Kolejny artykuł o PRLu

Obrazek użytkownika Andrzej Wilczkowski
Kraj

Czym dla Polaków było PRL.

W tej kwestii nigdy nie daliśmy sobie dostatecznej odpowiedzi – bowiem odpowiedź na takie pytanie też – gdyby rozpisać ankietę – nie byłaby jednoznaczna.

No to zacznijmy dociekania.
Bezspornym jest, że w zamyśle Stalina miało to być państwo całkowicie zwasalizowane wzorowane na Królestwie kongresowym a w miarę łamania ducha Polaków przekształcone w Priwislanski Kraj.

Wydaje się, że od początku wielki brat wyposażył rządzących we wszystkie narzędzia do zgniecenia wszelkiej myśli niepodległościowej wśród Polaków, ale dokręcanie śruby przebiegało na pewno sukcesywnie.
W każdym razie lata 1945 – 49, które charakteryzowały się bezpardonową walką z podziemiem niepodległościowym były jednocześnie owiane duchem nadziei, że uda się proces zniewalania jakoś zatrzymać, że może nie będzie tak źle, że trzeba pracować dla Ojczyzny w takich warunkach jakie są. Była polska szkoła z początku bardzo słabo indoktrynowana, było harcerstwo, była partia opozycyjna, a przede wszystkim nie powstały kołchozy.

Przykład pierwszy z brzegu. W 1949 roku wstąpiłem na wydział mechaniczny Politechniki Łódzkiej i jak się później okazało niemal wszyscy moi profesorowie byli kilka lat wcześniej oficerami Armii Krajowej, a żaden nie należał do PPR. (od 1948 r. PZPR)
Politechnika Łódzka chyba nigdy później nie miała tak wspaniałej kadry.

W pierwszej połowie 1981 roku zaczęła krążyć po Polsce kilkustronicowa ulotka pt. 49 (może 47 – nie pamiętam) punktów zniewolenia. Była to instrukcja NKWD z roku 1947 określająca szczegółowo zadania jakie trzeba wykonać – żeby zniewolić Polaków. Niektórzy moi koledzy z Solidarności uznali ten dokument za apokryf – bo im się za dużo zgadzało. Mnie się wszystko zgadzało, ale dlatego uznałem tę instrukcję za oryginalną. Najciekawsza jest data – 47 rok. To znaczy sowieccy opiekunowie uznali, że dopiero teraz „władza ludowa” w Polsce na tyle okrzepła, że można jej przekazać jawnie podstawowe zadania zabezpieczające rządy sowieckie w naszym kraju. Wcześniej było zbyt mało zwolenników nowego porządku aby sami mogli coś wskórać.
Czegóż nie było w tym dokumencie. I tłumienie myśli technicznej i postępowanie z opozycją i likwidacja małych studni głębinowych na rzecz centralnej dystrybucji wody w dużych miastach, i zapomniana linia kolejowa w centrum kraju, która miała pozostać jednotorowa i nie zelektryfikowana, żeby zaburzenia w ruchu na tej linii mogły się propagować szybko na całą Polskę.
Jeżeli to nawet był apokryf, to ten, który go ułożył miał absolutną świadomość, co gnębiciel powinien zrobić, żeby rozłożyć kraj na obie łopatki. Po prostu odtworzył modus operandi zaborcy. Na przykład, zniewalający musiał wiedzieć, że w zbuntowanym mieście odcięcie wody doprowadzanej centralnie zmusi ludzi do kapitulacji. Gdyby w 44 roku Warszawie nie było rozsianych po całym mieście studzien powstanie nie trwałoby 63 dni.

Dławienie rodzimej myśli technicznej widziałem na własne oczy w dziedzinie motoryzacji. Przez sześć lat pracowałem w łódzkim biurze konstrukcyjnym FSC Starachowice. Zgromadziło ono trzydziestu kilku konstruktorów w większości o ogromnych możliwościach twórczych. Niemal wszystkie projekty modernizacyjne opracowane w naszym biurze szły „na szafę”. W tym czasie (lata 60.) w biurze pracowało jedynie trzech członków PZPR. Nawet ich to denerwowało. 

