O kucykach, małym Kubusiu i autorytetach moralnych

Obrazek użytkownika coryllus
Kraj

Jeśli komuś wydaje się, że urban legends to wymysł Amerykanów tkwi on niestety w błędzie. Nie chcę nic sugerować, ale moim zdaniem legenda miejska to narzędzie wymyślone dość dawno temu przez Żydów z Pragi, a potem w sposób niesłychanie sprawny podlansowane przez tamtejszych dziennikarzy żydowskiego pochodzenia, takich jak Egon Erwin Kisch. Później ukradli je komuniści, którzy za pomocą rozmaitych, krojonych na swoją miarę legend, dorabiali gębę kontrrewolucji, a dopiero na koniec znalazła ona – legenda miejska – najprawdopodobniej za sprawą wspomnianego już Egona Erwina Kischa, ciepłe przytulisko w USA, gdzie funkcjonuje do dziś i pozwala zarabiać niezłe pieniądze różnym nieudacznikom.
W czasach naszego siermiężnego dzieciństwa legendy miejskie były, a jakże, obecne w życiu, świadomości i podświadomości każdego. Czarna Wołga choćby, wszyscy ją pamiętamy, było to ruchome laboratorium, w którym wytaczano krew z porywanych dzieci i samolotem przewożono ją do Moskwy, gdzie była natychmiast pompowana w umierającego Breżniewa. Było jeszcze kilka innych legend, ale czarna Wołga miała moc największą. Ja osobiście zapamiętałem także jakieś opowieści mniejszego kalibru wymyślane, jak sądzę, w powiatowych komendach milicji, w celu zdyscyplinowania miejscowej ludności i i wzmożenia czujności. Dotyczyły one przeważnie spraw płciowych i zahaczały o Kościół. I tak pojawiła się pewnego dnia w naszej okolicy legenda o facecie z brodą, co biega goły i śpi w stogach, a milicja szuka go, bo ukradł hostię z kościoła. W tamtych czasach było dla mnie oczywiste, że jak ktoś ukradnie hostię z kościoła, milicjanci natychmiast ruszają za nim w pościg, a on musi kryć się po stogach, pozbywając się wcześniej ubrania. Łaziliśmy nawet z kolegami po łąkach, takich wiecie późnoczerwcowych łąkach, po skoszonej trawie, z wiosennym jeszcze śpiewem ptaków w powietrzu w poszukiwaniu tego świra świętokradcy. Mieliśmy nadzieję, że może dadzą nam nagrodę za wskazanie miejsca gdzie się ukrywał.
Najwięcej jednak opowieści dotyczyło niegodziwych księży. To była prawdziwa plaga. Obojętnie czy byłem akurat u dziadków czy w domu, ktoś zawsze przyniósł ze świata jakąś historię o księdzu, co wziął za dużo za pogrzeb, albo odmówił pochówku. W mojej rodzinie także była taka legenda, ale dotyczyła ona czasów tuż powojennych, w których było raczej głodno i chłodno, nie mogę się więc autorytatywnie wypowiedzieć na temat jej autentyczności. A może to była prawda? W każdym razie historie o niegodziwych księżach były istotną częścią masowej wyobraźni w czasach naszego dzieciństwa. Towarzyszyły temu jeszcze legendy o księżach karciarzach, które zdaje się funkcjonują do dziś. Wszystko to stanęło mi przed oczami dziś z samego rana, kiedy obudziłem się mocno zdenerwowany wypadkami wczorajszego wieczora. Uśpiłem oto moją córkę i zasiadłem do pisania, chciałem już zakończyć książkę amerykańską i mieć to z głowy. I w chwili kiedy włączyłem komputer zgasło światło. Było jeszcze przed 20.00. Prąd włączyli w nocy, a ja przewracałem się z boku na bok do rana wściekły, że przed czwartkiem nie doprowadzę pracy do końca. No i rano przeczytałem sobie o Kubusiu. Informację podała Wirtualna Polska, a tekst pochodził z dziennika „Fakt”. Kubuś umarł mając trzy latka, nie wiadomo na co. Lekarze nie spodziewali się tej śmierci, jak piszą dziennikarze „Faktu” . Zrozpaczeni rodzice poszli do księdza, żeby załatwić formalności związane z pogrzebem, a ten odmówił pochowania dziecka, bo miał wtedy ślub. Tak to właśnie było. Nie wiem jaka to parafia, ale mieści się ona w mieście Tychy, dość sławnym śląskim mieście, w którym, jak we wszystkich