Prezes, Prezes, über alles…

Obrazek użytkownika Gadający Grzyb
Kraj
Pamiętacie może postać wszechmocnego Prezesa spółdzielni mieszkaniowej z serialu
”Alternatywy 4”? Tego, który poniżał Dionizego Cichockiego, każąc mu wystawać w sekretariacie wśród, a to nadętych, to znów chichoczących (w zależności od cyklu menstruacyjnego) biurew? Zwodzącego natrętnych petentów czczymi obietnicami? Tego samego, który załatwił bez problemów (za drobną grzeczność, co prawda) mieszkanie wpływowemu aparatczykowi, tow. Winnickiemu?
Pamiętacie tamten sznyt, układy i zerową decydowalność lokatorów co do ich „spółdzielczych” mieszkań?
No to, kurwa, oznajmiam Wam, że nic się od tamtej pory nie zmieniło.
Zadbał o to 17.12 b.r. miłościwie nam panujący Trybunał Konstytucyjny.
Przez rodzime medialne jadłodajnie wiadomość ta przeszła niemal bez echa – ot, jakiś drobny artykulik w rubryce gospodarczej, komentarzyk stwierdzający, ze może dobrze się stało a może źle, czy, wprawdzie nieco szersze, omówienie w prasie prawniczej, ale którego standartowy mediotrawca i tak nie przeczyta.
I. Wokół wyroku.
Cóż takiego się stało?
Otóż, Trybunał Konstytucyjny uznał, że przenoszenie własności lokali przez spółdzielnie mieszkaniowe na swoich członków po preferencyjnych cenach jest… niezgodne z Konstytucją!
(Tu mała dygresja nr 1 nie związana z materią sprawy - kto dziś pamięta, że konstytucja ta była pisana m.in. przeciw Wałęsie – wszak jego panowanie pod rządami tzw. „Małej Konstytucji” było taką traumą dla naszych, pożal się, Boże, parnasiarzy, wynoszących dziś naszego „euro-mędrca” pod niebiosa, że uszczuplenie prezydenckich prerogatyw stało się jednym z priorytetów jej tworzenia; zresztą, jak wskazuje ich obecna postawa wobec prezydenta Kaczyńskiego, który śmie korzystać ze swoich konstytucyjnych uprawnień – chętnie wyciupali by sam prezydencki urząd w niebyt, albo sprowadzili go do roli symbolicznego „autorytetu” w stylu Niemiec - a i to pod warunkiem, że będzie to „nasz” autorytet…)
Ale, dygresje na bok. Przejdźmy, jak mawiał anegdotyczny aparatczyk, do „adremu”. Rzecz cała rozpoczęła się od wniosku skierowanego do TK przez wielce błyskotliwy Sąd Rejonowy Łódź – Śródmieście, który pytał (cytat za Gazetą Prawną) o „konstytucyjność samej zasady, zgodnie z którą spółdzielca jedynie po uregulowaniu kosztów wybudowania mieszkania może stać się jego pełnym właścicielem. W ocenie łódzkiego sądu to wywłaszczenie spółdzielni z jej mienia, za które powinna ona uzyskać odszkodowanie lub cenę proporcjonalną do obecnej wartości rynkowej mieszkań”.
Paradne, prawda?
Za komuny, drogi obywatelu, wpłacasz wkład, po latach oczekiwań otrzymujesz „własne” „M–x” (M-2, M-3, czasem nawet M–4 – to ostatnie dla „Winnickich”), płacisz na bieżąco opłaty, na które nie masz najmniejszego wpływu, gdyż zarówno dostawcy prądu, gazu, ciepłej wody, jak i twoja „spółdzielcza” zwierzchność są jedynie różnymi przejawami tego samego partyjnego molocha, który zawłaszczył państwo. Latami żerują na tobie kliki kolesi w coraz to innych konfiguracjach, a następnie, gdy chcesz się wyzwolić z tego parafeudalnego jarzma, masz im płacić odszkodowanie gdyż, w międzyczasie, ceny mieszkań poszły w górę!
