Euro na poważnie

Obrazek użytkownika tonymld
Świat

Po wizycie Donalda w Brukselce dowiedzieliśmy się od Pana Schultza, iż nasz premier chciałby wprowadzić wspólną walutę już w 2015 roku, czemu dość szybko zaprzeczył nasz kreatywny księgowy, dla znajomych Vincent. W niniejszym wpisie zechcę przedstawić kilka uwag dotyczących wspólnej waluty.

1. Zobowiązania traktatowe

Zgodnie z dotychczasowymi traktatami, podpisując dwa traktaty członkowskie (jeden EU a drugi o Funkcjonowaniu EU), nasz kraj zobowiązał się do zamiany waluty narodowej na euro w bliżej nieokreślonym terminie. Z tego względu z jednej strony należy myśleć o euro, jako wspólnej walucie, jednak niekoniecznie już od razu. Mimo wszystko uważam to za dobre rozwiązanie, ponieważ mając na uwadze nasz interes narodowy, warto wejść do strefy w momencie dla nas odpowiednim a także, gdy gospodarczo będziemy do tego gotowi.

2. Rzeczywistość

Gdy wchodził w życie Traktat Lizboński wbijano nam do głowy, niczym prostakom, którzy nic nie wiedzą i nie mają prawa o niczym decydować, iż Lizbona rozwiąże wszystkie problemy, sprawi, że Unia będzie gotowa na nowe rozszerzenia jak i staniemy się wraz z EU wielką wspólnotą, liczącą się w świecie - większa ludność o ok. 1,5 razy niż USA, powinno zaowocować większym wpływem na bieg wydarzeń na świecie.

Jednak rzeczywistość kryzysowa okazała się bardzo otrzeźwiająca dla wszystkich. Z jednej strony strefa euro to twór sztuczny i niejednolity gospodarczo, co jeszcze bardziej zwiększa wewnętrzne różnice. Z drugiej strony istnieją kraje, na których działalność przymykano oko w czasie prosperity, tzw. PIIGS, które teraz mają poważne problemy i nawet dotychczasowe "Wunderwaffe" na wszystkie problemy (Lizbona) okazało się nieskuteczne.

Stąd szybko realna polityka, zamiast czczych wspólnych wizji, wzięła sprawy w swoje ręce i małżeństwo Merkozy zostało zawarte. Pan van Rompuy (z całym szacunkiem dla jego osoby), odgrywa rolę mopa, który piękna Angela wraz z kurduplowatym Nicolasem ciągle ustawiają, wedle interesów Berlina i Paryża. I właśnie ta realistyczna perspektywa powinna wskazać pozostałym elitom w Europie, że jednak państwa narodowe (czy tam członkowskie) mają i będą mieć ciągle decydującą rolę, ponieważ to one płacą za ten cyrk, a nie mityczna unia.

Państwa z grupy PIIGS niekoniecznie z własnej winy znalazły się w tej sytuacji. Chociażby Grecja, która decyzją polityczną została przyjęta do pierwotnej dwunastki, szczycącej się wspólną walutą. W wielu wypadkach okazało się to gwoździem do trumny dla takich gospodarek (kraje południa). Oczywiście błędy własne też były, ale pod przyzwoleniem głównych graczy, którzy teraz pokazują innym miejsce w szeregu. Brak stosownych reform odbił się także wielką czkawką i będzie o wiele więcej kosztował, gdyby się na te same reformy wcześniej zdecydowano.

3. Przyszłość

Ekonomistą nie jestem, ale wydaje się oczywistym, iż nasze przystąpienie do wspólnej waluty powinno nastąpić dopiero w momencie, gdy sytuacja PIIGSów się wyklaruje - ciekawe rozwiązanie proponuje prof. Rybiński (ostatni wywiad w Fakcie). Jednak jest to mało prawdopodobne. Inna sprawa, że rynek bankowy i finansowy to naczynia połączone. Co by takich Niemców czy Francuzów obchodziła jakaś tam Grecja, gdyby nie fakt, iż ich banki i inne instytucje prowadziły tam działalność? Wiec nie chodzi tu o solidaryzowanie się z kimkolwiek, tylko o obronę własnych (narodowych) banków!

Dlatego wydaje się oczywistym, że dopiero, gdy "rodzime" instytucje zostaną zabezpieczone, PIIGSy będą mogły upaść. Ograniczenie strefy euro wydaje się realną perspektywą, gdy już operacje zostaną przeprowadzone. Wtedy także wspomniane kraje, będą miały szansę odzyskać konkurencyjność i będą mogli zacząć spłacać długi, wiadomo, komu.

