Grzegorz Eberhardt o Stanisławie Domagalskiej - Reportaż, czyli sztuka donosu

Obrazek użytkownika wojcicki
Kultura

Poszerzona wersja recenzji opublikowanej w "Tygodniku Solidarność".

Jak dziś brakuje nam prawdziwego reportażu! Czyli tego co można nazwać nawet i gatunkiem literackim, uprawianym gdzieś na pograniczu publicystyki, faktu i
literatury pięknej. Gatunkiem wyróżniający się jeszcze jedną ważna cechą – osobistym zaangażowaniem autora nieznanym przy innych przejawach twórczości dziennikarskiej.

A generalnie, sam termin pochodzi z łaciny (reportare) i oznacza dosłownie: oddać, zawiadamiać. Ale i – donosić!

A więc stwierdzić muszę, iż Stanisława Domagalska potrafiła pięknie donosić! Autorki tekstów zawartych w tomiku „Intensywny zapach ruty”, nie ma wśród nas już od roku, pozostały po niej filmy dokumentalne, książki dla dzieci. Pozostała także legenda działania w opozycji solidarnościowej (także i wcześniejszej, gdy to za podpisanie listu w sprawie konstytucji w roku 1976, pozbawiono ją możliwości druku). Pozostały po niej także tzw. teksty rozproszone; publicystyka, recenzje, reportaże. O ich istnieniu pamiętają przyjaciele, najbliżsi. Doceniając wartość tekstów wydali niedawno ich wybór. Zgadzam się z ich oceną – to trzeba było wydać! I to nawet nie tylko z sympatii dla autorki. Ten tomik powinien być obowiązkową lekturą dla studentów wszelkich szkół dziennikarskich. Właśnie, dla dokumentacji, czym ma być reportaż, jak skonstruowany, jak wyważony we własnym komentarzu oraz istniejącej rzeczywistości. Chyba, że reportaż ma przestać istnieć...!

Pisząc tę recenzję uświadomiłem sobie, iż dziś reportażu już nie ma. Nie mówię o tabloidach, w nich nie przewidziano nawet miejsca na tego rodzaju dziennikarstwo. Mówię o poważniejszej, że tak powiem, prasie. Od lewa do prawa. U jednych wynika to zapewne z niemożności finansowej (mówię o prasie prawicowej, z trudem wiążącej koniec z końcem), u drugich wyraźnie nie ma ku temu ochoty, ambicji. Coś co dziś nazywa się reportażem najbliższe jest formule donosu, i to często uzyskiwanemu przy pomocy prowokacji (np. red. red. Sekielski, Morozowski - najjaskrawszy przykład tej aktualnie uprawianej „sztuki” dziennikarskiej). W efekcie powstaje materiał pozbawiony głębi, finezji. Mówiąc krótko – mądrości.

A sformułowałem to sobie w trakcie lektury reportaży Domagalskiej. Od pierwszego zatytułowanego „Temat wolny”, będącego reporterskim, właśnie, zapisem doświadczeń autorki z pracy w wiejskiej szkole w latach 70. Po zamykający tomik tekst „Przenieśmy Lipsk do Warszawy” opisujący rzeczywistość we wschodnich landach Niemiec lat 90. Pierwszy był publikowany w „Polityce” w roku 1978, ostatni w „Gazecie Wyborczej” w 2002. W tzw. międzyczasie autorka związana była z „Tygodnikiem Solidarność”, potem prasą podziemną („Tygodnik Wojenny”, „PWA”),

z naziemną „Powściągliwością i Pracą”, by znowu drukować w reaktywowanym „Tygodniku Solidarność”. To dość charakterystyczna dla tych lat droga (tu dodam ze swej prywatnej wiedzy – Domagalska, w ostatnich latach najmocniej była związana z Kroniką Filmową, dla której zrealizowała wiele rejestracji, reportaży dokumentalnych).

W inaugurującym zbiór „Temacie wolnym” reporterka wspiera się swym osobistym doświadczeniem z okresu pracy pedagogicznej na tzw. głębokiej wsi. Tu wykorzystała obficie cytaty z wypracowań szkolnych swych podopiecznych; z ogromną życzliwością, w tonie bardzo dalekim od kpiny charakterystycznej dla wielu tego typu publikacji. W rezultacie powstał zręczny montaż scenek, refleksji, marzeń dziecięcych. Jak np.: „Żeby chodniki w miastach i drogi na wsiach jeździły z ludźmi. Żeby ludzie nie kopali ziemniaków, tylko ziemniaki żeby szły gęsiego do kopców i piwnic. Żeby rolnicy nie wyrywali buraków i obcinali liście, tylko żeby buraki już bez liści skakały na przyczepę”. Tekst ten był jej debiutem, pozbawionym zresztą nazwiska; z winy redakcji jak wkrótce „Polityka” będzie się tłumaczyć.

