Politycy kupowani za błyskotki

Obrazek użytkownika RP
Świat

         Kilka miesięcy przed wybuchem drugiej wojny światowej duża część polskiej prasy rozpisywała się o wielkim sukcesie Józefa Becka, który doprowadził do uzyskania gwarancji brytyjskich na wypadek agresji niemieckiej. Prorządowi dziennikarze prześcigali się w opisywaniu imponującego przyjęcia polskiego ministra spraw wewnętrznych. We wrześniu 1939 okazało się, że wszystkie gesty oraz polityczne deklaracje skierowane pod adresem Rzeczpospolitej miały na celu tylko i wyłącznie usztywnienie stanowiska Polski w stosunku do III Rzeszy i – ściągnięcia jej agresji właśnie na nasz kraj. Wielka Brytania od samego początku z jakichkolwiek zobowiązań sojuszniczych wywiązywać się nie zamierzała. Obawiała się jednak, że Polska może ulec naciskowi Niemiec, skutkiem czego hitlerowska agresja skieruje się na Francję a nie Polskę. A to oznaczałoby dla Anglii zagrożenie niewspółmierne z zagładą Polski – rzeczą dla Albionu niespecjalnie dotkliwą. Nasz kraj dostał więc niesłychanie atrakcyjnie opakowaną ofertę, której rzeczywisty sens był całkowicie inny od jej ornamentu. Spektakularne gesty, przyjęcia, deklaracje zmierzały do rzucenia Polski na pożarcie potwornym wrogom. Zabiegi angielskiej dyplomacji przyniosły sukces – wojna zaczęła się daleko od Wysp Brytyjskich. Rozszarpywaniu naszej ojczyzny przez hitlerowskie i sowieckie bestie nasi rzekomi sojusznicy przyglądali się nie tylko z pełną chłodu obojętnością, lecz nawet z satysfakcją. Wojna mogło się przecież zacząć w sposób dużo mniej dla Anglii korzystny…

 

   Czy ktoś jeszcze pamięta, kto był pierwszą publicznie rozstrzelaną osobą w Warszawie zdobytej przez Niemców pod koniec września 1939? Była to studentka, która swoim życiem zapłaciła za to, że zdarła ze ściany wypalonego budynku gadzinowy plakat z napisem „Anglio, twoje dzieło!” Plakat gadzinowy, ale uważam, że Polacy powinni znać jego treść i genezę. Rzadko można go zobaczyć, choć uważny widz wypatrzy go na nie jednym wojennym filmie, choćby w tle akcji „Giuseppe w Warszawie” wrocławskiego reżysera Stanisława Lenartowicza. Propagandowy afisz przedstawiał ruiny, zabitych i rannego polskiego oficera krzyczącego do pełnego obojętności premiera Chamberlaina. W 1939 treść ta była jasna: wszyscy pamiętali gwarancje, gesty, zaszczyty, jakich Brytyjczycy nam jeszcze tak niedawno nie szczędzili. Każdy Polak wiedział, że Anglia zachowywała się wobec nas z wielką atencją i składała obiecujące deklaracje. A jednak okazało się, że od samego początku traktowała nas tylko i wyłącznie przedmiotowo a za wiarę pokładaną w jej gestach i słowach zapłaciliśmy potwornie wysoką cenę.

 

   Pamiętają Państwo Tadeusza Mazowieckiego w uściskach Helmuta Kohla? Wzruszająca scena, prawda? Zewsząd słyszeliśmy o polsko – niemieckim traktacie oznaczającym przełom i pojednanie. Potem okazało się, że podpisana umowa gwarantowała mniejszości niemieckiej w Polsce najdalej idące prawa. Włącznie z dwujęzycznymi nazwami miejscowości, ulic i placów, sowitym subsydiowaniem ze skromnego przecież polskiego budżetu oraz wyłanianą na absolutnie wyjątkowych warunkach reprezentację w Sejmie każdej kadencji. A polska mniejszość w Niemczech? Polskiej mniejszości w Niemczech – zgodnie z literą traktatu – nie ma wcale! W niemieckim porządku prawnym stan taki trwa od dekretu Goeringa z roku 1940. Czyli – polski minister spraw zagranicznych na niemieckich salonach, jakże u nas kochany i podziwiany za zagraniczne odznaczenia, doktoraty, wyróżnienia, laury, nagrody, dyplomy, za zadawanie szyku na salonach możnych tego świata – zgodził się na niemiecki stan prawny dotyczący naszych rodaków zza Odry. Podkreślmy – stan prawny ustalony przez rząd kanclerza Adolfa Hitlera. I wszystko to przy radosnym wtórze tłumów gawiedzi, „niemcoznawców” utrzymywanych głównie przez niemieckie fundacje oraz środowisk opiniotwórczych – nie tylko postkomunistycznych. No ale czyż to nie miły widok, jak „nasi” są hołubieni, poklepywani, wyróżniani, nagradzani, zapraszani do ważkich gremiów i delegacji?

