Zwiększenie deficytu – błąd czy recepta na kryzys?

Obrazek użytkownika Filip_Stankiewicz
Gospodarka

W ostatnich dniach rozgorzała w Polsce dyskusja dotycząca zasadności zwiększenia deficytu. Rząd uważa to za szkodliwe tymczasem rzeczywistość nie jest tak jednoznaczna. Wszystko zależy od tego jak pożyczone pieniądze zostałyby wykorzystane.

Jednym z celów na który bez wątpienia warto pożyczyć pieniądze są środki na wkład własny do inwestycji dofinansowanych przez Unię Europejską. Warunkiem tego jest przyspieszenie opracowywania projektów, obecnie tempo prac jest bardzo słabe i rośnie ryzyko niewykorzystania dużej części tych funduszy. Biorąc pod uwagę, że dopłata z budżetu wynosić może nawet jedynie 15-20% wartości inwestycji, w praktyce deficyt w okresie kilku lat może ulec zmniejszeniu pomimo pierwotnego zwiększenia zadłużenia. Jak to możliwe? Otóż trzeba wziąć pod uwagę, że w Polsce jest niestety bardzo wysoki poziom opodatkowania. Firmy wykonujące w przyszłości dofinansowane inwestycje oraz ich pracownicy zapłaciliby podatki dochodowe oraz podatki pośrednie VAT i akcyzę przy zakupie towarów i usług. Nie da się obliczyć ile pieniędzy z UE trafiłoby w ten sposób do budżetu, ponieważ zależy to od struktury przyszłych wydatków tych firm i pracowników. Budżet Polski skorzystał by na zwiększeniu deficytu w jeszcze jeden sposób - bez inwestycji ze wsparciem UE firmy będą zwalniać lub nie zatrudnią wielu pracowników, co spowoduje zwiększone wydatki na zasiłki dla bezrobotnych i pomoc społeczną. Nie można wykluczyć też większych wydatków Państwa, samorządów i obywateli spowodowanych wzrostem przestępczości w regionach o dużym bezrobociu, zwłaszcza przy obecnych trudnościach z wyjazdami do pracy zagranicę. Jak z tego widać brak zwiększenia deficytu przez rząd może realnie dać skutki odwrotne od zamierzonych, tyle że nie w tym, a głównie przyszłym roku (rozliczanie podatków PIT i CIT) i w przyszłości. Nie oznacza to, że fundusze z Brukseli są tak dobre - jednak płacimy składkę do budżetu UE oraz ponosimy inne koszty i nie wykorzystywanie funduszy byłoby ciężkim zaniedbaniem. Jednym z minusów funduszy jest fakt, że sporą część z nich pochłoną wydatki na opracowanie projektów, ale te pieniądze również zostaną wydane w Polsce, a w dodatku urzędnicy zajmujący się nimi mieliby problemy ze znalezieniem bardziej przydatnej społeczeństwu pracy.

Podobny mechanizm choć w skromniejszym wydaniu i bez funduszy zewnętrznych występuje w przypadku zamówień Państwa na broń w polskich fabrykach. Tu również do bilansu strat i zysków należy doliczyć w przypadku braku zamówień i upadku tych zakładów brak podatków płaconych przez te firmy oraz ich pracowników i zwiększone wydatki przez okres kilku lat wynikające z pójścia tych osób na bezrobocie. W obecnej sytuacji gospodarczej nieliczni z tych pracowników znajdą pracę. Oczywiście zamówienia ratujące fabryki będą finansowane przez budżet, ale warto zwrócić uwagę, że realne zwiększenie deficytu będzie z powodów podanych powyżej mniejsze niż nominalne. Jednak głównym argumentem za kupnem broni z polskich fabryk nawet kosztem rozsądnego powiększenia deficytu jest bezpieczeństwo Polski. Brak własnego przemysłu zbrojeniowego osłabi naszą armię – zakup najnowocześniejszego uzbrojenia zagranicą jest możliwy, ale bywa z powodów politycznych blokowany, brak fabryk w kraju może też utrudnić współpracę armii z producentami i rozwój technologiczny potrzebnego Polsce sprzętu i uzbrojenia.

Również pomoc pożyczonymi pieniędzmi perspektywicznym firmom, które wpadły w przejściowe kłopoty powinno się budżetowi w skali kilku lat opłacić. Oczywiście decyzje, które firmy zasługują na pomoc, a które nie, mogą budzić wątpliwości. Kryterium mógłby być na przykład procentowy spadek przychodów firmy w czasie kryzysu na poziomie 25% lub większym. Naturalnie wolny rynek zakłada upadek najsłabszych firm, dzięki czemu polepsza się jakość przedsiębiorstw, jednak obecnie upadają także solidne firmy których kłopoty spowodowane są czynnikami zewnętrznymi. Nagłe i bardzo głębokie załamanie eksportu czy niemożność uzyskania lub odnowienia kredytu nie były winą przedsiębiorstw, ale rządów, banków centralnych i banków. Wiele z tych firm uratować może nawet jednorazowa pożyczka, dzięki której dotrwają do momentu poprawy koniunktury. Natomiast dochody z podatków i brak wydatków na pomoc społeczną zmniejszałyby deficyt budżetu Polski przez okres kilku lat, ponieważ tworzenie i rozwój nowych firm w tych branżach trwałoby dłużej niż kilka tygodni czy miesięcy. Aby ograniczyć lub wykluczyć przyznawanie pożyczek firmom słabym, decyzję mogłaby podejmować na przykład komisja sejmowa złożona z posłów wszystkich klubów i kół, a wymagane poparcie wynosiłoby 90% głosów. Pomoc musiałaby być zwrócona w ciągu kilku lat, a w przypadku nie wywiązania się z zobowiązań odpowiedzialność finansowa spadałaby na władze firmy.

Jak z powyższych przykładów widać sytuacja jest bardziej skomplikowana niż to przedstawia premier Tusk. Nawet jeśli zwiększenie deficytu w granicach rozsądku oznaczałoby nieco wyższe oprocentowanie polskich obligacji, przy mądrym wykorzystaniu tych pieniędzy byłoby to dla naszego kraju i Polaków korzystne. Zdaje się, że premier zaczyna to rozumieć, bo w trakcie pobytu w Brukseli uzgodnił zaciągnięcie 3,5-4 miliardów euro kredytu z Europejskiego Banku Inwestycyjnego. Zobowiązania Polski zatem wzrosną mimo niedawnych stanowczych wypowiedzi premiera Donalda Tuska, jednak zwiększenie deficytu poza kredytem z EBI jest wykonalne i może być korzystne dla obywateli naszego kraju. Decyzja w tej sprawie powinna zależeć od tego na co te pieniądze mają zostać wydane, a nie być pochodną prostych haseł wymyślonych przez specjalistów od kreowania wizerunku.

Filip Stankiewicz

Brak głosów