Nowe kadry? Dam tylko jeden przykład. Na pierwszym roku studiów, po jakimś nieudanym dla nas obu kolokwium szedłem z kolegą ulicą i nagle on zaczął się rozwodzić, że w jego wsi tylko on umiał naprawdę dobrze wyklepać kosę i wszyscy do niego przychodzili w tej sprawie. 
Tacy ludzie później byli przekonani, że to socjalizm dał im możliwość rozwoju i w efekcie go popierali. To nawet czasami byli bardzo zdolni ludzie, ale zawsze brakowało im refleksji, że z ich zdolnościami – nie do klepania kosy oczywiście – udałoby im się przebić w każdych warunkach.

Nie ulega dla mnie wątpliwości, że Stefan Kisielewski w swoim sformułowaniu się pomylił. Powiedział: „rządy ciemniaków”. Nie! Tam na górze w jakiś sztabach intelektualnych, jak to się dziś mówi „think tankach” siedziało grono spiczasto inteligentnych skurwysynów, a te ciemniaki to byli jedynie wykonawcy trzymający „ruki pa szwam”.

Tak. Był to straszliwy totalitaryzm bowiem schwycił on społeczeństwo za mordę w interesie obcym. Absolutnie niezgodnym z dobrem naszej Ojczyzny. To było skrajnie deprawujące dla narodu. Z jednej strony gniew – co oni robią z nami! z drugiej paraliżujący strach – co oni mogą zrobić ze mną, kiedy się wychylę?

Na straży tych interesów stały tajne służby i aparat partyjny. Nie wiadomo kto kim naprawdę rządził. Wiemy, że na biurkach ministrów i dublujących ich sekretarzy partyjnych co najmniej do 1956 r. stały telefony łączące bezpośrednio z Moskwą. A ci bonzowie siedzieli do później nocy wpatrzeni w te aparaty, czekając na instrukcje.
W takiej sytuacji moje pokolenie przeżyło nieomal całe swoje życie zawodowe. Ja osobiście czułem się jak człowiek chory na raka, który spożywając posiłek wie, że karmi nie tylko swój organizm ale i swojego śmiertelnego wroga. Każdy we własnym sumieniu musiał jakoś ustalić swoją własną granicę, do której mógł się posunąć, żeby realizować swoje plany życiowe, coś zrobić dla dobra wspólnego, a jednocześnie we własnych oczach się nie ześcierwić.

Takimi wyrazistymi granicami były: – nie zapisać się do partii, – nie zostać tajnym współpracownikiem tajnych służb. Niektórzy szli jeszcze dalej: nie robili doktoratów, bowiem aby zostać doktorem jakichkolwiek nauk trzeba było obligatoryjnie zdać egzamin z marksizmu-leninizmu albo z ekonomii politycznej socjalizmu.
Byli tacy, którzy w swoich życiowych planach mieli również jakieś działania na rzecz ciemiężonej Ojczyzny. Przypomnę, że rządził strach i poczucie beznadziejności. Mało kto z urodzonych przed wojną wierzył, że doczeka obalenia komuny. W takiej sytuacji trzeba było mieć duszę zagończyka gotowego na wszystko, albo całkowity brak umiejętności oceny sytuacji.

I tak najłatwiej było upaprać intelektualistów. Każdy z nich wierzył we własny geniusz i marzył o światowej sławie, a co najmniej o wygodnym mieszkaniu, możliwości wydania książki czy sprzedaży obrazu. 

