008 roku napisano w gazetach, że chcą zdymisjonować mojego męża, rano zadzwonił minister Klich i zapewniał, że nawet przez myśl mu to nie przeszło. Byłam świadkiem tej rozmowy. A teraz, po śmierci męża, nie dość, że go nie broni, to jeszcze mówi, że chciał go odwoływać. Jestem bardzo ciekawa z jakiego powodu.

Pani mówi, że minister Klich nie broni gen. Błasika. Tymczasem minister twierdzi, że bronił go już na pogrzebie. Gdzie właściwie leży prawda?

Na pogrzebie mówił prawdę. Jak dobrze pamiętam, powiedział: „Jeżeli ktoś podniesie rękę na twój dorobek, to ja będę tego dorobku bronił”. Ale teraz nie wiem, dlaczego tego, o czym mówił, nie robi.

wkrótce na naszych łamach kolejne fragmenty książki.

W najbliższych dniach nakładem wydawnictwa ukaże się również kolejny film z cyklu "Kino niewygodne" - "Towarzysz generał rusza na wojnę" Grzegorza Brauna i Roberta Kaczmarka. Więcej informacji wkrótce.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Patronat zacny.

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0
#206014