Jak po prusku upodlić człowieka (glossa do tad9)

Obrazek użytkownika Joanna Mieszko-Wiórkiewicz
Historia

W swoim najnowszym felietonie poświęconym wolności słowa tad9 zacytował niezwykle skrótowy opis pióra Waldemara Łysiaka pewnej historycznej postaci i jej losu, jako ilustrację swoich tez.

Nie wiem, w jakim kontekście opisał tę postać Waldemar Łysiak, ale nie zawsze skróty mają sens. W tym wypadku nie mają i dlatego pozwalam sobie na uzupełnienie opisu, ponieważ daje on wyobrażenie o tym, czym był dwór Fryderyka Wilhelma I, z którego Niemcy są tak dumni, i co z niego dziś w postpruskiej kulturze zostało (Auschwitz naprawdę nie wziął się z powietrza). Przy okazji – jest to gotowy materiał na scenariusz filmowy, który jednak nigdy nie zostanie sfilmowany. Dlaczego – to łatwo zrozumieć, przeczytawszy mój skrócony również, choć nieco pełniejszy opis do końca.

Ale najpierw cytat z cytatu. 

Tad9 pisze:

„ ..Waldemar Łysiak we "Francuskiej Ścieżce" podaje w jaki sposób za wolność słowa zapłacił Jakob Gundling, błazen Fryderyka Wilhelma I. Co takiego palnął Gundling nie wiem, ale musiał to być niezły żart, skoro Fryderyk Filhelm tak mocno błazna docenił. Otóż,... "mianował go baronem i prezydentem Pruskiej Akademii Nauk, odział w cyrkowy strój i perukę z koziej sierści, po czym rozkazywał mu całować identycznie ubraną małpę, którą zwał synem Gundlinga, na koniec zaś przypalał błaznowi pośladki rozpalonymi do czerwoności patelniami. Kiedy skatowany Gundling zmarł, król polecił wepchnąć zwłoki do beczki z winem i tak pochować". A działo się to w epoce tak zwanego "oświecenia".

A teraz ja, posiłkując się niemiecką Wikipedią, która osobie tej poświąca długachny artykuł.

Jacob Paul Freiherr von Gundling (ur.19 sierpnia 1673 r. w Herbruck koło Norymbergii, zm. 11 kwietnia 1731 w Poczdamie) studiował prawo i historię i w wieku 31 lat został mianowany profesorem w tej ostatniej przez Fryderyka Wilhelma I oraz zaraz potem prezydentem nowo założonej Pruskiej Akademii Nauk . Fryderyk Wilhelm I mianował go także radcą stanu i swoim referentem prasowym (!).Był on także historiografem, obok wielu not biograficznych opisał dzieje wielu miejscowości na Pomorzu i Brandenburgii.

Bardzo możliwe, że urodził się już dziedzicznie obciążony skłonnością do alkoholu, co we Frankonii jest po dziś dzień nader często spotykane z powodu wielkiej ilości winnic. To niewątpliwie stało się powodem, że na dworze wyśmiewano się z niego przy lada okazji. Był typowym „pochyłym drzewem” na które wszystkie kozy skaczą. Im bardziej dbał o znakomite wysławianie się w mowie i piśmie, im staranniej dobierał peruki i żaboty, tym okrutniejsze czyniono sobie jego kosztem żarty. Jego niepospolita inteligencja, umiejętność dowcipnej konwersacji czyniła go w oczach dworzan starających się podlizać po żołniersku prostemu i brutalnemu w obejściu z ludźmi władcy, łatwym celem.

Na paryskim dworze pewnie święciłby triumfy towarzyskie. W kartoflanym Berlinie dokuczano mu ile wlezie. Okazji dostarczały szczególnie obowiązkowe wieczory w tzw. Tabakskollegium- sali, gdzie znaczniejsi rodem wojskowi (Fryderyk Wielki był militarystą i pedałem) mieli obowiązek towarzyszyć królowi w paleniu tytoniu w glinianych fajkach z długim cybuchem (parz ilustracja).

Naturalnie, paleniu towarzyszyły dyskusje obficie polewane piwem, co cierpiącemu na wrzody żołądka z powodu nieustannego mobbingu Gundlingowi wybitnie nie służyło. Musiał mieć słabą głowę, bo upijał się jako pierwszy. Na szczęście – na wesoło, stąd jego dodatkowa funkcja – dworskiego dowcipnisia. Co robił on w tym towarzystwie? Otóż wojskowi jak wiadomo, choć mają mocne głowy, to intelektem nie błyszczą, więc znudzony król zmuszał paru swoich wykształconych radców dworu do udziału w tych sesjach, w tym przede wszystkim Gundlinga.

Upokarzano go przy tej okazji na wszelkie możliwe i niemożliwe sposoby nierzadko zdrowo poszturchując. Zmuszano go np. do noszenia na szyi drewnianego klucza szambelańskiego (na ówczesnych dworach szambelan nosił na prawym biodrze na łańcuchu symboliczny pozłacany lub złoty klucz do pokojów królewskich). Sadzano go w lektyce, z której podczas podnoszenia wypadało dno razem z siedzącym w niej Gundlingiem. Wydarzenie z małpą, które przytacza Łysiak, a za nim tad9 przeszło do historii, jako szczyt kretyńskich dowcipów. Pijanego w środku nocy w drodze powrotnej z dworu do domu po owych „kolegiach tytoniowych” wrzucano umyślnie do zamarzniętej fosy, z której ledwo udawało mu się w panice o życie wygramolić.  