miastach funkcjonują różne legendy. W tekście jest oczywiście wypowiedź księdza, który usprawiedliwia się, że nie dopełnił formalności, bo nie było to konieczne. Dziecko było bez grzechu i trzeba je było po prostu pochować na cmentarzu. Ja nie wiem o co dokładnie poszło, ale jeśli mam wybierać pomiędzy wiarygodnością księdza a dziennika „Fakt” i jego pracowników wybieram tę pierwszą. „Ksiądz nie pochował małego Kubusia” - taki tytuł widzimy dziś w fakcie i tego nie zmieni już nic. Mamy więc pedofilów, Michalika, który ich broni i tę świnię w sutannie z parafii w Tychach, która odmówiła chrześcijańskiego pochówku dziecku. Zgaduję, że gdyby ksiądz się zgodził, porzucił umówione już wcześniej uroczystości weselne, nie dał ludziom ślubu, a zamiast tego poszedł z konduktem na cmentarz, a wcześniej poprosił o datek, w „Fakcie” ukazał by się tytuł: „Ksiądz wziął pieniądze za pochowanie małego Kubusia”. Ja przepraszam, że drążę ten temat, ale nie potrafię sobie wyobrazić, że ktoś leci z taką sprawą do gazety, której redakcja mieści się w Warszawie, a do jej drzwi ustawia się co dnia długa kolejka dwugłowych cieląt, kosmitów z planety Spectra, ulicznych grajków, transwestytów prześladowanych przez Kościół i wyznawców sekty Moona. Po prostu nie potrafię i już.
Myślę więc, że sprawa ta to część szerszego zamierzenia, które właśnie zaczyna rozgrywać się przed naszymi oczami, a w którym z własnej woli lub pod przymusem uczestniczy arcybiskup Michalik. Nie potrafię sobie bowiem również wyobrazić, że w episkopacie nikt nie wpadł na pomysł, by zatrudnić kogoś, kto będzie pilnował takich spraw jak publiczne wypowiedzi hierarchów. Z trudem akceptuję sytuację, w której mamy z jednej strony te ataki na arcybiskupa, a z drugiej jego obronę przez braci Karnowskich w kolejnym długim wywiadzie. Przecież to jest kopanie leżącego. Arcybiskup najpierw coś mówi, potem go przewracają i flekują, a on nawet nie bardzo rozumie za co, a na koniec przychodzą Karnowscy i żeby podnieść sobie trochę sprzedaż proponują arcybiskupowi wywiad. On w tym wywiadzie tłumaczy się i próbuje wszystko wyjaśnić zwalając winę na tamtych, co chcą go ubabrać, ale efekt uzyskuje odwrotny od zamierzonego. To znaczy uzyskuje jedynie spotęgowanie efektu jaki oglądaliśmy po jego niefortunnej wypowiedzi i nic więcej. I teraz ważne pytanie: czy Karnowscy zdają sobie z tego sprawę i czy wiedzą jak delikatnych narzędzi potrzeba by się przed takimi wypadkami ustrzec. Przypuszczam, że nie wiedzą i pewnie nigdy się nie dowiedzą, bo ich misja nie polega na zbieraniu takich informacji.
W czasie kiedy ksiądz odmawia pochówku trzyletniemu dziecku, a arcybiskup Michalik tłumaczy, że afery pedofilskie to po większej części ustawki i fotografuje się przy tym z uśmiechniętymi życzliwie braćmi Karnowskimi, na rynku ukazuje się książka Michała Komara, której tytułu nie pamiętam, a która jest po prostu wywiadem rzeką z Krzysztofem Piesiewiczem. Naprawdę, jest taka książka i autorem jej jest Michał Komar. Mój przyjaciel mawia zaś o ludziach pokroju senatora Piesiewicza – zboczone kucyki. I twierdzi jeszcze, że ten co strzela batem nad ich grzbietami nie chce w rzeczywistości tresować kucyków, ale publiczność w cyrku. Ja zaś nie mam innego wyjścia jak przyznanie mu racji. Sprawę Krzysztofa Piesiewicza pamiętamy wszyscy, były to początki mojego blogowania, w tymże samym dzienniku „Fakt” ukazała się fotografia Piesiewicza przebranego w damskie ciuchy, kompletnie naćpanego, wokół którego latały jakieś dwie dziwki. Z każdego punktu widzenia obraz ten wygląda groźnie i strasznie. Oto facet, który miał ambicje, człowiek lokowany jako moralny autorytet i fachowiec w dziedzinie prawa, stacza się na samo dno. Ja zakładam, że owo