Ale ta, zdawało by się, jawna bezczelność łódzkiego sądu spotkała się ze zrozumieniem Miłościwie Panującego nam Trybunału. „W PRL otrzymali mieszkania sponsorowane przez państwo (sic!), teraz wykup sponsorowany przez spółdzielnie mieszkaniowe - mówiła w uzasadnieniu Łętowska” (znów cytat za „Gazetą Prawną ). Doprawdy, ciśnie się na usta niezapomniana tyrada, którą tow. Szmaciak zafundował Deptale:
„…A teraz, nędzny obiboku,
powiedz, w czym mieszkasz?
Mieszkasz w bloku!
A kto tych domów wzniósł ogromy?
No, proszę, kto wzniósł?
Właśnie — to my!
Co?! Twierdzić śmiesz, że dziesięć roków
już na mieszkanie czekasz w bloku,
a mieszkasz na przedmieściu w norze
z wspólną wygódką?! Ty potworze!
We łbie ci miesza się od wódki!
Lat dziesięć to jest termin krótki!
I jakie będziesz miał widoki,
gdy zbudujemy wreszcie bloki!”
Dobra, zdaję sobie sprawę z tego, że spółdzielnie posiadają osobowość prawną i korzystają, w związku z tym, z prawa do ochrony mienia. Tyle tylko, ze wspomniane „mienie” było przez długie lata współtworzone przez „spółdzielców” (czyt. lokatorów), i to w warunkach, delikatnie mówiąc, dalece odbiegających od zasad rzeczywistej spółdzielczości (co podniosła w swym zdaniu odrębnym sędzia Teresa Liszcz). Pani sędzia Łętowska tworzy natomiast sztuczną interpretację prawną, która w praktyce na powrót przykuwając osoby posiadające „spółdzielcze własnościowe prawo do lokalu” do spółdzielni! Ot, współczesny chłop post-pańszczyźniany.
Nie pierwszy to zresztą wykwit tego typu orzecznictwa – w roku 2001 Konstytucyjny Trybunał w podobnym stylu zawetował przepisy umożliwiające wykup mieszkania za 3% wartości.
(Znów dygresja – nie zapomnę Moniki Olejnik przepytującej z całą surowością na tę okoliczność J.M. Rokitę. „Stokrotka” upierała się wówczas, jak wielce niesprawiedliwe są tego typu przepisy. Stosowała wielce wysublimowaną argumentację, typu „ktoś sobie wykupi, a ktoś nie, w związku z czym, ten kto nie wykupi będzie miał gorzej, a najgorzej ten, co wykupił wcześniej po cenie rynkowej, no i co pan na to”. J.M. Rokita, urągając pod wpływem stresu wszelkiej frazeologii, kilkakrotnie z maniackim uporem myląc powiedzenia „pies Pawłowa” i „pies ogrodnika”, powtarzał: „nie bądźmy psem Pawłowa”(!). Wot – i mamy kolejny teleabsurdzik, obnażający miałkość papki serwowanej przez kucharzy medialnych jadłodajni – „Stokrotka” nie zareagowała nawet słówkiem na kuriozalną frazeologię zaproszonego dyskutanta).
Sędzina Ewa Łętowska nie omieszkała zresztą w uzasadnieniu przypomnieć o obowiązującej linii orzecznictwa, wspominając o niegdysiejszym zakwestionowaniu „trzyprocentówki”.
Jakie to konkretnie artykuły Konstytucji miała naruszać ustawa? Są to: Art. 2 („Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej” – jakim cudem oddanie mieszkań spółdzielcom miało by naruszać zasady sprawiedliwości społecznej, wie zapewne tylko Nasz Wysoce Oświecony Trybunał); Art. 31, § 3 („Ograniczenia w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw mogą być ustanawiane tylko w ustawie i tylko wtedy, gdy są konieczne w demokratycznym państwie dla jego bezpieczeństwa lub porządku publicznego, bądź dla ochrony środowiska, zdrowia i moralności publicznej, albo wolności i praw innych osób. Ograniczenia te nie mogą naruszać istoty wolności i praw”); Art.21 § 2 („Wywłaszczenie jest dopuszczalne jedynie wówczas, gdy jest dokonywane na cele publiczne i za słusznym odszkodowaniem”); Art. 64 § 2 i 3 („Własność, inne prawa majątkowe oraz prawo dziedziczenia podlegają równej dla wszystkich ochronie prawnej”, ”Własność może być ograniczona tylko w drodze ustawy i tylko w zakresie, w jakim nie narusza ona istoty prawa własności”).