Także z osobistego doświadczenia autorki pochodzi reportaż „Epitafium” Domagalska kilka lat pracowała w zakładzie psychiatrycznym w Garwolinie, na oddziale dla narkomanów, dobrze poznała ten problem, najczęściej nie do rozwiązania. Nie obca jej bezradność rodziców wobec własnych dzieci, domyśla się ich błędów wychowawczych, często wynikających z własnych kompleksów tych dorosłych już osobników. Temat nie łatwy, ale wart poruszania. Tak, Domagalska nie bała się trudnych, a czasami i beznadziejnych, tematów. Ba! nie udaje optymistki i nie ukrywa faktu śmierci głównego bohatera, narkomana.

Doświadczenie wiejskiej nauczycielki będzie kanwą kilku jej reportaży. Np. w „Biegunie zimna”. Relacja z biednej rzeczywistości PRL-u, kondycji ówczesnej wsi, o dzieciach, które na inauguracji roku szkolnego: „Nie szepczą do siebie. Wakacje spędziły na miejscu, widząc się codziennie. Nie ma więc, tak jak w mieście, opowiadań o koloniach, wczasach”. A najmłodsze dzieci „Stoją ściśnięte jak kurczaki, zaślinione i obsmarkane. Jest środek żniw i do szkoły przyszły same, nie odprowadzone przez rodziców”. W czasie żniw szkoła ma problemy z frekwencją. Ma też problemy z kadrą nauczycielską, wiele etatów nie obsadzono. Nie jest wesoło: „Wielu uczniów klasy szóstej, a nawet siódmej, nie potrafi czytać ani pisać. Z trudem składają litery i z przerażeniem patrzą na mnie, gdy pytam ich, co to jest orzeczenie (...) Najlepsi chodzą razem z synem dyrektora do równoległej siódmej. Tu pozostali zaniedbani albo na granicy upośledzenia”. Wiele dzieci ze wsi jest zabieranych codziennie autobusem do szkoły specjalnej.

Poza tym panuje jeszcze PRL, a więc kwitnie praca społeczno-wychowawcza, np. wykopki. Dzieci za pracę otrzymują 80 groszy, a nauczyciele pilnujący ich... 150 zł. dniówki: „i bezpłatne ziemniaki na całą zimę. Rolnicy indywidualni wolą zostawić swoje dzieci w domu. Ale wtedy mają one niezaliczone godziny pracy społecznej i obniżony stopień ze sprawowania”

Jest i o problemach polonistki: „Bezradność nauczyciela języka polskiego polega też na tym (...), że tylko on poprawia błędy, próbuje wzbogacić słownictwo.”

Autorka nie unika kontaktu z rodzicami, czy z dziećmi po godzinach szkolnych. Odwiedza też miejscowego księdza, oboje doskonale zdają sobie sprawę z kondycji wsi; nie poddają się, swoje robią. Księdza poraża ilość niedorozwiniętych dzieci, ewidentne ofiary alkoholizmu rodziców.

Reportaż autorka kończy słowami chłopca, który w swym wypracowaniu po roztoczeniu wizji idealnej wsi, jaką zbudowałby mając moc czarnoksiężnika, puentuje tekst smutną refleksją: „Ale ja nigdy nie będę miał czarodziejskiej różdżki i zawsze wszystko będzie na odwrót”.

Domagalska dobrze czuje się w środowisku wiejskim, poświadcza to kolejny reportaż tomiku – „Na chicagowskiej”. Druga połowa lat 80., miejscem akcji, jak widać po tytule, jest wioska żyjąca z amerykańskich „saksów” jej co aktywniejszych obywateli. „Saksy” te uprawiając zresztą z długiej tradycji (już od lat sprzed I-ej światowej), a nie tylko z biedy PRL-owskiej. Domagalska zjechała tam wraz z Jarosławem Szczepańskim, współautorem reportażu (jak i kilku jeszcze zamieszczonych w tomiku). Rozmawiają z tzw. zwykłymi ludźmi, gospodyniami domowymi, rolnikami. Rozmawiają z księdzem proboszczem, nauczycielami.

