O du..ie co poszukuje bata

Obrazek użytkownika coryllus
Kraj

Ze spotkań z czytelnikami płynie zawsze jakaś nauka, nawet wtedy kiedy spotkania te nie są do końca udane. Na ostatnim wieczorku pod Toruniem w miejscowości Lubicz Górny pod Toruniem, było bardzo sympatycznie, ale nad publicznością i nad nami dwoma unosił się pewien szczególny duch, o którym chciałbym teraz napisać. Oto dwie albo trzy osoby z sali wypowiadając się głośno, zawarło w swoich wypowiedziach, mimowolnie jak przypuszczam, treści, które determinują klęskę. Pewien pan powiedział, że jak będziemy organizować więcej takich spotkań, to może kiedyś uda się te spotkania przekształcić w coś innego, w szkołę dla dzieci na przykład. Pewna pani powiedziała, że nauczycielka w szkole, gdzie uczęszcza jej dziecko, opowiada na lekcji historii o Polakach, którzy w czasie wojny stworzyli warunki umożliwiające przeprowadzenie holocaustu. Inny pan zapytał mnie co ja rozumiem poprzez słowo Lewiatan i czy nie uważamy czasem, że po roku 1989 zostaliśmy jednakowoż trochę oszukani.
Tuwim napisał kiedyś opowiadanie o tym, jak odwiedził go młody idealista, żeby porozmawiać o naprawie świata. Nie pamiętam niestety tytułu tego opowiadanie, ale chodziło o to, że najpierw była rozmowa o wspomnianej naprawie, potem jakieś piwo, potem flaszka, potem kolejna, a nad ranem rozpaczliwe poszukiwanie miejsca gdzie o tak niezwykłej porze można by jeszcze kupić alkohol. Całość kończy się wezwaniem młodego idealisty skierowanym do poety Tuwima, które to wezwanie brzmi: Julek! Może na dworcu dadzą?!
Co ja chcę powiedzieć, poprzez przywołanie tego przykładu? Otóż chodzi mi o to, że żadne zebrania, nawet najbardziej podniosłe nie skończą się założeniem szkoły. Mogą się skończyć co najwyżej rozpaczliwym poszukiwaniem flaszki nad ranem i niczym więcej. Żeby założyć szkołę w ogóle nie trzeba się zbierać. Trzeba skompletować dokumentację, wynająć lokal i zatrudnić nauczycieli. W polskich warunkach to jest bardzo ciężka praca, która nie ma nic wspólnego z siedzeniem przy kawie i gawędami. Te ostatnie są też potrzebne, ale nadzieja, że one same z siebie w coś się przekształcą, w coś – przepraszam za słowo – wyewoluują, jest bezzasadna i naiwna. Nic takiego się nie stanie. Będą to nadal tylko zebrania i pogawędki, które nie stymulowane z zewnątrz nowymi impulsami, nowymi ludźmi, zakończą się tak jak już napisałem, albo przekształcą się w ponury rytuał, którym rządzić będzie jakaś hierarchia nie dopuszczająca do żadnych zmian, a to ze względu na jakieś satysfakcje emocjonalne, których doświadcza. Ten ostatni wariant kończy się zwykle zaniechaniem zebrań lub rozbiciem środowiska na dwa zwalczające się obozy. Powtarzam więc – pogawędki przy kawie tak, one są potrzebne, ale muszą mieć cały czas świeże paliwo. Inaczej będzie klęska, kac i wódka na dworcu, albo kłótnia o kolor wstążek w klapach marynarek. Na nic więcej, bez szczerego i intensywnego wysiłku liczyć nie można.