No i tu się zaczyna kompletna paranoja. Pod tą betonową czapą aparatu ucisku każdy nieco inaczej rozumiał – co jeszcze wolno robić bez utraty twarzy. Każdy nieco inaczej widział swoją służbę bezprzymiotnikowej Ojczyźnie. Oczywiście Była spora grupa – kilku milionów mieszkańców – która wierzyła w socjalizm, wierzyła partii i z poświęceniem wykonywała swoje zadania z donosicielstwem włącznie.

Drugą grupą byli tacy, którzy dość cynicznie pięli się po szczeblach rozmaitych karier, intratnych, nagradzanych medalami i talonami na samochody i również byli wierni partii. I jeszcze – jak się dzisiaj okazuje – również nie gardzili płatną zdradą ułatwiającą aparatowi zniewalanie społeczeństwa. Wśród tych, co się pięli znajdowały się wyjątki a może nawet dość częste przypadki ludzi z potrzebą dokonania czegoś dobrego. 

Przykładem może być film "Przesłuchanie" Ryszarda Bugajskiego. Nie mówię tu o twórcach, do których mam ogromne zaufanie, ale poza tym ktoś na ten film, uderzający bezpośrednio w aparat ucisku, dał pieniądze, ktoś nad nim pracował już widząc efekty na nakręconej taśmie. Bomba wybuchła dopiero podczas kolaudacji. Grupa urzędników i filmoznawców zdrętwiała ze strachu. Werdykt był jednoznaczny. Zniszczyć oryginał, żadnych kopii, ślad po tym filmie nie może pozostać. W kilka godzin po werdykcie do dyrektora odpowiedniego zarządu – towarzysza partyjnego zresztą – przyszedł jakiś pracownik techniczny i z pewnym zakłopotaniem powiedział – Panie dyrektorze szkoda tej roboty, którą w ten film włożyliśmy. Może zrobimy choć jedną kopię? Zaskoczony dyrektor rozłożył ręce – ale ja nie mam taśmy. – Myśmy tam trochę wygospodarowali – nie ustępował rozmówca. Nogi się pod dyrektorem ugięły, ale w końcu wyksztusił – to róbcie. Okazało się, że oryginał komisyjnie został zniszczony, ale wcześniej wygospodarowanej taśmy starczyło na trzy kopie, z których jedna powędrowała natychmiast za granicę.
– My to nazywamy: „mrówki faraona” – stwierdził dyrektor, który mi tę historię opowiedział. 
Czy móił prawdę? - a bo ja wiem. Chyba tak.

Takich sytuacji znam więcej. Wiceminister skarbu czy finansów, który dawał na wyprawy himalajskie więcej niż organizatorzy prosili, mawiał – bierzcie chłopcy bierzcie, gdybyście wiedzieli na co te pieniądze idą, nie mielibyście żadnych skrupułów.

Nie od rzeczy będzie opowiedzieć o pewnym panu, do którego stolika dosiedliśmy się w stanie wojennym w trzyosobowym składzie. Było to w Lądku Zdroju a rozmowa miała miejsce w sanatorium wojskowym bo jedynie tam w całym Lądku było piwo. Była z nami pewna atrakcyjna pani, która jakoś niczego się nie bała.
Pani rozejrzała się po sali i zaczęła konwersację z nieznajomym w te słowa. – Tyle wojska dookoła i wszyscy przestraszyli się Ruskich... a potem szła jeszcze ostrzej do wiatru. Pan, który przyjął nas do stolika wdał się z nią w dyskusję, w którą wciągnęło i nas – towarzyszących pani znacznie starszych chłopców. W końcu nasz gospodarz po któryś piwie nie wytrzymał. Cały czerwony pochylił się w naszą stronę. – Ja tam studiowałem i piłem z nimi. Wiecie jak oni piją? Rozkładają na stole mapę Stanów Zjednoczonych i piją na pohybel Ameryce. Jak oni skoczą na zachód to nas już nie będzie.
– To po co pan wstępował do wojska – powiedziała nadąsana jak pensjonarka nasza towarzyszka – chyba po to, żeby się bić za Ojczyznę?
Już nie pamiętam co jej odpowiedział pan – jak się okazało – pułkownik. 

