[książka]"Partyzant wolnego słowa" Tomasza Sakiewicza

Obrazek użytkownika Redakcja
Kraj

Informacja od wydawnictwa M.: Partyzant wolnego słowa to zbiór prawie 70 sensacyjnych, przemyślanych i błyskotliwie napisanych haseł ukazujących kulisy polskiej i światowej polityki oraz wydarzeń historycznych.

Poznać Partyzanta wolnego słowa powinniście Państwo ze stu powodów, ale być może najciekawszy jest ten, kto i za jakie grzechy uporczywie ciąga Sakiewicza po sądach. Jego grzechy to patriotyzm, odwaga intelektualna, sprawność redaktorska, nieustępliwość w dążeniu do prawdy… Jan Pietrzak

Tomasza Sakiewicza nie trzeba przedstawiać. To człowiek instytucja. Trudno wyobrazić sobie bez niego współczesną Polskę. Tym bardziej warto poznać jego opinie na temat spraw, które uznaje za najważniejsze. Bronisław Wildstein

Gdyby Tomek Sakiewicz nie istniał, należałoby go wymyślić. Możliwe konwencje takiej kreacji są różne: western – jeden przeciw wszystkim i thriller (ze służbami i sądami w tle). Mnie najbardziej odpowiadałaby fantastyka – facet, któremu udaje się wszystko, czego się tknie (odwrotność obecnej władzy). Tyle że, kto by mi to wydał. Już słyszę potencjalnych recenzentów: nawet w s.f. powinno być jakieś prawdopodobieństwo. A poza tym najlepiej sprzedają się obcy, a Sakiewicz jest nasz! Dlatego z pełnym przekonaniem rekomenduję Partyzanta wolnego słowa wszystkim analfabetom politycznym. Marcin Wolski

TOMASZ SAKIEWICZ – dziennikarz, współtwórca i redaktor naczelny „Gazety Polskiej”, a od 2011 r. także „Gazety Polskiej Codziennie”. Jest pomysłodawcą grupy medialnej Strefa Wolnego Słowa, w której – oprócz kierowanych przez niego pism – znalazły się portal Niezalezna.pl, telewizja internetowa „Gazeta Polska VOD” oraz miesięcznik „Nowe Państwo”. Jest też współtwórcą Telewizji Republika.

fragmnent książki

Wstęp
Jest 2012 rok. Tomasz Sakiewicz spotyka się w swoim mieszkaniu z dwoma oficerami służb specjalnych. Mają dla niego informacje wielkiej wagi. Panowie ci czynią tajemnicze zabiegi mające uniemożliwić podsłuchanie rozmowy. Po przekazaniu poufnych rewelacji wychodzą, a Tomek jedzie do redakcji „Gazety Polskiej” na Filtrową, by zrobić z nich użytek.

Tymczasem do mieszkania przychodzi sprzątaczka, która ma ogrom pracy z racji na pomysłowość małych bliźniaków Sakiewiczów. Nagle dzwoni domofon. Stalowy, męski głos. Mężczyzna informuje sprzątaczkę, że musi natychmiast wejść do domu i zabrać telefon komórkowy z... lodówki.

Zaprzyjaźniona z rodziną sprzątaczka uznaje, że to jakiś żart. Ale mężczyzna w garniturze tłumaczy jej, że jest całkiem zrównoważony, a sprawa jest wielkiej wagi, więc musi go wpuścić. W końcu pada argument: – Pani nie wie, dla kogo pani pracuje?! – Wiem.

– To powinna pani wiedzieć, że jeśli chce się z redaktorem porozmawiać bez ryzyka podsłuchu, chowa się telefon do lodówki. Sprzątaczka przeszukuje lodówkę, ale telefonu ani widu, ani słychu. Podejrzliwie patrzy na agenta – jednak świr? W końcu – jest! – wyjmuje z zamrażalnika podłużny przedmiot przypominający
kształtem telefon. A nie, to zamarznięta wątróbka. Jak się potem okazuje, czujny redaktor wyciągnął wcześniej z lodówki wychłodzony telefon i zabrał go ze sobą do redakcji.