Teraz kwestia szkoły i nauczania historii. Nie ma możliwości by ukrócić tego rodzaju praktyki, jak wspomniany na tym spotkaniu sposób prowadzenia lekcji historii bez dużego skandalu. Po prostu. Pani, która zgłosiła ten problem próbowała mnie przekonać, że awantury na szczeblu dyrektorskim coś mogą pomóc, a ja – odmawiając im sensu – nie wiem o czym mówię. Ja doskonale rozumiem, że to jest fantastyczna rzecz iść do dyrektora szkoły i się z nim trochę pokłócić. Ja sam czasem angażuję się w tę dyscyplinę sportu, ale to są półśrodki, które można potem omówić sobie na spotkaniu z sąsiadami i rozejść się do domów z poczuciem, że cofamy się na całej linii i lepiej nie będzie. Być może uda się jakoś zdyscyplinować nauczycielkę wariatkę, ale raczej w to nie wierzę, bo opowiadanie wspomnianych tu bredni wygląda na emanację jakiegoś ukrytego programu dla wybranych nauczycieli. I myślę sobie, że z tej sytuacji wyjścia są trzy: albo trzeba iść do prokuratury i zgłosić tam przestępstwo, jakąś negację kłamstwa oświęcimskiego, bo przecież jasne jest, że to nie Polacy zbudowali Oświęcim, albo założyć własną szkołę, albo napisać list do „Reduty Dobrego Imienia” i mieć nadzieję, że oni się o tym zajmą, że zdyscyplinują tego dyrektora i tę nauczycielkę. Ja oczywiście optowałbym za założeniem szkoły, ale wiem, że to trudne i tak naprawdę musiałbym przećwiczyć reakcję na coś takiego w praktyce na sobie samym. U nas w szkole jednak takich rzeczy o holocauście nikt nie opowiada.
Pan, który zapytał mnie o lewiatana wykazał się niezwykłym wprost refleksem, interesowały go bowiem przekształcenia własnościowe po roku 1989 i domagał się od nas oceny tych wydarzeń. Ja zaś odniosłem przykre wrażenie, że chce on być prowadzony za rękę po tym dziwnym muzeum, w jakie zamienia się powoli nasz świat i chce by ktoś mądrzejszy objaśniał mu o co chodzi i kto tak dziwnie poukładał eksponaty. No więc jeśli ja dobrze zrozumiałem wystąpienie tego Pana, to znaczy, że mamy do czynienia z jakąś horrendalną pomyłką. Po pierwsze: nie ma mądrzejszych. Po drugie: nikt nikomu niczego objaśniał nie będzie. Pułapka bowiem, w którą wpadamy nieustannie działa bowiem na innej zasadzie. Wszystko co dociera do nas wprost i jest łatwo dostępne najprawdopodobniej jest oszukane. Domaganie się zaś jasnych i prostych odpowiedzi, od kogoś, niewiara we własne oceny i własne siły to początek katastrofy. No, ale może ja się mylę, bo jak miałem zawsze pod górkę. Może ten Pan prowadzi spokojne, dostanie życie, a od czasu do czasu jedynie dopadają go takie dylematy i chce, żeby ktoś mu je wyjaśnił. Nie wiem, ale jeśli tak jest to ja akurat jestem ostatnią osobą nadającą się do roztrząsania takich kwestii.
Do czego zmierzam? To proste – do punktu, w którym my wszyscy, przestaniemy się traktować jak dodatek do kanału Eurosport. To jest konieczny warunek sukcesu. Spotkania wspólnotowe to nie jest jeszcze jedna rozrywka, która czasem zastępuję telewizor i jest ucieczką od tak zwanego „prawdziwego życia”. To owe spotkania są prawdziwym życiem i ono powinno obfitować w konsekwencje realne i doniosłe. Czy takie rzeczywiście będzie? Nie wiem. Póki co bowiem, wiele osób – nie wszyscy, ale wiele – uważa, że najpierw musimy długo, długo rozmawiać, a robota będzie potem, albo i nie będzie, o to już mniejsza. Chodzi o to, byśmy posłuchali się nawzajem i by atmosfera była taka bardziej „klimatyczna”. I ja to rozumiem, ale postanowiłem zwalczać tę postawę z całej mocy.