Tekst o długim tytule „Lisy mają jamy i ptaki niebieskie gniazda, ale syn człowieczy nie ma gdzie, by głowę skłonił (Mt 8, 20)”, jest niewątpliwie kolejnym efektem doświadczenia przez autorkę pracy z narkomanami. Tym razem bohaterem reportażu jest ksiądz chcący pomóc uzależnionym. Miejscem akcji jest Przemyśl.

Kolejny reportaż „Christos woskries” dotyczy rzadko wówczas poruszanej oficjalnie kwestii prawosławia naszych wschodnich ziem, przemyskiego, rzeszowskiego. Problem ważny, czasami skrzący z napięcia, konfliktów. Obraz konfliktu polsko-ukraińskiego, konfliktu religii. Autorce udało się zachować rolę obiektywnego obserwatora, rejestratora nie oceniającego, nie różnicującego a, właśnie, jedynie rejestrującego. Domagalskiej udało się jeszcze jedno ważne przy uprawianiu sztuki dziennikarskiej; zachować dla omawianych spraw szacunek.

Druga połowa lat 80. to dla reporterki zainteresowanie Śląskiem, jego historią, dniem dzisiejszym, zwłaszcza jego wypaczeniami, nie normalnościami. Powstają, dużych rozmiarów, reportaże: „Bardzo czarny Śląsk”, „Wyjść z czterech ścian”. A więc o konfliktach pomiędzy hanysami a gorolami. Ale i efektach pewnych eksperymentów pracowniczych, jak np. w Hucie Silesia, gdy to na początku lat 60., dla uzupełnienia załogi ściągnięto z kraju osiemset kobiet, a po trzech miesiącach stwierdzono... pięćset ciąż: „chcieli rąk do pracy, a dostały im się żłobki do budowy”. Głównym miejscem akcji jest Jastrzębie Zdrój, miasto-dziwoląg. Miasto stworzone głównie przez przybyszy z całej Polski, ludzi o różnych tradycjach, obyczajach. Miasto na początku liczyło trzy tysiące mieszkańców, po 20 latach, w 1986 ma ich już 120 tysięcy.

Ten nagły rozrost nie służy jakości miejsca. To wszystko bogato i nie lękliwie rejestruje - wraz ze wspomnianym już kolegą po fachu, Jarosławem Szczepańskim -

autorka. Jednym z najczęstszych informatorów autorów reportażu są miejscowi księża. Faktycznie, oni wiedzą wszystko i potrafią – jak widać po reportażach (nie tylko tych „śląskich”) – mądrze, taktownie przekazać swą wiedzę pytającym. Z kolei dziennikarze potrafią zręcznie tę wiedzę wykorzystać. W reportażu wspomina się obszernie o przerażających problemach zdrowotnych tamtych regionów. Np. w roku 1986 w samych Gliwicach stwierdzono dwadzieścia pięć przypadków białaczki u niemowląt, coraz więcej rodzi się tam dzieci z wadami genetycznymi. Tekst prowokuje pytanie o aktualną kondycję zdrowotną na tamtych ziemiach, minęło dwadzieścia parę lat. Na dobre, czy na złe... Te rodzące się dziś pytanie dobrze świadczy o autorach publikacji z roku 1986.

Jeśli Śląsk to dlaczego nie pojechać na Wybrzeże, do Gdańska. Powstaje „Jaśkowa Dolina”, reportaż którego przewodnikiem jest konkretny człowiek, Grzegorz, ale i pewien Niemiec (Gunther Grass ze swym „Blaszanym bębenkiem”), plus miasto Gdańsk, a konkretnie Dolina. Domagalska - reporterka inspiracji potrafi szukać wszędzie, w każdej okoliczności, każdym miejscu. Tu np. przysiadając na ławce przystanku Jaśkowej Doliny. Wystarczy westchnąć „Jak tu pięknie!” i zaraz sąsiadka się odezwie, opowie. Opowie coś, co warto zapisać, co tworzy materię reportażu.

Domagalska opisując tamten świat, konflikty notuje: „Jeśli były nacjonalizmy, animozje narodowościowe, regionalne, po Grudniu przestały istnieć. Zginęli wilniacy i kielczanie, ludzie z Lubelszczyzny... Od tej pory o sąsiedzie z parteru nie mówiło się już: ‘Ten Ukrainiec’”.

Tytułowy dla książki reportaż „Intensywny zapach ruty” opowiada o polskich Litwinach, mieszkańcach Puńska, okolic. Ale i o nieobecnych już tam Żydach. Jest i o problemach religijnych, animozjach pomiędzy Litwinami a Polakami. Autorka odwiedza domy Polaków, odwiedza Litwinów. Obejście tych ostatnich łatwo rozpoznać: przed ich domami rośnie ruta. Jest „zielona z niepozornymi delikatnymi żółtymi kwiatkami, które nie pachną. Dopiero roztarta w palcach wydziela intensywny niepodobny do żadnego innego zapach.”

