Orliński - wychowawca polskiej prawicy

Obrazek użytkownika coryllus
Kraj

Gazeta Wyborcza skończyła już z hasłami: „patriotyzm jest jak rasizm” i zaczęła produkować książki o kresach i deportacji Polaków na ziemie zachodnie, o zbrodniach na tych Polakach dokonywanych, a także postarała się o całkiem nowego prawicowego pisarza, któremu nie podoba się przedstawianie PRL a la Bareja. Człowiek ten ma świadomość tego, że w PRL strzelano do ludzi, a nie ukarani zbrodniarze chodzą po ulicach. Przeszkadza mu to i próbuje w bezkompromisowy sposób o tym mówić. Według jego prozy filmy kręci Bromski, a Orliński robi z nim wywiad żywo przypominający rozmowę śledczego ze skruszonym więźniem, ponadto dużo jest w tym wywiadzie z klimatu pamiętnego filmu pokazującego Adama Michnika wleczonego korytarzem komunistycznej turmy, a potem ze skwaszoną miną wychodzącego z więzienia.

Facet, o którym mówię nazywa się Zygmunt Miłoszowski i wygląda prawie tak samo jak artysta Szcześniak Mieczysław 80 kilogramów temu. Nie rokuje to dobrze, o czym biedak ten jeszcze nie wie, tak samo jak dobrze nie rokują pytania zadawane mu przez Orlińskiego.

Orliński jak to Orliński załadował do tego tekstu to co zwykle; pogardę dla mniej zarabiających, dla tych którzy muszą pracować, dla tych co przyjeżdżają do Warszawy z prowincji, zasugerował że najbardziej filosemicka partia jaką do tej pory znaliśmy czyli PiS jest w istocie antysemicka, tak jak cała prawica, zbagatelizował i tak już fałszywe rozterki tego całego Miłoszowskiego i w ogóle zrobił z niego tło dla swojej przesprytnej manipulacji.

Zanim przejdę do szyderstw głównych, chciałby jeszcze tylko napisać, że powinniśmy modlić się o to, by Orliński jak najdłużej był tym propagandystą GW, to nam gwarantuje bezpieczeństwo, można się od czasu do czasu pośmiać i poprawić sobie samoocenę patrząc na jego zdjęcie. To wbrew pozorom wiele.

W tym całym wywiadzie zaś trzy są rzeczy najważniejsze; to jak Orliński rozumie swoją pracę, to jak pisarz rozumie swoją pracę oraz co obaj myślą o czytelniku.

Zacznijmy od Orlińskiego. Napisał on w pytaniu coś takiego: „Ale przecież w pracy dziennikarza najgorsze nie jest chodzenie do biura, tylko to że czasem trzeba pojechać w teren i zebrać materiał”.

Takie zdanie napisał czołowy dziennikarz czołowej gazety. I właściwie nie ma co już dodawać, bo i po co. Co ja mogę powiedzieć Orlińskiemu?. Jeśli mu powiem, że to właśnie w pracy dziennikarza jest najlepsze, że od tego właśnie wszystko się zaczyna to on po prostu w to nie uwierzy, bo jeśli kiedykolwiek gdziekolwiek był to i tak nic z tego nie wynikło co dobrze widać po jego tekstach. Jeśli mu powiem, że zaprzecza tym zdaniem istocie zawodu, który wykonuje to mi powie, że on jest „znawcą popkultury” nie dziennikarzem i sprawa zamknięta. Coś jednak trzeba powiedzieć.

Myślę mianowicie, że ludzie bardzo, bardzo pewni swego zamieniają się w powoli w postacie z Haszka. Orliński zamienił się za pomocą tego wywiadu w wywiadowcę Bretschneidera z powieści o wojaku Szwejku, bądź jak chce kolega Orlińskiego pan Szczygieł, o żołnierzu Szwejku. Wywiadowca Bretschneider to był ten facet, który dosiadał się w knajpie do bogu ducha winnych obywateli i zadawał im podchwytliwe pytania – co pan myśli o Najjaśniejszym Panu – na przykład. Robił to ponieważ najgorsze dla niego, tak jak dla Orlińskiego, było jeżdżenie gdzieś i zbieranie materiałów. Potem ten cały Bretschenider pokazywał tym obywatelom żółtą odznakę z dwugłowym orłem, a żandarmi pakowali ich do cel. Orliński póki co odznaki jeszcze nie ma, ale cierpliwości, niedługo ją posiądzie.