Takie właśnie wnioski wyciągnąłem ze spotkania w Toruniu i w Lubiczu. Opowiem jeszcze na koniec o pewnym młodym człowieku z Torunia. Podniósł się on i zapytał Grzegorza Brauna o tę całą prawicę. Jak to jest, że młodzi ludzie dostają od lewicy interesującą i ciekawą ofertę, a od prawicy nie. Same nudy, albo pogrzeby, a jeśli już jakaś sztuka czy kultura to na poziomie żenująco niskim. Ja się z tym młodym człowiekiem zgadzam. I to ja odpowiadałem na to pytanie nie Braun. Zgadzam się z nim, bo tak to właśnie jest, ale tu w ogóle nie chodzi o to, by proponować komuś jakąś ofertę. Oferta to jest cyrograf. I młodzi ludzie z ochotą go podpisują, bo wtedy jest fajnie. Deprawacja dokonywana przez tak zwaną lewicę nie polega na tym, że ktoś lubi sobie pooglądać gołe cycki w teatrze, ale na tym, że stać go na zadanie takiego właśnie pytania, że on te kwestie rozważa w taki właśnie sposób. To jest objaw jak po pavulonie. Trzepotanie rękami i gwałtowne próby złapania powietrza.
Tu nie ma mowy o żadnym wyborze, bo on nie istnieje. To są złudzenia. Nie można wybierać pomiędzy Sierakowskim a Sakiewiczem. Pomiędzy krytyką polityczną a GP, sami to chyba rozumiecie. I jeszcze jedno: o ofercie młodzi ludzie dowiadują się z telewizji, żeby zaś zacząć działać, bo na myślenie jest już za późno, trzeba przede wszystkim wyrzucić telewizor przez okno.

Dziś właśnie dowiedziałem się, że w czasie pogrzebu Tadeusza Mazowieckiego będzie bił dzwon Zygmunta. To jest w mojej ocenie tak znamienne i straszne, że nie mogę się powstrzymać przed umieszczeniem tym zapomnianego już rozdziału z II tomu Baśni jak niedźwiedź, która tak jak inne książki dostępna jest na stronie www.coryllus.pl

Dzwon

Metody unieważniania politycznych i gospodarczych organizacji oraz ich przywódców nie zmieniły się od opisywanych tu czasów wcale. Kiedy władca chciał pozbyć się niewygodnego wasala, krnąbrnego współpracownika, zawsze mógł liczyć na organizacje skupione w miastach. Mógł liczyć na najemników udających „rozgniewany tłum”, na lokalnych patrycjuszy, którzy trzymali w ręku wszystkie interesy i mieli władzę nad wszystkimi mężczyznami zdolnymi posługiwać się bronią jacy znajdowali się w obrębie aglomeracji. Możliwości było bardzo wiele. Omówiliśmy kilka z nich. Mord dokonany na Andrzeju Tęczyńskim był i jest nadal przykładem bardzo misternej prowokacji, której konsekwencji nie potrafili przewidzieć sami uczestnicy. Zamordowanie Franciszka Wolskiego to po prostu rozgrywka mafijna, zaaranżowana za wiedzą i zgodą panującego, który w dodatku bierze od organizacji przestępczej pieniądze za milczenie. Zamordowanie księcia Mikołaja z Niemodlina to szczyt bezczelności i pokaz siły miejskich i gospodarczych mafii, które nie mają szacunku dla nikogo i dla niczego, a najmniej dla starych praw i wartości, którym hołduje klasa feudałów. Wiek XVI to początek walki pomiędzy etosem rycerskim a mieszczańskim. Ten drugi został przez piśmiennictwo historyczne podniesiony pod niebiosa prawie, ten pierwszy zaś zbrukano i ośmieszono. I to jest – tak myślę – powodem, głęboko zakorzenionej w naszych sercach zgody na działalność organizacji przestępczych o charakterze tajnym. Przyzwolenie na to jest nam wkładane do głowy i serca już w szkole i hołubimy je oraz dopieszczamy przez całe życie, lamentując wraz z ludźmi piszącymi książki historyczne nad tym podłym światem, który nie pozwolił się w całości, już wtedy opanować finansowym mafiom skupionym w miastach. Gdyby do tego doszło nie było by biedy i nie trzeba by było poprawiać gospodarki, bo byłaby doskonała. To jest pewien schemat, który oczywiście w każdym indywidualnym przypadku może być rozbudowywany i urozmaicany na różne sposoby. Mam jednak wrażenie, że on jest stały u każdego z nas i każdy utożsamia się z tą opacznie rozumianą nowoczesnością, która odniosła swoją potworną głowę już wtedy w początkach wieku XVI, po to by pochylić ją znów na półtora stulecia.
