Władza a Suweren na przykładzie głosowania zwanego wyborami

Obrazek użytkownika Mirosław Dakowski
Kraj

Władza a Suweren na przykładzie głosowania zwanego wyborami

 

Najważniejsze przecież jest to, kto realnie liczy głosy!

 

Gall Anonim

 

Dla uniknięcia nieporozumień związanych z dewaluacją (a tak naprawdę różnym rozumieniem) pojęć podstawowych pozwolę sobie na sprecyzowanie, co rozumieniem pod pojęciem Suweren i Władza. A więc w tym przypadku Suweren to ogół obywateli posiadających bierne prawo wyborcze, czyli uprawnionych do wyrażenia swego poglądu poprzez oddanie głosu. Proszę zauważyć, że czynne prawo wyborcze to już raczej „przedsionek” władzy.

Tak więc co to jest Władza? Podam opisową definicję wzorowaną na „budowie dzidy” (dzida jak wiadomo składa się z przed-dzidzia, śród-dzidzia i za-dzidzia, opisany podział można stosować rekurencyjnie do każdego ze składników osobno). Tak więc Władza składa się z :

 

  • władzy ustawodawczej,
  • władzy wykonawczej,
  • władzy sądowniczej,
  • mediów zwanych czwartą władzą (władza nad informacją).

 

Każda z wymienionych władz dzieli się ... nie, nie będę wypisywał, warto tylko zauważyć, że pierwsze trzy części władzy posiadają ściśle określoną strukturę i hierarchię , media są zaś bardziej „bezpostaciowe”, przynajmniej w założeniach, a struktura i hierarchia jeśli istnieje (a istnieje) są mniej jawne.

 

W teorii cały zestaw czynności związanych z Wyborami ma służyć umożliwieniu Suwerenowi wyrażenia jego, czyli Suwerena woli, przejawiającej się zwykle w wybraniu sobie przez Suwerena organów władzy (nie dotyczy to referendów, gdzie przedstawiciele nie są wybierani).

 

Proszę zauważyć, że w całej procedurze wyborczej najwięcej ma do roboty (więc i do powiedzenia) Władza, a najmniej Suweren. Władza ustawodawcza wydaje przepisy prawne opisujące co kto ma zrobić w danym rodzaju wyborów. Ciekawe jest już to, że praktycznie każdy rodzaj wyborów (sejm, sejmik, ...) ma inne przepisy prawa. A przecież służą (wybory) praktycznie temu samemu celowi – „wybrać władzę”. I oczywiste kuriozum – władza (ustawodawcza) określa co wolno (i co nie wolno) Suwerenowi – raz to ma być, że wyborca musi postawić „znak iks”, innym razem , że sześć „znaków iks”, a w innym mieście 5 – pomimo, że to jedno głosowanie.

 

Władza ustawodawcza będzie to potem „w pocie czoła” realizować, za każdym razem tworząc od nowa spisy wyborców (tajne oczywiście), produkując pieczęcie (zawsze nowe) itd. itp., mnóstwo pracy, wiele etatów, masa pieniędzy.

Czwarta władza będzie o tym pracowicie informować, konsumując przy tym swój „kawałek tortu”, czyli znów mnóstwo pracy, wiele zleceń, masa pieniędzy.

Władza sądownicza będzie to oczywiście pracowicie nadzorowała – aby było zgodnie z ustawą – bo ze zdrowym rozsądkiem lub etyką to już niekoniecznie.

 

A co w tym wszystkim ma zrobić Suweren – NIC, czasami może dać głos, czyli wypełnić (zgodnie z wielostronicową ustawą i jeszcze grubszymi przepisami wykonawczymi) przepisaną kartę wyborczą, ale nie musi. Z praktyki widać, że władza wcale się nie przejmuje, że 4 na 5 wyborców nie zagłosowało – frekwencja 20% - wybory ważne – legitymizacja dla „władzy” jest.

 

Wszystko zgodnie z ludowym powiedzeniem: „Po co babcię denerwować, niech se babcia smacznie śpi”.

 

Bo przecież SUWEREN nie jest w stanie sam głosów policzyć, nie mówiąc już o innych bardzo skomplikowanych czynnościach, jak sprawdzenie, czy Kowalski ma prawo głosować, lub pilnowanie urny, żeby jej czegoś nie dosypali.

 

Co więcej, SUWEREN nie tworzy w czasie wyborów jakichkolwiek dokumentów. Dokumenty tworzy władza, na nich pracuje, je sprawdza i zatwierdza.