Żadna odpowiedź nie była dobra, ale przecież do dzisiaj są ludzie, którzy gloryfikują Jaruzelskiego i stan wojenny, a potępiają w czambuł wszystkie powstania od Konfederacji Barskiej poczynając. A przede wszystkim piętnując Powstanie Listopadowe, które zniszczyło pięknie rozwijający się „polski Piemont”.

Są tacy, którzy gloryfikują dekadę Gierka. Z początku wyglądało to nawet nieźle. Kredyty wiązały nas z Zachodem, coś, jak się wydawało, szło do przodu, ale po trzech czy czterech latach względnej prosperity wszystko zaczęło się jakoś psuć. W końcu zaczęło się życie na kartki. Tak, tak. Kartki to nie wymysł czasu pierwszej Solidarności. Zaczęło się już za Gierka. Jestem przekonany, że zadziałały nie tyle mrówki faraona ile czerwone mrówki. Destrukcja życia codziennego, która w 80 i 81 roku przybrała siłę lawiny zaczęła się już wcześniej.

Ciekawe! Nie znam żadnego dzieła, które mogłoby mi wyjaśnić, nie tylko skąd w tych latach wszystkiego nagle zabrakło, ale i to – kto zmieniał receptury chleba, czy żółtego sera, kto wprowadzał zakłócenia w dostawach, kto i po co w czasach kiedy nie było nic w sklepach wyrzucał wręcz ostentacyjnie na śmietnik kilkaset śmierdzących kurczaków. Dlaczego nagle zabrakło energii elektrycznej i niemal co dzień wyłączano prąd w całych sektorach miast. Dziś nikt nie słyszy o „piętnastym stopniu zasilania”. A wtedy z drżeniem czekaliśmy na komunikaty, kiedy na nas przyjdzie ciemność – bo w lodówkach zawsze coś było z „krążenia obocznego” dystrybucji żywności. Przecież do zorganizowania tej dezorganizacji wszystkiego potrzeba było dziesiątków tysięcy ludzi.
Skąd wzięto taką rzeszę dziennikarzy, którzy kłamliwie ale za to cierpliwie wyjaśniali rodakom te wszystkie anomalia. 
I tak ładnie, że nie zabrano się do zakręcania wody w centralnych rurociągach.

Jak sądzę właśnie ten fragment życiorysu PRLu został najskrupulatniej zniszczony. I tak – jak przypuszczam – nigdy się nie dowiemy kto stał na czele tego sztabu pro kryzysowego. Kto nas wtedy zniewalał? Rodzima agentura czy nasłana przez wielkiego brata. I tak się to toczyło coraz bardziej wikłając ludzi w ten koszmar.
Działał przede wszystkim strach ale była niemała grupa ludzi, którzy chcieli się urządzić choćby na gruzach ojczyzny.

Strach działa do dziś. Nie słyszałem żadnej dzikiej wrzawy w mediach kiedy prezydentem został wybrany tow. Jaruzelski. Przyszedł Wałęsa – prasa się odchwyciła. Już z niego drwiono, już w mediach była jaka taka nagonka – bo on był „nasz”. Jego nie trzeba się było bać. Co on może? Przecież nie wyśle wojska przeciwko ludności, bo go wojsko nie usłucha. Pojawił się Kwaśniewski – i strach wrócił. Po tym kiedy stanął pijany jak bela nad grobami polskich oficerów w Charkowie media milczały przez cztery dni. Dopiero wtedy „zdrętwiałymi usty” ktoś wydał zgodę, żeby pokazać ten skandal w telewizji. Ale już nikt nie odważył się wyemitować  relacji z wieczornego przyjęcia w Charkowie, kiedy towarzyszowi Prezydentowi ludzie z obstawy zabierali pełne kieliszki z ręki. 