Prócz takich indywidualnych akcji polityczne rozgrywki prowadzono także na większą skalę i w o wiele większych dekoracjach niż ratuszowe sale obrad. Niech przykładem będzie tu wojna chłopska w Niemczech, która miała zmusić do pokory małych przeciwników rodziny Hohenzollern ale także samego Jakuba Fuggera i cesarza. Niech przykładem będzie odpowiedź tegoż Jakuba Fuggera na próbę zagarnięcia jego kopalń na Węgrzech przez ludzi związanych z Janem Zapolya.
Rozruchy wybuchały i nadal wybuchają według jednego schematu. Na niedużym obszarze należy zgromadzić wielu niezadowolonych i zdolnych do posługiwania się bronią mężczyzn. Mogą to być chłopi, górnicy, ktokolwiek. Potem trzeba pomiędzy nich rzucić jakieś chwytliwe hasła oraz obiecać im bezkarność. Nie trzeba obiecywać pieniędzy, bo po zakończeniu rozruchów na pewno dojdzie do kłótni przy wypłacie. Tak więc wszystko najlepiej pozostawić w ich rękach i pozwolić na rabunek mienia oraz morderstwa. Potem zaś trzeba już tylko wykreować przywódców i gotowe. Bunt rozwścieczonego, targanego emocjami ludu eksploduje sam z siebie, w dodatku w wyznaczonym przez organizatora, dogodnym momencie.
Tak było w czasie wojny chłopskiej, bunt wybuchł w czasie kiedy Luter zamknięty był na zamku w Wartburgu. I był to bunt, który podniósł i „ulepszył” hasła reformacji. Po jego stłumieniu, które jak w każdym takim przypadku zaczyna się od bezwzględnych represji, a kończy na brutalnym straceniu wykreowanych wcześniej przez organizatora buntu przywódców, Luter mógł jedynie przytakiwać i godzić się na propozycje polityków, którym reformacja była potrzeba do umocnienia swojej władzy. W przypadku Lutra byli to bracia Hohenzollern.
To oni postanowili, że jedno z dwóch królestw – Polska albo Węgry musi zostać podzielone i sprzedane. I to oni zadecydowali, że będą to Węgry. Cesarz, który miał wtedy masę kłopotów natury politycznej i wojskowej mógł tej decyzji jedynie przytaknąć i wziąć w likwidacji państwa węgierskiego udział jako wspólnik. A ponieważ wśród pojawiających się tu osób porozumienie budowano zawsze w oparciu o konflikt tak więc i tym razem rozpoczęto konstruowanie płaszczyzny negocjacji od potężnego konfliktu. W roku 1525 w kopalniach położonych na Słowacji wybuchł bunt górników. Całkiem spontaniczny i wcale nie sterowany z zewnątrz, jak wszystkie bunty i strajki w długiej już przecież historii świata.
Górnicy w Bańskiej Bystrzycy, w Kremnicy i Bańskiej Szczawnicy zbuntowali się ponieważ w guldenach było coraz mniej złota, a w fenigach coraz więcej żelaza. Takie informacje podaje nam biograf rodziny Fuggerów Gunther Ogger. Złoto z guldenów i srebro z fenigów zniknęło wskutek nieodpowiedzialnej działalności króla i jego zauszników, w tym podskarbiego królestwa, którym był nie kto inny tylko Aleksy Turzo, syn zmarłego Jana Turzona i brat biskupa wrocławskiego, również już nie żyjącego od roku 1520. Turzonowie postrzegani byli na Węgrzech jako przedstawiciele niemieckiego kapitału. I byli nimi w istocie. Trudno tylko dokładnie odróżnić te miejsca i momenty, w których reprezentowali interesy swojego wspólnika Jakuba Fuggera od tych w których występowali jako skryci wspólnicy braci Hohenzollern. Dla uproszczenia przyjmijmy, że polityka gospodarcza rodziny Turzo była polityką fuggerowską, a posunięcia zmierzające do rozmaitych zmian we władzach nad dużymi obszarami Europy były inspirowane i zlecane przez Jerzego i Albrechta Hohenzollern. Czy ta dwoistość w postępowaniu rodziny została zauważona w Augsburgu, siedzibie samego Fuggera, od razu? Rzecz jasna nie. Została na zauważona późno i reakcja na nią musiała być gwałtowna.