 

Powie ktoś, a karta (karty) do głosowania? Niestety trudno je traktować jak dokumenty (brak cech indywidualnych, niemożność wykonania kopii, ....), gdyż brak jest do nich swobodnego dostępu po „wrzuceniu” ich do urny i brak możliwości ich weryfikacji przez SUWERENA.

 

Dostęp do kart do glosowania (czystych i wypełnionych) ma tylko WŁADZA. Na ich podstawie produkuje swoje dokumenty (protokoły), które udostępnia publicznie, potem z tych protokołów wytwarza protokoły zbiorcze (pierwszego poziomu), potem protokoły zbiorcze (drugiego poziomu), następnie protokoły zbiorcze (kolejnego poziomu), aby ostatecznie wydać protokoły zbiorcze (ostatniego poziomu). Niech SUWEREN zobaczy jak głosował (np. osoba, która zamknęła wiele kopalń – po raz kolejny wygrywa w okręgach, gdzie te kopalnie były, a obecnie pozostało po nich jedynie bezrobocie). I niech się nie dziwi NIKT, sąd wyniki zatwierdzi, a media uzasadnią, że wszystko odbyło się jak trzeba – czyli zgodnie z ustawą.

 

Więc jak to się dzieje? Dokumenty tworzy władza (na podstawie czego?), Suweren do niczego jak widać nie jest potrzebny!

 

Czy w takiej sytuacji jest możliwe zweryfikowanie wyników wyborów – praktycznie NIE – pozostają jedynie metody statystyczne, które z zasady określają jedynie poziomy prawdopodobieństwa.

Można za to weryfikować wytworzone przez organy władzy dokumenty, tylko to nie jest weryfikacja wyników wyborów, a jedynie weryfikacja poprawności wytworzenia odpowiednich dokumentów.

 

Czy jest możliwe, aby SUWEREN nie tylko „dawał głos”, ale i liczył głosy, i żeby każdy głos był weryfikowalny w dowolnym czasie po akcie głosowania – czyli, żeby karta wyborcza miała status dokumentu?

 

Odpowiedź jest oczywista: TAK, to jest technicznie, praktycznie i organizacyjnie możliwe. Dodatkowo da się to zrobić tanio, szybko i skutecznie (a na pewno taniej i szybciej niż obecnie.).

 

Sposobów wykonania takiego systemu liczenia głosów jest zapewne wiele.

 

Jeżeli będzie zainteresowanie czytelników, to chętnie opiszę autorski pomysł. W tej chwili nadmienię tylko, że w moim rozwiązaniu:

 

- podstawowym dokumentem jest pojedynczy głos,

- każdy inny dokument jest tworzony w oparciu o dokument podstawowy (czyli głos),

- każdy dokument posiada kopię (w celach weryfikacji)

- wszystkie informacje (dokumenty) wytworzone w procedurze wyborczej są zapisywane w formie elektronicznej i papierowej,

- dokumenty w formie elektronicznej są natychmiast udostępniane publicznie (czyli Suwerenowi)

- dokumenty w formie papierowej są jak najszybciej archiwizowane (wszystkie w jednym miejscu) i dostęp do nich ma każdy zainteresowany wyborca i badacz.

 

A co z tajnością głosowania? Odpowiadam – NIC się NIE ZMIENI. - na głosie nie będzie ani Nazwiska, ani Imienia, ani Pesela, ani innych danych osobowych. Pomimo tego głos może mieć indywidualne cechy (różne od głosującego), które uczynią z niego weryfikowalny dowolną ilość razy dokument.

 

To kto będzie liczył głosy? Pan będzie liczył, i Pani też może! W tym celu postuluję natychmiastową publikację dokumentów w formie elektronicznej. Dostęp do internetu, komputer i trochę umiejętności i ... POLICZONE.

I KAŻDEMU MUSI WYJŚĆ TO SAMO!

 

A jeśli dalej są wątpliwości (bo jednym wychodzi z obliczeń jedno, a drugim coś innego) to przechodzimy do etapu porównywania dokumentów elektronicznych z papierowymi ... i ich papierowymi kopiami. I tak do skutku, aż będzie zgoda co do wyników, albo powtórka głosowania, czyli repeta.

 

Powie ktoś – ale to dużo papieru będzie potrzeba (a te lasy...). Nie, papieru pójdzie mniej niż obecnie – dokumentem jest głos oddany! Obecnie drukujemy karty wyborcze dla wszystkich, co przy notowanych frekwencjach poniżej 50% daje mniejsze zużycie papieru.