 

   A pamiętają Państwo wizytę Leszka Millera wraz z wielką świtą w Białym Domu w roku 2002? Chyba pierwszy raz można było zobaczyć spotkanie u prezydenta USA oprawione taką pompą. Na cześć polskiego rządu maszerowała orkiestra w historycznych strojach, odbyły się koncerty, przyjęcia, nie kończące się zaszczyty…Dlaczego Bushowi tak bardzo zależało na pełnym wspaniałości przyjęciu polskiej delegacji? Odpowiedź jest prosta: konstruował koalicję do walki z Irakiem. Udało mu się do niej wciągnąć Wielką Brytanię i Australię. Nie miał jednak żadnego sojusznika nieanglojęzycznego. A bez takiego składnika operacja byłaby postrzegana jeśli nie jako stricte amerykańska – to przynajmniej jako inicjatywa jednoznacznie anglosaska. Choćby dwustu polskich żołnierzy – wizerunek ten znacząco odmieniało – nadawało wojnie przeciw Saddamowi rzeczywisty walor międzynarodowości. W tym akurat momencie za ten nieanglojęzyczny komponent Amerykanie byli gotowi dać bardzo wiele. Polskę reprezentował jednak Miller, więc zamiast rzeczywistych korzyści – skończyło się na świecidełkach w postaci gestów, przyjęć, defilad, zaszczytów. Pomimo głośnych zapowiedzi – korzyści Polska z operacji nie wyniosła żadnych. Przeciwnie – zapłaciła za nią słono, samo zepsucie relacji ze światem arabskim utrudniać nam będzie relacje gospodarcze z wieloma znaczącymi krajami przez całe dziesięciolecia.

 

   Miejmy w pamięci gesty, zaszczyty, wysokie funkcje Polaków na czele przeróżnych międzynarodowych gremiów, lecz zwracajmy przy tym uwagę przede wszystkim na realny, rzeczywiste korzyści, jakie Polska z ich tytułu wyciąga. Patrzmy, czy korzyści te są, czy też tak naprawdę - ich nie ma. W XIX w. nasz rodak Agenor Gołuchowski był wieloletnim ministrem spraw zagranicznych Austro – Węgier. Także Polak - Kazimierz Badeni – był nawet premierem wiedeńskiego rządu. Co wtedy z tych najwyższych z najwyższych stanowisk miała Polska i Polacy? Odpowiedź jest całkowicie jednoznaczna: absolutnie nic! A dałoby się nawet sporządzić listę wielu szkód, jakie przyniosło wyniesienie przez zaborców paru Polaków na same szczyty. Cat – Mackiewicz ich rolę określił jako „lutowanie trumny polskiej niepodległości”.

 

   Jeśli więc obserwujemy spotkania naszych polityków na szczytach Europy, świata, ich rozmowy z największymi, jeśli dumni jesteśmy z tego, że ten i ów piastuje ogromnie wysokie stanowisko pamiętajmy, że wcale nie musi to oznaczać czegokolwiek dla Polski korzystnego. Nie dajmy się kupić za błyskotki. Odróżniajmy ornamenty od faktów.

                                                     Maciej Adamski

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

realizmu politycznego nam kiepsko idzie. Jesteśmy zadowoleni z korony Himalajów bronka, walki o demokrację itd.
A tymczasem Niemcy, Wielka Brytania mają to gdzieś konsekwentnie dążą do swoich celów.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#158997

1939 olali nas Anglicy i Francuzi,1945,sprzedali nas Amerykanie i Anglicy Stalinowi,a dzisiaj wszyscy mogą jeżdzić do USA tylko Polacy nie,a ponoć jesteśmy najleprzymi przyjacielami USA,mnie to już irytuje wchodzenie w tylną część ciała bez wazeliny,i tak nas szanują na świecie,mają nas w d---e,Czechy się nie kłaniali Amerykanom,to jankesi sami zaproponowali im wolny wjazd do USA,do puki nie pokażemy że mamy honor nikt poważnie nie będzie nas traktował

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#159005

kogo wybrać ?SKORO NIKT SIĘ NIE NADAJE.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#159027

Zjednoczyć się pod jednym sztandarem Wolna Polska,na bok nasze animozje dąsy pląsy,Polska wolna wymaga naszego zjednoczenia,i wyrzeczenia,a nie prywaty

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#159059