stoczenie się nie nastąpiło od razu, ale przebiegało etapami i miało związek z jakimiś silnymi deficytami Krzysztofa Piesiewicza. Mam na myśli deficyty emocjonalne i intelektualne. Twierdzę jednym słowem, że przez całe dorosłe życie senator Piesiewicz udawał kogoś innego niż był w rzeczywistości. Było mu pewnie ciężko, ale w miarę jak stawał się sławny i piął się w górę narastało w nim poczucie, że jednak można będzie kiedyś odrzucić pozory i stanąć w prawdzie. No i dzień ten nadszedł w końcu, ale okazało się, że w tym samym dniu gangsterzy, od których Piesiewicz kupował towar postanowili wraz z dziennikarzami „Faktu” urządzić sobie zabawę jego kosztem. Jaki morał płynie z tej opowieści? Taki mianowicie, że nie należy traktować się zbyt serio, a jeśli ktoś uważa, że ma obsesję na punkcie lekkich kobiet, niech może spróbuje uśmiechnąć się do siebie w lustrze. Niekoniecznie trzeba od razu jechać pod Marriott, człowieka nachodzą bowiem czasem różne dziwne chętki i lepiej to przeczekać. - Łatwo ci mówić – rzeknie ktoś – jesteś tylko nędznym blogerzyną, jak to celnie ujął Rafał Aleksander Ziemkiewicz i twoje obsesje oraz pragnienia są z grubsza identyczne jak twoja kondycja. Nie podlegasz takim ciśnieniom jak wielcy, jak twórcy prawdziwi i prawdziwi prawodawcy, w typie Piesiewicza.
To prawda – odpowiem – nie podlegam. Czasem mam ochotę zapalić, choć nie palę już 8 rok, ale jakoś sobie z tym radzę.
I popatrzcie teraz w jak komfortowej sytuacji znajduje się Piesiewicz po tych czterech latach, w o ile lepszej niż arcybiskup Michalik. Udziela wywiadu Michałowi Komarowi i mówi wprost, że ma słabość do kobiet, a Michał Komar obdarza go najcieplejszym ze swoich spojrzeń i wszystko wybacza. Karnowscy zaś teoretycznie czynią to samo, ale efekt jest inny, różnica zaś w tych efektach jest taka jak pomiędzy słowami „wybacza” a „wypacza”.
Mówi nam jeszcze Krzysztof Piesiewicz, że kiedy zagląda do Internetu, nie może nadziwić się tej wściekłej nagonce, której padł ofiarą. Mówi wprost, że jako prawnik widzi ile przestępstw popełnia się codziennie w sieci i nikt z tym nic nie robi. I – o ile dobrze pamiętam – dodaje, że kiedy już wyleczy się do końca z ran zadanych przez podłych i podstępnych ludzi, zabierze się za tych cybernetycznych przestępców. Nie mówi niestety dokładnie senator Piesiewicz kogo ma na myśli. Pozostaje nam więc jedynie modlić się, że nie nas, bo jeśli jednak nas, to koniec. On jest najlepszy i wie tyle, że nawet jeśli któryś z nas zapali kiedy papierosa w tajemnicy przed żoną, to już będzie po nim.
Na koniec powiem Wam jeszcze coś. Oto mój przyjaciel od celnych bon motów, ten co to wymyślił określenie „zboczone kucyki” przysłał mi link do biografii ojca Michała Komara. Ojcem tym był generał Wacław Komar. I wiecie co tam przeczytałem? Nigdy nie uwierzycie. Otóż okazuje się, że Wacław Komar, w czasach najcięższych walk z kontrrewolucją nosił ksywkę, przepraszam chciałem powiedzieć pseudonim, „kucyk”. Przysięgam, że tego nie wymyśliliśmy, ani ja ani ten mój kolega. Tak się samo złożyło. Możecie sprawdzić.
Przypominam, że na stronie www.coryllus.pl można już kupić nową książkę Toyaha o zespołach. Ja zaś występuję dziś wieczorem z Grzegorzem Braunem w hotelu Copernicus w Toruniu, początek o 18.30. Jutro zaś występujemy w kawiarence parafialnej w Lubiczu Górnym pod Toruniem o tej samej godzinie.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Świetnie napisane i daje do myślenia.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

markiza

#387718

śmierci spodziewała niż takiego wyznania z mojej własnej strony.
Mam jednak uwagę natury technicznej: więcej akapitów poproszę, bo się źle czyta.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#387742