Czyli, mamy tu ogólne przepisy Konstytucji dotyczące ochrony praw, ze szczególnym uwzględnieniem prawa własności, w których nie ma ani słowa o jakiejkolwiek ekstraordynaryjnej ochronie własności spółdzielczej, a z których dało by się równie dobrze wywieść uzasadnienie nadzwyczajnych uprawnień dla spółdzielców co do nabycia współtworzonego przez nich majątku, który przed laty został de facto zagrabiony na rzecz państwa i który kwestionowana ustawa pozwala im odzyskać.
Ale, to reakcyjne myślenie jest najwyraźniej nie do pojęcia dla mózgownic naszych prawniczych luminarzy, nasączonych marksistowskim dogmatem o wyższości własności kolektywnej nad indywidualną. Czy jest to jeszcze interpretacja prawa, czy już prawotwórstwo TK – osądźcie sami.
Wielce charakterystyczny jest rozkład sił między sędziami wskazujący, że podczas obrad musiało być gorąco. Część z nich zgłosiła bowiem zdania odrębne, stając po stronie spółdzielców (sędziowie: Zbigniew Cieślak, Maria Gintowt-Jankowicz, Mirosław Granat, Marek Kotlinowski i Teresa Liszcz), część zaś zakwestionowało 12-miesięczny okres karencji, nim przepisy przestaną obowiązywać (Bohdan Zdziennicki – prezes, Ewa Łętowska, Janusz Niemcewicz oraz Mirosław Wyrzykowski). Czyli, ci drudzy chcieli by pozbawić lokatorów prawa wykupu „za wkład” – już teraz! Natychmiast! Zresztą, „od ręki” (tj. od chwili ogłoszenia wyroku), udało się uchylić odpowiedzialność karną prezesów spółdzielni za niedopełnienie rozpatrzenia wniosku w terminie trzech miesięcy.
Czyli, trawestując piosenkę Lecha Janerki, „jak swobodnie się lata”, ich „dupsko jest wolne od bata”.
II. Konsekwencje.
Nie sposób nie zapytać o społeczne skutki tak konsekwentnej (dwa wyroki) obrony status quo w „naszych” spółdzielniach.
Trybunał Konstytucyjny swoim wyrokiem pogrzebał na dłuższy czas szansę na materialne upodmiotowienie znacznej części społeczeństwa (licząc spółdzielców wraz z rodzinami, będą to miliony) – wszak nie od dziś wiadomo, że „tyle wolności, ile własności”. Odnoszę nieodparte wrażenie, że TK po raz kolejny (po wyrokach w sprawie lustracji, czy poszerzenia dostępu do zawodów prawniczych) wystąpił w roli rzecznika konkretnej grupy interesu. Tym razem jest to grupa „zawodowych spółdzielców”, przeważnie postkomunistycznych działaczy, którzy w takich niszach ekologicznych znaleźli doskonałe żerowiska (fakt, ze ustawę zaskarżył klub SLD wiele tłumaczy). Takich enklaw, oplecionych mętnymi sitwami jest zresztą więcej – liczne związki sportowe obrosły już legendą, ale jest też choćby taki Polski Związek Działkowców – i wiele, wiele innych struktur, mających swe korzenie w PRL – ale to temat na kolejne opowieści.
Wróćmy jednak do naszych baranów. Jako udzielni feudałowie na „spółdzielczych” włościach są oni obecnie panami lokatorskiego, poddańczego losu i potrafią ze swej władzy korzystać z iście "pańskim" rozmachem. Gdy tylko któryś z ze zbuntowanych „chamów” śmie podnosić łeb, wykazując np. niebezpieczną dociekliwość w kwestii zatrudniania w administracji krewnych i powinowatych, czy też nieprzyjemnie drąży szczegóły spółdzielczych przetargów, lub innych obszarów zarezerwowanych na kręcenie lodów przez wybranych, błyskawicznie znajdują się na takiego delikwenta dyby i batogi. Przez media co i rusz przemykają przykłady permanentnego terroru stosowanego przez władze spółdzielni wobec niepokornych „wichrzycieli”, aż do pozbawienia mieszkania przy współudziale zaprzyjaźnionych sądów i organów ścigania, włącznie.
