Krakowskie Przedmieście Przemienienia

Obrazek użytkownika Dama Pik
Blog

Nie mogłam pojechać tam, gdzie biło serce Polski 10 kwietnia, do Warszawy, na Krakowskie Przedmieście. Ale pojechały tam moje dzieci, a ja ze ściśniętym gardłem śledziłam w Internecie przekaz na żywo – było przejmująco, wzniośle i pięknie - widziałam Miasto Pana Cogito. Patrząc na zgromadzone tłumy i  morze biało-czerwonych flag, na te sztandary łopocące jak skrzydła, co wysmagane deszczem i wiatrem „jeszcze grają, jeszcze polskie pieśni znają” – doświadczyłam jakichś wyjątkowych i niezaznanych od dawna wzruszeń, aż chciało się zawołać Panie, dobrze nam tu być!
Czuło się tchnienie narodowego ducha i wydawało się przez krótką, szczęśliwą chwilę, że naprawdę niewiele dzieli nas od wolnej Polski, jeszcze jeden powiew, jeszcze godzina zaledwie, dzień, dwa, może miesiąc  i szczęśliwie zawiniemy do portu – skończy się wreszcie nasza duchowa udręka, wymuszona wewnętrzna emigracja i poczucie totalnego wyobcowania we własnym kraju, gdzie „wszystkie te patriotyzmy to jest coś ooo-krooop-nee-go” .
 
U schyłku tego niezwykłego dnia przepełniała mnie dodająca otuchy pewność, że Polska powstanie, że nie tyle budzi się, co już się obudziła, że nasze życie wreszcie odzyska wymiar wspólnotowy, którego pozbawiła go czerwona hołota, że jej zniewalająca naród władza nie będzie trwać wiecznie, przeciwnie – właśnie się kończy.  Emocje, wzruszenia…  Całą noc nie zmrużyłam oka, nad ranem dzieci wróciły z Warszawy, więc nocne Polaków rozmowy przeciągnęły się do świtu. W poniedziałek pobrzmiewały mi jeszcze w duszy słowa, skandowane przez demonstrantów, a senny umysł podsuwał fantazje o Komorowskim, który jedzie do Rosji i już tam zostaje, bo tam jest jednak trochę bardziej u siebie, o Tusku, który podaje się do dymisji i umyka ze swoją Kasią gdzieś hen, daleko, aż pod słońce Peru.
 
Potem nadeszły niepokojące wieści  o gwardzistach HGW, pobiciach, kajdankach, nieznanych sprawcach – słowem moce piekielne przystąpiły do kontrofensywy w stylu jakże dobrze nam w Polsce znanym z czasów sowieckiej okupacji, która nie tylko ciągle trwa, ale przyjęła formę z punktu widzenia zainteresowanych korzystniejszą, bo działa poprzez swoich przedstawicieli, utożsamianych przez tutejszą gawiedź z liberałami, europejczykami, działaczami „Ruchu Odnowy w Duchu Świętym”, nie wiem kim jeszcze i nie wiem, jakim cudem – ale tak jest, niestety. Póki gawiedzi coś lub ktoś nie oświeci w tej sprawie – los ojczyzny marny.
Co nam po wygranych wyborach, jeśli PO i SLD wezmą drugie i trzecie miejsce – z miejsca zawiążą koalicję, i mamy kolejne cztery lata z głowy, a tego eksperymentu Polska może już nie przeżyć.
 
Jak przekonać gawiedź, że nie warto przedłużać spektaklu pt. „Dorzynanie Polski rękami wypróbowanych przyjaciół Rosji” ? Byłoby to pewnie zupełnie realne, gdyby nie matrix – gdyby nie orwellowskie Ministerstwo Prawdy, które rządy czerwonej hołoty nie tylko zabezpiecza, i należycie interpretuje, ale wręcz je umożliwia. Internet podmywa co prawda jego fundamenty, ale tu potrzebne jest tsunami...
 
We wtorek musiałam opuścić mury swojej twierdzy i skapitulować wobec ziejącej pustką lodówki. Udałam się zatem do hipermarketu, a przy okazji zajrzałam do kiosku z gazetami. Tytuły prasowe krzyczały o pojednaniu polsko-rosyjskim pod legendarną pancerną brzózką (Wyborcza), i o tym, że Ziobro ani chybi pójdzie siedzieć – grożą mu trzy lata (Angora). Z kolorowej okładki Newsweeka jarzył się do publiki rozkoszniaczek Durczok w towarzystwie dwóch pań – występowali w reklamie narodowości śląskiej, jeśli dobrze zrozumiałam intencje okładkowego przesłania: „My, Ślązacy”
 
Tłum kręcił się gorączkowo wśród regałów z zającami z czekolady i kurami z cukru (baranki są już passe). Tabliczki informowały, że „w trosce o ciągłość”, dobro klientów  etc. jednorazowo można nabyć tylko 10 kg cukru i mąki. Jakaś dziewczyna rozkładająca towar opowiadała koleżance o swojej matce, że będzie mogła wrócić z Anglii, gdzie obecnie pracuje, dopiero wówczas gdy ona (tj. córka) znajdzie sobie w Polsce lepszą pracę – inaczej nie będą w stanie się tu utrzymać. Pewnie obie głosowały kiedyś na PO – pomyślałam z goryczą. Większość tych ludzi nie zajrzy nigdy na portal Niepoprawnych, i nie kupi Gazety Polskiej. Większość nie kupi zresztą żadnej gazety. Nie podniesie ulotki, nie przeczyta trzech słów na wlepce, przyklejonej do tramwajowej wiaty. Większość tych ludzi nigdy niczego nie zrozumie. A jednak nasz los leży niejako w ich rękach.
Myślicie, że da się kiedyś coś z tym zrobić?
Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

A to => http://tiny.pl/hd8x7 czytałaś? Ciekawi mnie jak zareagują posłowie PO....
Okowita

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Okowita

#151774

Dzięki za link - przeczytałam dopiero teraz. Zgroza.
Jesteśmy jeszcze, czy już nas nie ma?

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Dama Pik

#151784

głowy, że nasz los zależy niejako od nich. Przygnębiające,ale trzeba się z tym pogodzić .Jedyne co można zrobić, to PROWOKOWAC do rozmowy i zadawać im pytania i pytać dalej gdy ich odpowiedzi wzajemnie się wykluczają- To działa, ale nie zawsze ma się ochotę na drogę przez mękę, bo ona długa jest ,a koniecznie trzeba zachować spokój, ale przede wszystkim, za nic ich do niczego nie przekonywać.
Trudna to sztuka!
jazzmin

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

jazzmin

#151855