Początkowo Jakub Fugger łączył wystąpienia w Bańskiej Bystrzycy z wojną chłopską, którą uważał za intrygę Lutra. Bunt górników na Węgrzech miał oczywiście taki sam charakter jak wojna chłopska, ale jego zapalnikiem nie był Marcin Luter. Byli nim bowiem – równie mocno jak górnicy rozwścieczeni - magnaci węgierscy nienawidzący Niemców. Na ich czele stał Jan Zapolya, człowiek rządzący Siedmiogrodem, prywatnie zaś były szwagier króla Polski Zygmunta Starego. Jan był bratem jego pierwszej, zmarłej w roku 1515 żony Barbary. Czy Zapolya był rzeczywiście tak mocno rozwścieczony jak to się przyjęło opisywać i jak opisuje to Gunther Ogger w książce zatytułowanej „Fuggerowie”? Myślę, że nie. Jagiellonowie co prawda byli na Węgrzech traktowani jak dynastia obca i w najlepszym razie rządząca bez pomysłu jeśli nie wręcz wroga, ale sytuacja wewnątrz kraju wyglądała tak, że bez dodatkowych finansowych inspiracji, trudno było się buntować nawet takim ludziom jak Jan Zapolya. Miał on co prawda pod swoją pieczą kopalnie w Siedmiogrodzie, ale musiał także zdawać sobie sprawę, że mając przeciwko sobie Fuggera, cesarza, króla Ludwika i jego popleczników, a także wiedząc o stałym zagrożeniu tureckim nie może wiele zdziałać bez sojuszników. Postawmy więc hipotezę taką – oto Zapolya w porozumieniu ze swoim szwagrem oraz Hohenzollernami, którzy są przecież siostrzeńcami Zygmunta, o czym ani na moment nie wolno nam zapominać chce przejąć władzę na Węgrzech. Przejęcie władzy na Węgrzech odbywa się od stu lat zawsze w ten sam sposób – do paraliżu północnych prowincji. Raz robią to czescy najemnicy, raz obcy kapitał, a teraz przyszła kolej na miejscową koterię magnacką zwaną partią narodową czy jakoś podobnie. Bez złota i metali z Górnych Węgier i bez wsparcia Rzymu królestwo jest tylko bezbronną równiną osłoniętą przez dwie leniwe rzeki łatwe do przeprawy. Wsparcia Rzymumożna się co prawda spodziewać ale nie może ono być duże, bo papież właśnie wziął się za zwalczanie cesarza przy pomocy Francuzów. Królestwo więc jest pozostawione samo sobie i znikąd nie może spodziewać się pomocy. Zapolya z Zygmuntem mają swój plan – zmiana władzy z Jagiellońskiej na Zapolyańską, oraz w perspektywie małżeństwo córki Zygmunta z Janem Zapolya. W plan ten wtajemniczeni są Hohenzollernowie, ale oni mają oczywiście inny plan, opracowany w ścisłym kręgu braci i szwagrów. I ma on się nijak do planów Zygmunta i Jana, choć ci dwaj oczywiście nic o tym nie wiedzą. Hohenzollernowie nie chcą na Węgrzech ani Zapolyi, ani Jagiellonów, ani cesarza. Oni chcą te Węgry podzielić i do tego dążą ze wszystkich sił. Liczą bowiem na to, że Słowacja stanie się częścią ich konsorcjum rozpoczynającego się w szczecińskim porcie, a kończącym się u źródeł Odry. Swoich dążeń oczywiście nie ogłaszają światu wszem i wobec, ponieważ są ludźmi słynącymi ze skuteczności, mają także świadomość, że złoto, ołów, spławna rzeka, porty i miasta, to są bardzo ważne rzeczy, ale jeśli Fuggerowi