„Pani nie wie, dla kogo pani pracuje?!” – to pytanie nieco roztrzepanego agenta służb specjalnych stało się inspiracją dla niniejszej książki, wydanej na 20-lecie „Gazety Polskiej”. Ma ona charakter „alfabetu” – to znana forma, która pozwala w nienużący sposób pokazać podejście autora do ludzi i spraw, którymi żyje.

Jakie to sprawy i jacy ludzie? Przestrachowi owego agenta od lodówki trudno się dziwić: wszak miał do czynienia z osobą, która w prokuraturze bywa regularnie raz na parę tygodni, a w sądzie przynajmniej raz na tydzień. Zdarzało się, że na jeden termin Tomek dostawał trzy wezwania – do prokuratury, sądu i ABW... „Wróg ludu” – to tytuł rubryki z jego felietonami w „Gazecie Polskiej”.

Jakiś czas temu pojawił się ze strony wyleniałych weteranów dziennikarstwa PRL pomysł, by ograniczyć dostęp do zawodu dziennikarza. Musiałby takowy mieć odpowiednią szkołę i licencję... Jaką szkołę dziennikarską ukończył Tomasz Sakiewicz? Najbardziej ekskluzywną z możliwych! Tę samą, do której w polskiej
historii uczęszczało szereg znakomitości. Opowiada o tym w swym alfabecie pod hasłem „Wolne media”. To było zaraz po wybuchu stanu wojennego: „Pierwsze, co zaczęliśmy wówczas robić z kolegami, to próba wydawania własnych, amatorskich pisemek, przedruk ulotek, pisanie po ścianach haseł antykomunistycznych”.
„Świat jest szary i ponury, masz pomysły? Maluj mury !” – brzmiało hasło z tamtych lat. Do pierwszego poważniejszego wydawnictwa podziemnego Tomek pisać zaczął, nie mając skończonych osiemnastu lat. Później został zadymiarzem z NZS.

Jestem przekonany, że to najlepsza akademia, jaka mogła się przytrafić komuś, kto dziś wydaje niezależne, niepodległościowe gazety w postkomunistycznej III RP. Będące wolną wysepką na morzu odmóżdżającego badziewia.

Absolwent najlepszej zachodniej uczelni nie poradziłby sobie z tym zadaniem w postkomunistycznym kraju, gdzie bank przyznając kredyt, kieruje się zdecydowanie bardziej politycznym ryzykiem, niż kalkulacjami ekonomicznymi; gdzie reklamodawcę mogą łatwo zastraszyć; gdzie aparat urzędniczy pochodzi w większości z czasów komunistycznej okupacji. Szybko uznałby zadanie za niewykonalne.

Niewykonalne? Kto zna polską historię, tylko się uśmiechnie. Myśmy przywykli – niepodległe polskie gazety ukazywały się w warunkach, przy których wydawanie ich w III RP to warunki wręcz cieplarniane. W podziemiu, gdy groziła za to śmierć lub więzienie. Pośród sowieckich mrozów albo na irackiej pustyni, gdzie los rzucał żołnierzy Andersa. Na emigracji, gdzie pracujący fizycznie polscy inteligenci niedojadali, ale wspierali wolne polskie słowo. Cóż, problemy to zgoła egzotyczne dla różnych
Szczęsnych-Potockich, Branickich, Rzewuskich, Passentów, Urbanów, Olejnik, Lisów, Durczoków i kolaborantów wszystkich czasów...

Stworzyć z niczego trwałą instytucję – to historia pojawiająca się w amerykańskich filmach jako opowieść o amerykańskim śnie w różnych wariantach. Zrealizować taki amerykański sen w postkomunistycznym kraju, gdzie rzeczywistość skrzeczy, a całe instytucjonalne i biznesowe otoczenie jest wrogie – to coś dużo trudniejszego niż kariera takiego czy innego ichniego Blake’a Carringtona. „Gazecie Polskiej” się udało. Od 2005 pod dowództwem Tomasza Sakiewicza.