Kraje niebędące w strefie mogą się na razie tylko przyglądać, co okazało się nadzwyczaj widoczne w potraktowaniu Tuska przez stronę francuską. Akurat chęć obserwacji sytuacji nie powinna dziwić, gdy kraj jest zobowiązany do przystąpienia do strefy euro. Nie wiem tylko, czy cena nie jest zbyt wysoka, bo obecny kryzys to worek bez dna.

4. Polska perspektywa

Określanie w tym momencie jakiejkolwiek daty jest największą głupotą. Przede wszystkim powinniśmy wykorzystać możliwość manipulacji własną walutą, aby np. zniwelować wzrost cen ropy. Poza tym, wiadome jest, iż jest przed nami wiele reform, które należy przeprowadzić, póki sami w znacznym stopniu możemy decydować o własnym budżecie. Członkostwo czy chociażby 'wąż walutowy' znacznie ograniczają pole manewru.

Tym bardziej głupio by było pędzić do euro, którego przyszłość nie jest już taka pewna. Także warunki życia w kraju, powinny skłonić polityków, abyśmy przede wszystkim zadbali o poziom życia ludności. A jeśli chodzi o jednolity rynek, to raczej oni nas potrzebowali, aniżeli my ich. Trzeba być samolubnym, ale paradoksalnie to wyjdzie i nam i unii na dobre. Po co im przyjmować kolejnego słabeusza (w sensie stabilności finansowej)?

Stąd dziwi ślepy pęd ku nieznanemu naszego Donalda. Może chciał, aby znowu go ktoś poklepał po ramieniu?

5. Facit

Póki sytuacja się nie wyklaruje, nie należy się spieszyć do euro, ale warto się przyglądać. Przede wszystkim reformy są potrzebne, aby Polska gospodarka po przyjęciu wspólnej waluty nadal pozostałą konkurencyjna. Następna sprawa to demografia - polityka rodzinna powinna być istotnym elementem, gdyż bez tego żaden kraj nie jest w stanie normalnie funkcjonować, dlatego konieczne będzie polepszenie warunków życia, uproszczenie procedur jak i ogólna zmiana myślenia o państwie i filozofii jego funkcjonowania. A to chyba okaże się najtrudniejsze! Długi Polski rosną, samorządy nie radzą sobie (ograniczanie oświaty) a obecna ekipa nie robi nic, poza zwykłym administrowaniem!

Polska ma duży potencjał, nie tylko, jeśli chodzi o obszar naszego kraju czy liczbę ludności. Polacy nie raz pokazali, że potrafią sobie poradzić w najtrudniejszych warunkach. To, czemu nie zapewnić im lepszych warunków tutaj? Czyżby komuś nie zależało na tym, aby żyło się nam wszystkim (a nie tylko wybranym) lepiej? A może o to właśnie chodzi. Bo jak wytłumaczyć cztery lata rządów, bez wielu pozytywnych skutków. Gdzie obiecany cud gospodarczy i reformy?

Szafowanie jakimiś datami to oznaka pychy politycznej oraz kompletnego wyobcowania od rzeczywistości. Sama unia niczego za nas nie zrobi. To my musimy chcieć i zmieniać. A do tego potrzeba wizji, której najwidoczniej brakuje. I to jest w tym wszystkim najbardziej przykre, że rządzi nami ktoś, kto nie ma pomysłu na Polskę i rządzenie nią.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Ostatnie zdanie znakomicie podsumowuje całość. Brak wizji, pomysłów i ten męczący PR. Moze Tusk byłby dobry jako sprzedawca proszku do prania albo płynu do czyszczenia kibla, bo instrumenty którymi się posluguje znakomicie sprawdzają się w handlu. Do polityki trzeba jednak czegoś więcej, zwłaszcza jeżeli odpowiada się za 38 mln naród. ps. taki żart http://77400.pl/index.php/99-humor/1718-baczek-premiera

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

zlotowianin

#221268

[quote=zlotowianin]Ostatnie zdanie znakomicie podsumowuje całość. Brak wizji, pomysłów i ten męczący PR. Moze Tusk byłby dobry jako sprzedawca proszku do prania albo płynu do czyszczenia kibla, bo instrumenty którymi się posluguje znakomicie sprawdzają się w handlu. Do polityki trzeba jednak czegoś więcej, zwłaszcza jeżeli odpowiada się za 38 mln naród. ps. taki żart http://77400.pl/index.php/99-humor/1718-baczek-premiera[/quote]

Chyba warto od czasu do czasu ujac to zartem, bo jak tak mysle na powaznie to az sie boje o nasza przyszlosc. Swoja droga calkiem bardzo udana wizja no i zatry w komentach tez spoko.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#221418