Czy ktoś w Polsce słyszał informację, że we Lwowie po złożeniu wieńców pod pomnikiem Mickiewicza pijaniuteńcy prezydenci Kuczma i Kwaśniewski odeszli trochę na bok i gwizdali na palcach – kto głośniej. Może to nie prawda – ale ja otrzymałem taką informację ze Lwowa.
Nikt nie pisnął, bo ten idol większości rodaków był ciągle groźny. Ponoć prasa była wolna.

Dziś krzyczy się, że bracia Kaczyńscy wprowadzają ustrój totalitarny, ale drwi się z Prezydenta wybranego przez większość głosującego elektoratu przyczepiając się do wszystkiego. Nikt z tego powodu nie stracił pracy w wolnych mediach, a wprost przeciwnie ci wiodący wolnosłowcy dostają za swoje urabianie opinii bardzo wysokie apanaże.

Jednocześnie są ludzie, którzy w specyficzny sposób się wstydzą swojej przeszłości. Niedawno odkryłem to ze zdziwieniem i dużym niesmakiem.
W tygodniku „Wprost” publikuje taki pan profesor, którego felietony pisane są w tonie referatów tow. Gomółki, i człowiek odnosi wrażenie, że autor jest przekonany, iż jest wielkim autorytetem – wręcz nieomylnym. Poucza, piętnuje, wybrzydza.
Aby się dowiedzieć, kim on jest w istocie – zajrzałem do „Who is who” z roku 2003.

Zawód: nauczyciel akademicki, ekonomista. 1948 mgr Akademii Handlowej (obecna AE), 1959 dr n. ekonomicznych, 1963 dr hab., 1970 prof. nadzw., 1976 prof. zwyczajny. Kariera: od 1948 pracownik nauk. Akademii Handlowej, 1969-91 dyrektor Instytutu Ekonomii Politycznej AE w Poznaniu, od 1996 prof. Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu, 1982-86 czł. Konsultacyjnej Rady Gospodarczej, 1989-91 czł. Rady Ekonomicznej przy rządzie T. Mazowieckiego, 1993-97 przewodniczący Rady Ekonomicznej przy Prezesie Narodowego Banku Polskiego, do 2001 czł. Rady Strategii Społeczno-Gospodarczej przy Radzie Ministrów. P.: kilkaset publikacji m.in. "Podstawowe kierunki współczesnej teorii konkurencji" (1960), "Rachunek ekonomiczny a mechanizm rynkowy" (1965), "Drogi wyjścia z polskiego kryzysu gospodarczego" (1992, 1993), "Ekonomia i polityka gospodarcza okresu transformacji (1996), "Rynek i pieniądz w Polsce u progu XXI w." (2000), felietony w tygodniku "Wprost", 1996 promotor doktoratu honorowego Margaret Thatcher na AE w Poznaniu. Odznaczenia i nagrody: Krzyż AK, Krzyż Komandorski z Gwiazdą OOP, Medal KEN, Nagroda Miasta Poznania (1969), nagroda "Pryzmat" (1996). Cz.: Światowy Związek Żołnierzy AK, Tow. Ekonomistów Polskich. Hobby: geografia, kartografia, podróże, praca zawodowa.

Usunąłem jedynie dane o rodzinie, Poza tym to kompletna nota biograficzna. Piękna karta.
Tylko brak daty urodzenia spowodował, że zajrzałem również do „kto jest kim w Polsce” z roku 1984. Nieomal po każdym zdaniu przecierałem oczy.