przyjdzie do głowy wyekwipować 20 tysięcy najemników i wpuścić ich na Śląsk przez ziemie Wettynów to nie zostanie na tym Śląsku kamień na kamieniu i na nic zdadzą się ich misterne plany. Hohenzollernowie nie mają bowiem prawie wcale sił zbrojnych. Albrecht prowadził wojnę z Zygmuntem żołnierzami zaciężnymi sprowadzanymi z Holandii. To jest problem na dłuższa metę do rozwiązania, ale póki co Jerzy i Albrecht prowadzą grę polityczną cudzymi rękami. Co oni mogli obiecać Janowi Zapolya a co Zygmuntowi, za udział w tym strasznym i podłym przedsięwzięciu? Myślę, że Zygmunt był zadowolony już z samego faktu, że Albrecht złożył mu hołd, perspektywa zmiany na Węgrzech i wydania córki za króla z nowej dynastii wystarczyła. Cesarz – o czym Hohenzollernowie wiedzieli – zostanie na długie lata unieruchomiony we Włoszech. Królestwo będzie więc można zająć bez walki, wystarczy odciąć odeń Górne Węgry i wyrzucić stamtąd Fuggera. Nie wiem jakie zdanie miał Jan Zapolya na temat Jakuba Fuggera, ale jeśli uwierzył Hohenzollernom, że można go tak po prostu wyrzucić z Węgier, świadczy to o nim jak najgorzej.
Jedno jest w tym wszystkim zadziwiające, jeśli spojrzymy na rzecz całą z perspektywy nie istniejącego wówczas interesu korony polskiej: dlaczego Kazimierz Jagiellończyk bronił się jak lew przed wydaniem córki za Macieja Korwina, a jego najmłodszy syn nie ma nic przeciwko takiemu małżeństwu, w dodatku w sytuacji politycznie o wiele gorszej, wręcz dramatycznej, straszliwej po prostu. Nie mam na to dobrego wytłumaczenia. Może po prostu Zygmunt nie lubił swojego bratanka Ludwika, może jego ojciec denerwował Zygmunta, może interesy jakie prowadził z Hohenzollernami były tak lukratywne, że Zygmunt obawiał się tego iż będą je oni kontynuować z synem Władysława Ludwikiem, miast prowadzić je z nim – królem Polski i wielkim księciem Litwy.
Fugger, dla którego Węgry rządzone przez króla Ludwika i Turzonów oraz Węgry rządzone przez Zapolyę to jest jeden i ten sam problem, postanowił w czasie trwania tego bezsensownego buntu po prostu udusić królestwo. Zrobił to w następujący sposób – dał cesarzowi Karolowi V mnóstwo pieniędzy na wojnę z Francją i Rzymem, wycofał wszystkie aktywa z Węgier i przeniósł je do Krakowa, zablokował Ludwikowi możliwość otrzymania jakiejkolwiek pomocy z zewnątrz. Jakiejkolwiek to znaczy, że w razie inwazji tureckiej na Węgrzech nie pojawi się ani jeden najemnik z krajów niemieckich, ze Szwajcarii, z Bretanii, z Polski, nawet z Czech. Po prostu znikąd. Fugger mógł to zrobić. Cesarz Karol V, pan monarchii, w której nie zachodziło słońce siedział u niego w kieszeni. To Fugger decydował gdzie walczą niemieccy landsknechci, to on dawał im pieniądze i sterował ich emocjami wstrzymując wypłatę żołdu. Jednej tylko rzeczy nie mógł zrobić Jakub Fugger w roku 1525. Nie mógł sprowadzić na Węgry Turków. Był na to za stary, jego dotychczasowe posunięcia związane ze wsparciem Habsburgów wykluczały ponadto ten wariant.