Teraz o samym pisarzu Miłoszowskim. Przywiązuje on dużą wagę do uczciwości wobec czytelnika, ale jest w tym – co dowodnie pokazuje wywiad – mocno niekonsekwentny. Podkreśla, że cena jego książki – 35 złotych – to dużo pieniędzy i czytelnik wydając te pieniądze poświęca się dla Miłoszowskiego. To dobrze o Miłoszowskim świadczy, ale potem się on w tych rozważaniach o uczciwości nieco gubi.

Co pisarz prawicowy przepytywany przez Orlińskiego nazywa uczciwością? Otóż pisze on właśnie, czy też napisał już, trylogię o przygodach jakiegoś prokuratora w różnych miastach Polski. Małych miastach dodajmy, bo te właśnie obszary są dla dziennikarzy i pisarzy związanych z GW najciekawsze. Tam bowiem szukają nowych odbiorców produkowanych przez siebie treści. Uczciwość pisarza polega na tym, że pojechał on do Sandomierza, poznał tamecznych prokuratorów i bywał z nimi w lokalach, w których oni bywają stale. Dowiedział się przez to różnych ciekawych rzeczy i o nich opowiada.

To nie jest tak, że ja nie wierzę w prokuratorów przesiadujących w lokalach, ja w to wierzę, naprawdę, choć sam takowych nie spotkałem. Moi akurat nie przesiadywali, tylko latali na Majorkę, w to jednak żaden pisarz z GW, tym bardziej prawicowy, że o samym Orlińskim nie wspomnę, nigdy by nie uwierzył, bo to w ich ocenie nie jest „realistyczne” i nie kojarzy się z polską prowincją. Nie ma w tym także nic z tak ukochanego przez publicystów GW zapaszku małych miasteczek, gdzie kiedyś mieszkali antysemici, a teraz też tam są tylko się ukrywają.

Nie to jest jednak najlepsze w „uczciwości” pana pisarza. On zdradza w pewnym momencie Orlińskiemu pewną tajemnicę. Tajemnicę tę posiadł wyjechawszy do miasta Sandomierza, tak jak bohater jego powieści. Pisarz udał się tam – podkreślam raz jeszcze – by realistycznie opisać życie Sandomierza i jego prokuratorów. I to mu się udało. Trafił bowiem tam na ślad zapomnianej zbrodni, oto jeden z tych prokuratorów co chodzili z Miłoszewskim po knajpach zdradził mu, że jego toga to swego rodzaju puchach przechodni, powiedział też, że była ona obecna przy wykonywaniu ostatnich dwóch wyroków śmierci w Polsce, wyroków za zbrodnię połaniecką. Nosił ją poprzednik tego gadatliwego co z Miłoszowskim w knajpie gadał – rozumiem, że gdzieś w rynku ta knajpa, bo przecież nie za Bramą Opatowską? Potem togę przekazał następcy. I tak to Miłoszowski dowiedział się, niespodziewanie o zbrodni połanieckiej. – Spróbuj coś takiego wymyślić z sufitu! Na etapie dokumentacji odkrywam tak fantastyczne historie, że sam się przy tym świetnie bawię – tak powiedział w tym wywiadzie pisarz Miłoszowski do dziennikarza Orlińskiego. Ten zaś wypowiedź tę, zgodnie z etyką właściwą redakcji, w której pracuje zbył milczeniem.

Ja oczywiście rozumiem, że pisarz Miłoszowski to rocznik 1976 i on nie ma pojęcia czym była w PRL zbrodnia połaniecka i jakim echem się odbiła, ale Orliński musi o tym wiedzieć i musi mieć świadomość, że Roman Bratny napisał o tym książkę pod tytułem „Cicha Noc”, a potem zrobiono na motywach tej książki film. Ja rozumiem, że Orliński i całe jego życie jest jednym wielkim szyderstwem z rzetelności, wiedzy, warsztatu i uczciwości. On przecież doskonale zna sprawę, a jeśli o niej nie wspomina to tylko dlatego, że uważa swoich czytelników za durniów, pisarza zaś za ober-durnia, któremu wydaje się, że pojechał do Sandomierza i coś odkrył.