„Gdy Marilyn Monroe została gwiazdą, do Hollywood zgłaszało się wiele kobiet, które mówiły, że są jak ona. Ale Marilyn Monroe była tylko jedna” – powiedział Tomek na Gali z okazji 20-lecia „GP”. Dziś „GP” ma wielu naśladowców, którzy chętnie przychodzą na gotowe, tworząc media o podobnym profilu i dziwnym trafem mając o wiele większe pieniądze. „Gazeta Polska” o tematach takich jak Żołnierze Wyklęci, lustracja, rodowody medialnych oligarchów, uwłaszczenie bezpieki, sprawa płk. Ryszarda Kuklińskiego, zachodnie artykuły o polskich obozach koncentracyjnych pisała, gdy było to skrajnym oszołomstwem. „Wszyscy” zaczynali pisać o nich ze średnio 10-letnim poślizgiem.

Kiedy za czasów prezesury Bronisława Wildsteina program Tomka „Pod prasą” ukazywał się T VP (nie oglądałem, gdyż w weekendy o 8.15 zwykłem spać), co bardziej obrotni pracownicy publicznej telewizji przychodzili do niego i zapewniali, jak bardzo kochają „Gazetę Polską”. „Czytamy ją codziennie” – oświadczył jeden z nich. Rzecz w tym, że „GP” wychodziła wówczas co tydzień. A ów pracownik może być uznany za proroka – „Gazeta Polska Codziennie” zaczęła ukazywać się kilka
lat później. A kiedy zniknął program „Pod prasą” z anteny TVP? Przypadkiem była to data 9 kwietnia 2010.

Ale z „Gazety Polskiej” Tomka usunąć się nie udało. Mimo licznych prób. Nie wiem, jaka byłaby Polska, gdy nie postawa osamotnionych mediów Strefy Wolnego Słowa po Smoleńsku. Kiedy o prawdę walczyliśmy tak naprawdę sami. Nawet nie próbuję sobie tego wyobrażać. Że mogłoby być jeszcze gorzej.

W „Gazecie Polskiej” nie ma cenzury. Jestem pewien, że nie ma w Polsce drugiego medium, w którym moja pijacko-wariacka rubryka „Zyziu na koniu Hyziu” mogłaby się ukazywać w takiej postaci. Najfajniej jest obserwować, jak pojawiającym się u nas młodym dziennikarzom, a także tym, którzy wcześniej pracowali
w ostrożniejszych mediach, udziela się nasze oszołomstwo. Na początku piszą ostrożnie, potem rozsmakowują się w wolności. W tym, że u nas pisze się to, co się myśli. A nie zastanawia się, czy wrogowie będą nas poważnie traktować, zaproszą do swoich telewizji.

Dlaczego Sakiewiczowi wbrew wszystkiemu się udaje? Kto zna Tomka trochę czasu, odnosi czasem wrażenie, że Sakiewiczów jest dwóch. Pierwszy to autor dwóch zbiorków bajek dla dzieci, pisanych dla swoich córek Marysi i Alicji, pełnych ciepła wierszy z filozoficzną puentą, opublikowanych niegdyś w tomiku „Flaki z Nietoperza”, osobnik od lat oblewający egzaminy na prawo jazdy, denerwujący rozmówców faktem, że nie zawsze słyszy, co się do niego mówi, niekiedy zbyt ufny, aż sprowadzać
muszą go na ziemię redakcyjne koleżanki (uwaga dla autorów profili osobowościowych w wiadomych służbach, ten opis to dla was niezła gratka).

Ale jest też ten drugi – niezwykle przebiegły psycholog i twardy gracz, który walcząc o „Gazetę Polską”, nie dawał okpić się typkom, którzy zdawali się mieć wszystkie atuty w ręku: i nieporównywalnie większe pieniądze, i doświadczenie w podobnych rozgrywkach, i poparcie władzy oraz mediów.