Tak więc nocą, z Górnych Węgier do Krakowa przewieziono całe złoto Fuggerów, zabrano stamtąd wszystkich specjalistów od wydobycia, pozostawiając tylko prostych górników. Zablokowano możliwość otrzymania pomocy z zewnątrz i zrobiono wszystko by mobilizacja w kraju przebiegała w atmosferze przygnębienia, paniki i wielkiego zniechęcenia. Wszystko było gotowe. Młody 20 letnik król Ludwik nie wiedział co go czeka. Panowie węgierscy, w tym najwięksi bohaterowie nadchodzącej wojny – węgierscy biskupi także nie mieli o tym pojęcia. Jan Zapolya może nawet coś podejrzewał, ale on był osobiście zainteresowany tym, by dokonała się zmiana władzy i gotów był poświęcić w tym celu życie i mienie poddanych, gotów był pozwolić Turkom splądrować kraj, spalić zamki, zniszczyć zboże, stratować winnice. Byle tylko mieć władzę. Król Polski, prawny opiekun króla Ludwika, nie zamierzał przyjść mu z pomocą. Miał mnóstwo wymówek, które produkowali dla niego najwybitniejsi krakowscy humaniści, absolwenci uniwersytetów włoskich i niemieckich. Zygmunt zamierzał patrzeć i czekać co się stanie na Węgrzech. Wszystko było przygotowane. Teraz wystarczyło sprowadzić Turków.
To nie było ani trudne, ani specjalnie kosztowne, trzeba było jedynie dogadać się z sułtanem co do terminu inwazji. Jerzy Hohenzollern miał te kwestie już przećwiczone, pamiętamy przecież, że w roku 1512 sprzedał swoje dobra na Węgrzech z obawy przed inwazją. Skąd o niej wiedział? Oczywiście stąd, że sam był tej inwazji inicjatorem. Sułtan Bajazyt jednak umarł niespodziewanie i w Stambule rozpoczęła się walka o tron. Wygrał ją Selim I, który prowadził wojny w Afryce i Azji. Pomiędzy Królewcem, gdzie rezydował Albrecht Hohenzollern, a Stambułem stale krążyli informatorzy i prowokatorzy spełniający szalenie ważne funkcje. Byli to kupcy, włóczędzy, najemni żołnierze i dyplomaci. Sieć szpiegowska rodziny Hohenzollern odziedziczona po zakonie krzyżackim była potężna, rozbudowana i niesłychanie sprawna. Lepszej nie miał nawet Sułtan, ani Wenecja. W roku 1526 sułtanem nie był już Selim, ale Sulejman nazwany później wspaniałym. Kostyczny mężczyzna z rudym wąsem. Bezwzględny, twardy i odnoszący się do chrześcijan ze zrozumiałą w sumie pogardą. Sulejman zamierzał rozbić Węgry i wziąć za to pieniądze oraz łupy. Interesowało go to ze względu choćby na fakt posiadania stałej armii, która musiała mieć jakieś zajęcie. No i zyski. Interesowały go także zyski. Nie liczył jeszcze wtedy na zdobycze terytorialne. Trudno by mu było je utrzymać zważywszy na dużą ilość zainteresowanych podziałem królestwa sił. Interwencja o charakterze łupieżczym była jednak jak najbardziej możliwa. W dodatku taka, której koszta zostaną w dużej części pokryte przez Niemców.
Turcy jako jedyni w ówczesnej Europie dysponowali nowoczesną, w pełni profesjonalną armią, której trzon stanowiła piechota – janczarzy. Oczywiście można było przeciwstawić się Turkom i baronowie węgierscy robili to wielokrotnie, z rozmaitym skutkiem. Częściej jednak z pozytywnym niż negatywnym. Taktyka była prosta – zwarta masa jeźdźców musiała przetoczyć się po szeregach janczarów zanim ci zdołali cokolwiek przedsięwziąć. Innego wyjścia nie było. Jeśli wódz kawalerii zawahał się malały szanse na sukces.