W 1716 r. zrozpaczony Gundling postanowił uciec z dworu do swojego brata Nikolausa Hieronima Gundlinga, który był profesorem prawa w Halle, w Turyngii. Został jednak ciupasem odstawiony z powrotem na dwór króla, gdzie go za ten wybryk surowo ukarano. Mimo to uciekł jeszcze raz, tym razem do Wrocławia, gdzie mu zaoferowano jakiś urząd, ale tam domagano się, aby przeszedł na katolicyzm, czego odmówił. Oznaczało to jednak powrót ze spuszczoną głową w pokorze ma dwór Fryderyka.

Kiedy  Gundling chciał się żenić (musiał mieć zgodę króla), to postanowiono domieszać mu w przeddzień ceremonii ogromne ilości środków przeczyszczających, tak, aby mu zepsuć uroczystość, a przede wszystkim noc poślubną. Gundling jednak przewidział ten „dowcip” i ożenił się w tajemnicy dzień wcześniej.

3 stycznia 1720 poślubił Anne de Larray, córkę hugenockiego arystokraty ( hugenoci znaleźli w Berlinie i Poczdamie przytulisko, choć bynajmniej nie nazbyt przytulne). O panu i pannie młodej krążyły na długo przed uroczystością obleśne rymowanki i satyryczne rysunki.

Gundling ze szklanką piwa i fajką oraz z małżonką w tle na satyrycznym malunku z rzeczoną małpą, którą król kazał mu całować jako swego syna oraz zającami - symbolami lęku i pierzchliwości - dowód na to, jak musiał być zastraszony. Zająca umieszczono także na jego płycie nagrobnej. "Angsthase" "strachliwy zając"- tak mówi się i dziś na człowieka, którego łatwo nastraszyć.

Przykrości te Fryderyk Wilhelm I wynagrodził Gundlingowi przyznając mu  szereg urzędów, co było związane z niezłymi poborami. Dzięki temu dysponował on nawet dworskim powozem i posłańcem.

Jego podwójna rola na dworze – poważnego naukowca, historiografa, wysokiego urzędnika a jednocześnie dworskiego trefnisia nie ma sobie  nawet na niemieckich dworach porównywalnej.

Gundling zmarł 11 kwietnia 1731 w Poczdamie wskutek wylewu krwi do żołądka. Na żądanie znanego ze swej brutalności i chamstwa króla został on pochowany w przerażająco niegodny sposób. Od wielu już lat stała koło jego łóżka wielka beczka wina przerobiona na trumnę – prezent królewski. Jego przebrane groteskowo zwłoki złożono do tejże beczki i wystawiono na widok publiczny. Mowę pogrzebową wygłosił niejaki David Fassmann ( po polsku Bednarz) – jego największy wróg i zazdrośnik na dworze. Ewangeliccy pastorzy odmówili wzięcia udziałiu w tym cyrku.

Według jednych opowieści ośmiu krawców (Gundling dbał bardzo o swe stroje) musiało nieść beczkę ze zwłokami do granicy miasta. Według innych źródeł beczka była ciągnięta po ziemi przez świński zaprzęg.  Za miastem włożono ją na wóz do przewożenia bydła i zawieziono do wsi Bornstedt koło Poczdamu, gdzie ją zakopano za wiejskim kościołem. Jakiś czas potem  Friedrich Wilhelm I starał się zatuszować tę sprawę, tak, by nie zostać oskarżonym o lekceważenie zasad religijnych. Duchowni, którzy odmówili przeprowadzenia pochówku zostali poddani brutalnym przesłuchaniom, jednak w końcu puszczeni wolnio.

Anegdoty o Gundlingu ogłosił drukiem cztery lata po śmierci swojego adwersarza David Fassmann.

Ta do cna obrzydliwa satyra była do niedawna jedynym źródłem historycznej wiedzy na temat tej postaci. Fassmann, za swego życia popularny pisarz przez sześć lat był niewybrednym adwersarzem i zawistnym intrygantem podczas spotkań (nie)sławnego „Tabakskollegium”, a po śmierci Gundlinga, do której się się definitywnie przyczynił, odziedziczył  wszystkie tytuły, urządy i przywileje zmarłego. Najwidoczniej sumienie nie dawało mu spokoju, skoro tyle wysiłu poświęcił, aby przedstawić potomnym swoją ofiarę jako wariata bez zahamowań i kultury, który dobrze zasłużył na wszelkie, nawet najzłośliwsze żarty.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Dobrze jest znać tę "cywilizację" wyciorowo-pruską!
Jednakże byłoby dobrze mieć świadomość jak przebiega dwudziestoletnie już upodlanie nas Polaków po okrągłym stole!
pzdr

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

antysalon

#14233