Pobawmy się teraz w grę pod tytułem „nieuczciwy detektyw”. Oto ja, nie mając pojęcia o trybie pracy detektywów, nie jeżdżąc do Sandomierza i nie znając żadnego filmowca piszę scenariusz taki: Pan Miłoszowski, w porozumieniu z reżyserem Bromskim i producentem serialu o ojcu Mateuszu umyślił sobie napisać książkę, w której jego bohater idzie tropem „zapomnianej” zbrodni sprzed lat, pomaga mu w tym miejscowy prokurator w starej, znoszonej todze. Do interesu wciągają Orlińskiego, który ma zająć się promocją. Orliński bierze się za to z właściwą sobie bystrością. Opowiada o tym jaki pisarz jest świetny, wymyślają na poczekaniu tę całą „uczciwość wobec czytelnika” i wokół tego smarują całą historię. Bromski planuje nakręcenie według tego gniota kolejnego słabego filmu za pieniądze podatników, a producent „Ojca Mateusza” zamiesza wpleść wątki nowej powieści do swojej serii. Budżety są już przygotowane. I wszystko gra.

Niech wam się wiedzie chłopcy, pamiętajcie tylko o tym, że istotą prawdziwego sukcesu jest eliminacja pośredników. A jeśli w jednej bandzie zgromadzi się za dużo hersztów może dojść do przewlekłego mordobicia, zwanego eufemistycznie kłótnią o pieniądze.

Uczciwość pisarza, który jeździł do Sandomierza, aby dogłębnie poznać życie mieszkających tam prokuratorów ma jednak jeszcze jeden aspekt stawiający rzecz całą pod wielkim znakiem zapytania. Na sugestie Orlińskiego, że jest pisowcem i czarną reakcją, a jego bohater także, broni się Miłoszowski za pomocą zwyczajowego u nich chwytu – to tylko fikcja literacka – i teraz uwaga – „jak będę chciał zrobię z niego (z bohatera powieści- dopisek mój) zoofilia i antysemitę”.

Po pierwsze nie rozumiem dlaczego zoofil jest na pierwszy miejscu a antysemita na drugim, wszak wszyscy wiemy, że zoofil to tylko kochający inaczej, a antysemita to prawdziwy zbrodniarz. Po drugie – patrząc na Miłoszowskiego ja oczywiście wierzę w to, że w imię uczciwości wobec czytelnika, który za jego książkę musi zapłacić 35 złotych, jest on w stanie wydymać kozę czy nawet wręcz kreta, byle tylko dać czytelnikowi prawdziwy, rzetelny i realistyczny obraz życia zoofilów. W to jednak, że powie coś na Żydów lub tylko zakoleguje się z antysemitami, by poznać ich życie i ulubione knajpy nie uwierzę nigdy. Stąd także bierze się mój brak wiary w wiedzę o warsztacie u pisarza Miłoszowskiego.

Wątpliwości moje potwierdziła dalsza część wywiadu, w którym Miłoszowski zapowiada nową powieść – o fenomenie antysemityzmu bez Żydów. Zapowiedź przeplatana jest sugestiami Orlińskiego, jakoby PiS był partią antysemicką. Mówi też dużo nasz pisarz o sandomierskiej synagodze zamienionej na archiwum. Co ma oczywiście swoją wymowę. Prawie tam samo mocną jak opisane niedawno przez Toyaha kościoły Maastricht zamienione na restauracje i sale do koszykówki.

Ciekawe jest także to, że pisarz świadom jest faktu iż między nami są zbrodniarze z czasów PRL. Orliński fakt ów bagatelizuje i żadne nazwisko nie pada. Bo i po co. Młodzieży czytającej książki Miłoszowskiego, tak jak i jemu samemu nazwiska nie są potrzebne. Zachęcam do przeczytania tego wywiadu w całości, bo to jest przypadek wręcz klinicznej łapczywości.

Wszystkich oczywiście zapraszam na swoją stronę www.coryllus.pl, gdzie można kupić prawdziwe książki, z prawdziwymi bohaterami i prawdziwymi emocjami. Przysięgam także na wszystko co mam najświętszego, że przy opisywaniu szarży brygady Kickiego pod Olszynką Grochowską, który to opis znajduje się w „Baśni jak niedźwiedź” nie korzystałem z wehikułu czasu. Zapraszam.

Ocena wpisu: 
Brak głosów