Data urodzenia tam była: lipiec 1923. i specjalność pana profesora też była: ekonomia polityczna socjalizmu. Kariera zawrotna! W Wyższej Szkole Ekonomicznej w Poznaniu. zaczyna jako asystent w roku 1948, w roku 1950 jest już adiunktem, a w roku 1952 zastępcą profesora – wiek – 29 lat – a doktorat w siedem lat później. Kiedy zostaje dyrektorem Instytutu Ekonomii Politycznej (r. 1969) nie jest jeszcze nawet profesorem nadzwyczajnym. W 1971 roku zostaje członkiem komisji partyjno-rządowej do spraw unowocześnienia gospodarki państwa.
Następny akapit wiele tłumaczy.
PPS od 1947. PZPR od 1948-81. do 1969 roku sześć różnych nagród. Do 1984 roku odznaczony następującymi orderami: Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski, Order Sztandaru Pracy I kl., Medal Zwycięstwa i Wolności, Zasłużony Nauczyciel PRL.
Zestaw jakby inny niż cv z roku 2003. Zgadza się jedynie Krzyż Komandorski OOP.
Wypomnę jeszcze tylko jedno pominięcie. Otóż w najważniejszych publikacjach zapomniano o jednym ważnym dziele z roku 1973 „Ekonomia polityczna socjalizmu – zagadnienia wybrane”.
To uzupełnienie życiorysu sporządzone na podstawie informacji podanych przez samego zainteresowanego wygląda na opis życia jakby zupełnie innego człowieka.
Nie mam żadnych zastrzeżeń „znęcając się” nad starcem. Sam jestem stary. Ale nie mam jeszcze rozdwojenia jaźni.

Zacznijmy od początku. O działalności okupacyjnej w obu notkach głucho, ale jakaś musiała być, jeśli obiekt mojej krytyki szczyci się Krzyżem Armii Krajowej. W trzy lata po wojnie, kiedy dookoła jego dawni towarzysze broni są mordowani i wsadzani do więzień on wstępuje do partii komunistycznej, która właśnie w tym czasie morduje i więzi akowców. Służy jej wiernie przez 33 lata. Być może jest to człowiek bardzo zdolny, bowiem w cztery lata zostaje zastępcą profesora jedynie z dyplomem magistra w kieszeni, ale równie uprawnione jest domniemanie, że przynależność partyjna była w tym bardzo pomocna.
Wprawdzie oddaje legitymację w 1981 roku, ale przecież wiedział dokładnie w czym tkwi od samego początku. Mógł się wypisać po wypadkach poznańskich w 1956 roku, albo w 1968 roku – ale wtedy w 1969 roku nie zostałby dyrektorem Instytutu jako docent. Z tym oddaniem legitymacji sprawa nie jest zupełnie jasna. Jak sam pisze: „w latach 1979-82 wykłady w uczelniach RFN” A może miał nadzieję, że bez tej legitymacji zostanie uznany za represjonowanego przez reżim i Niemcy zaproponują mu posadę. W Polsce osiągnął już niemal wszystko co mu mogła partia zapewnić – z wyjątkiem miejsca w KC.PZPR. Cóż, Niemcy nie zaproponowali, więc wrócił i służył dalej gen. Jaruzelskiemu. tzn. partii, którą rok wcześniej porzucił. (vide cv z 2003 r.- 1982-86 czł. Konsultacyjnej Rady Gospodarczej).
Szczerze mówiąc największe moje politowanie budzi fakt, że się tak totalnie odżegnał od swojej PZPR, że ją w 2003 roku całkowicie wyłyżeczkował z życiorysu. – Czysta niewdzięczność. Zwłaszcza, że władze partyjne jakimiś drogami musiały się dowiedzieć o jego grzechach wojennej młodości i pamiętać o nich, bowiem odznaczyły go Medalem Zwycięstwa i Wolności, jako jednego z około 700.000 dzielnych – a przecież mogły zamknąć, czy wywalić z roboty.
Nawiasem mówiąc nie wysoko oceniono przewagi bojowe swojego towarzysza partyjnego, bowiem na piersi „totalnie odznaczonego” w PRLu medal ten miał zajmować dopiero 33 miejsce.
Medal Zwycięstwa, (jak i Sztandar Pracy I kl.) znika z ostatniego cv pana profesora. Z tego co mi wiadomo, wierni swoim młodzieńczym ideałom akowcy tego odznaczenia nie przyjmowali. Nie było bowiem ani zwycięstwa, ani wolności.