Domagalska lubi wieś. W jej tekstach wyraźna jest swoboda, z jaką porusza się wiejskimi opłotkami, wiejskimi problemami. Ona tam nie jest dziennikarką z Warszawy, a – prawie – mieszkanką. Np. gmina Wojciechów przedstawiona z tekście „Krajobraz pszenno-buraczany”. Obraz wsi na progu Niepodległości, z roku 1989. Jeszcze czas PRL-u, za chwilę rozpocznie się Nowe. Wejdzie w nią człowiek, chłop, który: „ma urlop, jeśli popije mocno i dwa dni męczy go kac. Siedzi wtedy na ławeczce w cieniu. Kobieta – gdy leży w szpitalu po porodzie. To jest jej urlop wychowawczy”. Reportażystka usiłuje opisać życie kulturalne tamtejszego rolnika. Tzn. nie ma go, więc i opisu nie ma. Jest tylko nadzieja, że wraz z Nowym i to się ożywi! Ktoś mówi o reaktywacji zespołu folklorystycznego... Generalnie, ludzie wybierają telewizor.

Reporter nie omija wesel wiejskich, to bardzo dobre miejsce do obserwacji. „Tygodnie przygotowań, trzy dni zabawy i długi na lata. I wspomnienia dla całej wsi i okolic. Tylko jeszcze wesela ściągają ludzi, którym przy zastawionych stołach chce się ze sobą rozmawiać. Poza weselami na wsi nic się nie dzieje, bo nawet w niedzielne popołudnia trudno znaleźć kogoś chętnego do pogawędki”. Dorzuca też: „być może młodzi woleliby, żeby nie urządzać takich wesel, ale przecież wtedy w ogóle nie dochodziłoby do spotkań rodzinnych”...

Wieś to także tekst „Zawrót głowy” zamieszczony już w nowym czasie, bo we wrześniu 1989 roku w „Tygodniku Solidarność”. Tym razem Wąwolnica, czyli znowu
lubelskie, a dokładniej punkt skupu. Relacja, często z kalkulatorem w ręku, z opłacalności hodowli trzody chlewnej. A raczej jej nieopłacalności.

Zbiór zamyka tekst „Przenieśmy Lipsk do Warszawy”. Lipsk enerdowski, od lat niemiecki po prostu. W roku 2002 miasto odbudowane, wyremontowane i puste. Miasto z 60 tysiącami pustych mieszkań, ogromnych przestrzeni biurowych. Przenieść do Warszawy, sugeruje autorka. To oczywiście ironia. Przy okazji autorka zapisuje problemy, jakie powstały na tamtych ziemiach za komunistów. Problemy na długie lata nie do rozwiązania, nawet przez tak bogaty kraj.

Druga połowa lat 80. to już był czas, że i w oficjalnych publikacjach można było wspomnieć o „Solidarności”. Nie za dużo, ale jednak... Często przecież natykam się w zbiorze jeszcze na taki to ozdobnik tekstu: [....]. Znajduję [...] i w tekstach o mniejszościach wyznaniowych, również o Litwinach, Ukraińcach. Także przy opisach PRL-owskiej obyczajowości, czy stanie zdrowia ówczesnego społeczeństwa. Przyznam, iż brakowało mi w czasie lektury uzupełnienia ze strony edytorów owych momentów wyciętych kiedyś przez cenzora. Jest to, zresztą, jedyny mankament omawianej pozycji.

Grzegorz Eberhardt




Stanisława Domagalska, Intensywny zapach ruty. Wydawnictwo dom na wsi „SPS”, Odrzywół 2008

Od wydawcy "Blogu moich blogów"

Otrzymałem e-mail od Marty Szydłowskiej właścicielki wydawnictwa "Dom na wsi", dotyczący kwestii poruszonej przez autora recenzji w ostatnim akapicie. Oto właściwy fragment:

...w zakończeniu swojego
tekstu Eberhardt pisze o fragmentach usuniętych przez cenzurę. Rzecz w tym, że
nie zachowały się wyjściowe teksty reportaży, korzystaliśmy z tego, co
zostało wydrukowane. Także kwerenda Jarka Szczepańskiego w Archiwum Akt Nowych
skończyła się niepowodzeniem, dlatego zdecydowaliśmy się zachować odesłania do
pamiętnej ustawy.

Ocena wpisu: 
Brak głosów