Jazda zaś stanowiła w tej armii formację pomocniczą, rekrutowała się ona głównie z Rumelii oraz prowincji podbitych w Azji i Afryce. Płacąc z własnej szkatuły sułtan mógł wystawić łącznie z czeladzią i formacjami pomocniczymi armię liczącą wiele tysięcy ludzi. W roku 1526 na Węgry ruszyła ekspedycja składająca się z ponad 70 tysięcy wojowników i ogromnej ilości czeladzi. Dowodził nią sam Sułtan Sulejman. Turcy szli pewnie i spokojnie, jak po swoje. Nikt nie zwoływał antytureckiej krucjaty, nikt nie usiłował stanąć na ich drodze. Droga do serca Węgier była otwarta już od roku 1521. To ważny rok. Zapamiętajmy go. W tym właśnie roku ekskomunikowano Marcina Lutra, w tym roku zakończyła się wojna polsko-krzyżacka toczona rzekomo nie wiadomo o co, a tak naprawdę o to, by osłabić pozycję króla Zygmunta przed negocjacjami w sprawie hołdu oraz o to, by pozwolić Turkom zdobyć twierdzę broniącą drogi na nizinę węgierską. Tą twierdzą był Belgrad. Sulejman zdobył miasto i zamek 29 sierpnia 1521 roku. Od kwietnia zaś pomiędzy Polską a Albrechtem trwał rozejm. Nic nie przeszkadzało królowi Zygmuntowi w tym, by wysłać pomoc dla swojego bratanka znajdującego się w sytuacji rozpaczliwej. Nic. Jednak król Zygmunt tego nie zrobił. Miał inne pilne zajęcia. Oto 9 lipca tego pamiętnego roku zawieszono w katedrze wawelskiej dzwon nazwany Zygmuntem. 13 lipca tego roku mieszkańcy Krakowa po raz pierwszy usłyszeli jego głos. Turcy szturmowali w tym samym czasie Belgrad i nawet gdyby do uszu króla dobiegły krzyki mordowanych, monarcha nie usłyszałby ich, tak potężny i mocny był dźwięk tego dzwonu.
W tym samym roku też Karol V, cesarz Świętego Cesarstwa Rzymskiego scedował władzę nad Austrią, Styrią i Karyntią na swojego brata Ferdynanda. To wszystko były bardzo ważne wydarzenia. Dla nas jednak najważniejsze będzie co innego, coś, na co nikt z wielkich nie zwrócił uwagi. Oto książę Jan Dobry z Opola, który powinien zwać się raczej Janem Skrzętnym lub Janem Zapobiegliwym dołączył do swojego niewielkiego księstwa ziemię raciborską. Stał się od tego momentu księciem opolsko-raciborskim i takiego tytułu używał do śmierci.
W przeddzień inwazji roku 1526 sytuacja wyglądała więc następująco – Turcy dysponowali dużym ośrodkiem przerzutowym na granicy z Węgrami – twierdzą Belgrad. Przed nimi rozpościerała się nie broniona przez nikogo równina nad Sawą. Sułtan czekał na sygnał z Królewca. Jakub Fugger odwrócił wzrok od mordowanego królestwa, bo przeszkadzało mu ono zarabiać pieniądze. Arcyksiążę Ferdynand, faktyczny władca Austrii w zastępstwie swojego brata Karola, milczał przekonany, że po interwencji Tureckiej to on, w myśl traktatu wiedeńskiego z roku 1515, zostanie królem Czech i Węgier. Jan Zapolya zgromadził armię w Siedmiogrodzie, ale ani myślał jej posyłać przeciw Turkom, bo wierzył w to samo co Ferdynand, a stymulacją jego złudzeń zajmował się nie kto inny tylko Jerzy Hohenzollern. Król Zygmunt zaś słuchał jak bije dzwon. Słychać go było w całej okolicy, myślę, że nawet hen, hen, daleko na szlakach węgierskich, którymi miedź była przewożona do Krakowa. Góry jednak tłumiły dźwięk dzwonu i nad Wielką Niziną Węgierską, od brzegów Sawy aż po mury zamku w Budzie zalegała cisza.

Ocena wpisu: 
Brak głosów