Wygląda na to, że felietonista „Wprost” stale się czegoś wstydzi w swoim życiorysie. Najpierw się wstydził tego, że był żołnierzem AK, teraz się wstydzi przynależności do partii, odznaczeń, które otrzymał, nawet niektórych swoich publikacji. To musi być okropnie stresujące.”. A wstydzić się powinien przede wszystkim tego, że jako specjalista od ekonomii politycznej socjalizmu co najmniej przez 40 lat nie zauważył, że jest to złowroga utopia, która prowadzi do klęski, ale trwał przy niej ze Sztandarem Pracy I klasy na piersi. Dopiero po takim długim okresie Sztandar Pracy (Pierwszej klasy!) rzucił w kąt i z ogniem w oczach stał się wyznawcą gospodarki rynkowej.

Mam dla Pana – Profesorze propozycję – jak przestać się wstydzić. Jeżeli pan Günter Grass przyznał się na starość, nawet do tego, że służył w formacjach SS to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby na podstawie obydwóch życiorysów opisał Pan swoje prawdziwe życie i podał przyczyny, dlaczego Pan je tak „wyczyścił” z niewygodnych aspektów w Who is Who z 2003 roku.

Czytelnicy Pańscy mają prawo wiedzieć kto ich poucza, gromi, klepie protekcjonalnie po ramieniu i z uśmiechem politowania przygląda się ich rzeczywistym czy urojonym błędom. Przykro mi, że ściągnąłem z Pana kołderkę cnoty i obnażyłem wstydliwe miejsca. Sam już jestem w wieku starczym, ale ciągle nie lubię dwulicowości. Co było, to było. Życia swego na starość nie zmienimy. Opis życia – dlaczego nie? Ale za oba jesteśmy odpowiedzialni. Wiem o tym, bowiem często nie zasypiam długo w noc i zawsze mi się coś nieprzyjemnego przypomni, są to jednak sprawy prywatne – a bo to człowiek święty? Chociaż wycinanki z własnego życiorysu nie widzę potrzeby robić. takie było życie – takie niech będzie curriculum vitae. Do żadnej partii się nie zapisałem, kapusiem nie byłem, piersi mojej nie zdobi żadne państwowe odznaczenie.

Dlaczego tak długo zatrzymałem się nad casusem pana profesora? Osobiście nie mam nic do promotora pani Thatcher. Po prostu posłużył mi do egzemplifikacji problemu. Takich co to chcą zamazywać swoje życiorysy jest w Polsce zbyt dużo. Pojedynczo nie są groźni. Wspominają czule PRL, ale medale wezmą od każdego, kto by się nie nawinął. Jako grupa - strach pomyśleć. Wielu ma na sumieniu grzechy niewybaczalne. A naród świadom swoich słabości – wybacza wszystkim.

Pomny słów Chrystusa „kto z was jest bez grzechu...” powypuszczał z rąk kamienie i stoi cały zawstydzony. Tak stojąc z poopuszczanymi głowami zapominamy jednak, że Chrystus ujął się za jawnogrzesznicą a nie kryptogrzesznicą. W Piśmie świętym nie ma słów przypadkowych – nawet w tłumaczeniu. Może warto o tym pamiętać?

Andrzej Wilczkowski

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

przeszłością będzie długo nam się odbijało czkawką, upadać będą kolejne autorytety i to różnych dziedzin życia. Będziemy słuchać coraz to śmieszniejszych tłumaczeń i usprawiedliwień kapusiów. Ofiary i ich rodzin będą wciąż czuć się podle, gdyż nikt nie odda im sprawiedliwości.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#4933