 

Czy więc jest możliwe, że już w następnych wyborach będziemy mogli głosować przy zmienionym na zaproponowany powyżej sposobie liczenia i weryfikacji głosów?

 

Odpowiedź jest: NIE, bo sprawujący władzę „raz zdobytej władzy nie oddadzą nigdy” z własnej woli,

- ale pamiętajmy o tym przy okazji „uchwalania” kolejnej konstytucji.

 

Najważniejsze przecież jest to, kto realnie liczy głosy!

 

============================

 

Uwagi pierwszych czytelników:

 

I.

Autor propozycji , dobry matematyk i informatyk zaczął jak trzeba- od definicji. Nie wątpię, że potrafiłby opracować system zliczania głosów, który proponuje. Dostępność na każdym etapie zliczania do danych przy zachowaniu ich tajności. Lecz nikt nie będzie pracował nad takim systemem „w ciemno”.

Nie chodzi mi o wynagrodzenie, lecz o pewność, że praca nie pójdzie na marne, że nie wyląduje gdzieś w koszu przed przeczytaniem. Wiem o czym mówię.

Potrafiłabym zreformować oświatę lecz nie będę traciła czasu i sił na szczegółowy projekt tej reformy w przeświadczeniu, że nikt nie raczy się z nim zapoznać. A może to jest błąd. Może powinniśmy mieć gotowe projekty „ na wszelki wypadek”?

Izabela BRODACKA

 

II.

a) Wszyscy (zainteresowani) wiedza, że karta – po policzeniu w Komisji – idzie do worka i dalej  - do dziury, z której dotąd, przez ćwierć wieku,  NIGDY ŻADNA NIE BYŁA WYCIĄGNIETA ! Po pewnym czasie – zawartość tych worków jest (komisyjnie, a jakże! ) niszczona.

Natomiast praca Komisji polega na wpisaniu do komputera i – przesłaniu dalej. Programy dostarcza „Władza” – a poprawność całości sprawdzają „informatycy Władzy”.

W obecnym systemie LICZENIA kompromitacja usiłowań liczenia równoległego, co na potrzeby PiS usiłowała  robić pani Anna Sikora (i zespół?? ) -  jest oczywista.

 

Wielokrotne próby dotarcia poważnych specjalistów do Władzy ( w tym wypadku PiS i później też Solid. Polski) NIC NIE DALY. Ta Władza ma zawsze monopol na mądrość...

 

b) Są takie prostackie narody, jak Brytyjczycy, co z uporem trzymają się sposobu NATURALNEGO:

Kto w okręgu dostał najwięcej głosów – ten jest w parlamencie.  Policz sam, kto to, bo kartki wykłada się na stół – i każdy [Suweren !]  może patrzeć, jak się je liczy. Ma też do nich dostęp na żądanie.

Premierem zostaje szef partii zwycięskiej, już po paru godzinach – idzie do Królowej (zdaje się) i coś tam uroczystego  mówi. KONIEC . Rządzi.

[A w Belgii – gdzie ordynacja „proporcjonalna” się zaczęła – czasem kilkaset dni nie można wyłonić rządu.]

Ale -  WSZYSCY wodzowie [możemy wymienić po nazwiskach i datach...] partyj partyjniackich „u nas”  są wrogami tego naturalnego sposobu (JOW). Całe sztaby wymyślają argumenty PRZCIW.

 

Por.: JOW-młot na partyjniactwo

 

Mirosław Dakowski

 

PS. Kopiuję z powyższego (zmieniam tylko płeć i dziedzinę):

Chodzi o pewność, że praca nie pójdzie na marne, że nie wyląduje gdzieś w koszu przed przeczytaniem. Wiem o czym mówię.

Potrafiłbym zreformować energetykę i wydajność energetyczną gospodarki, lecz nie będę tracił czasu i sił na szczegółowy projekt tej reformy w przeświadczeniu, że nikt nie raczy się z nim zapoznać. Takich oświadczeń byłoby więcej... Ale dla kogo, KOTEK?

 

MD

================

Komentarz zwyczajowo pojawiający się na blogach (taki trollowy):
"Mam sąsiada Wojtka, co ma psa Burka. Czasami zza drzew - jak to u nas tuja pomieszana z cyprysikiem - słychać polecenie <<DAJ GŁOS>>. Zaczynam się zastanawiać czy to nie fraza Burka. Sprawdzę!"

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:3)