Na koniec tego przydługiego wstępu jeszcze jedna anegdota. Jest rok 1995. W Pałacyku Sobańskich przy Alejach Ujazdowskich mieszczą się sztaby dwóch kandydatów na prezydenta – Jana Olszewskiego i Lecha Wałęsy. Trwa spór własnościowy dotyczący pałacyku. Pewnej nocy ochroniarze Wałęsy wpadają do sztabu Olszewskiego
i demolują go pod pretekstem... remontu, do którego – jak twierdzą – mają prawo. Młody, wysportowany, brodaty reporter Tomasz Sakiewicz pokonuje 2,5-metrowy płot, wbiega na teren pałacyku i robi zdjęcia zdemolowanego sztabu. Dochodzi do szarpaniny z ochroniarzami, w której traci aparat fotograficzny. Dzielnie broni go redakcyjna koleżanka Kaja Bogomilska.

Ochroniarze urzędującego prezydenta są bardzo butni i pewni, że im wszystko wolno. Wzywają policję. Ta przyjeżdża i natyka się na Tomka. Ten błyskawicznie przejmuje inicjatywę i mówi: – Dzwoniłem po was, dziękuję, że jesteście. Łapcie tych bandytów, co zdemolowali sztab kandydata na prezydenta!

Policjanci głupieją i nie wiedzą, komu wierzyć. Ten, którego mieli zamknąć, jest grzeczny i kulturalny. A ochroniarze Wałęsy – ordynarni. Grożą policjantom „Mietkiem Wachowskim”. W pewnym momencie jeden z nich, zdenerwowany niezdecydowaniem policjanta, krzyczy do niego: „Sp...j! ”.

Tego dowódca akcji ma dość. Za chwilę na miejsce wjeżdża osiem radiowozów, z których wypada grupa interwencyjna w kominiarkach, która wywozi ochronę prezydenta... na dołek. Wypuszczają ją dopiero następnego dnia. Ta historia wiele mówi o Tomku i jego umiejętności wygrywania z nieporównywalnie silniejszymi przeciwnikami. (...)

Spis treści

WSTĘP
ABORCJA
AUTORYTETY
CHINY
DEMOKRACJA
DESKUR ANDRZEJ, KARDYNAŁ
DOROTA KANIA
DZIECI
DZIENNIKARSTWO
GARGAS ANITA
GAZETA POLSKA
GAZETA WYBORCZA
GAZPROM
GÓJSKA"HEJKE KATARZYNA
HISTORIA
JARUZELSKI WOJCIECH
KACZYŃSKI JAROSŁAW
KACZYŃSKI LECH
KAPITALIZM
KLUBY GAZETY POLSKIEJ
KOBIETY
KOMOROWSKI BRONISŁAW
KOMUNIZM
KONSERWATYZM
KWIECIŃSKI JACEK
KWITY NA KWAŚNIEWSKIEGO
LEPPER ANDRZEJ
LICHOCKA JOANNA
LISIEWICZ PIOTR
LUSTRACJA
MACIEREWICZ ANTONI
MICHNIK ADAM
NATO
NIEMCY
NIEPODLEGŁOŚĆ
NIERUCHOMOŚCI ROSYJSKIE
OKRĄGŁY STÓŁ
PAŃSTWO
PIEKARCZYK PAWEŁ
PIETRZAK JAN
POLITYKA
POSPIESZALSKI JAN
PRAWICA
PRZYSZŁOŚĆ
PUTIN
REWOLUCJA
ROSJA
RUROCIĄG JAMALSKI
RYBIŃSKI MACIEJ
RYDZYK TADEUSZ
SAKIEWICZ DAGNY Z DOMU GITIS
SIKORSKI RADOSŁAW
SMOLEŃSK
SOCJALIZM
SOLIDARNOŚĆ
STANKIEWICZ EWA
STAN WOJENNY
STANY ZJEDNOCZONE
TUSK DONALD
UNIA EUROPEJSKA
URBAN JERZY
WAŁĘSA LECH
WIELGUS STANISŁAW
WILDSTEINOWIE
WOJSKOWE SŁUŻBY INFORMACYJNE
WOLNE MEDIA
WOLSKI MARCIN
WRÓG LUDU
ZIEMKIEWICZ RAFAŁ
ŻYDZI

http://www.wydm.pl/p/1010/partyzant-wolnego-s%C5%82owa

Ed. hour SG

Ocena wpisu: 
Brak głosów