Zakwestionowana przez Trybunał ustawa groziła rozbiciem tych lokalnych paramafii i utratą przez ich bossów bardzo przyjemnych źródeł dochodu. Nic dziwnego, że padł na nich blady strach i jęli gorączkowo apelować do wszystkich nie-świętych, w stosunku do lokatorów przyjmując taktykę biernego oporu, przeciągając „prawem i lewem” procedury (choćby naliczanie wziętych z sufitu kosztów remontów sztucznie obciążających mieszkanie).
Teraz, po wyroku, mogą odetchnąć i wziąć się za opracowywanie nowych sposobów na udupianie lokatorskiej „czerni”.
III. Stracone perspektywy i ogólna niemożność.
A mogło być tak pięknie. W rękach prywatnych, zindywidualizowanych podmiotów miał szansę znaleźć się nieruchomy i nieobciążony majątek o stosunkowo znacznej wartości, dającej się wyliczyć choćby dla potrzeb kredytowych. Majątek ten mógł przyczynić się do powstania prawdziwej, uwłaszczonej klasy średniej bez której przedsiębiorczości nie ma co marzyć o zasobnej Rzeczypospolitej (pod zastaw takiego mieszkania można by wziąć np. kredyt na rozruch własnej firmy).
(Tu dygresja nr 3 – Ziemkiewicz w swoim „Polactwie” przytacza zasłyszaną anegdotę o tym, jak na zamkniętym zebraniu Unii Demokratycznej pewien działacz perorował, że nie można dopuścić do odrodzenia się w Polsce klasy średniej, gdyż stanowi ona „naturalne zaplecze dla prawicy”. Jest coś na rzeczy, czy też nie? Znów - osądźcie sami).
Nieruchome dobra spółdzielcze miały szansę na urynkowienie w najlepszym rozumieniu tego słowa – przechodząc do ludzi, którzy, jak ponownie podkreślam – już raz za nie zapłacili i to w sensie zarówno finansowym, jak i czasowym – oczekując latami na przydział. („Przecież ja w ’98 miałem dostać mieszkanie!” – pamiętacie tę kwestię Maksa z „Seksmisji”?).
Zastanawiam się, dlaczego ten skandaliczny wyrok nie spowodował szerszego społecznego odzewu – czy to wina przedświątecznego amoku, czy też ogólny tumiwisizm, marazm i pokomunistyczne mentalne zglajszachtowanie („aby po równo”)? Dlaczego PiS nie zrobił wokół sprawy szumu? Wypowiedzi Zbonikowskiego, czy Szczypińskiej, to za mało. Boją się doprawienia (po raz kolejny) gęby antyinteligenckich oszołomów? W sytuacji, gdy protest ma gotową podbudowę merytoryczną w postaci zdań odrębnych (przypomnę – pięcioro sędziów)? A może zniechęcenie przeżarło partię do tego stopnia, że nie jest zdolna wychwycić nawet tak ewidentnej okazji? Wszak, zdawało by się, silny sprzeciw wobec rozstrzygnięcia uderzającego w najbardziej żywotne interesy obywateli powinien być naturalną, „oczywistą oczywistością” dla partii opozycyjnej podkreślającej swój „społeczny solidaryzm”.
Cóż, mamy teraz rok oczekiwania na to, co Sejm zrobi z pasztetem zgotowanym mu przez Trybunał. Warto przyglądać się pod tym kątem zarówno PiS-owi, jak i Platformie, tym bardziej, że PO była jedną z partii popierających zanegowaną ustawę.
Pożyjemy, zobaczymy.
Gadający Grzyb
P.S. Przepraszam, że zamieszczam ten wpis dopiero teraz, po dziesięciu dniach od orzeczenia, ale okres przedświąteczny i świąteczny wyjątkowo nie sprzyjał. Dość powiedzieć, że zacząłem tekst 18-tego, a skończyłem… dzisiaj.
Ocena wpisu: 
Brak głosów