STRASZYKOŃ W RÓŻANYCH SIDŁACH

Obrazek użytkownika rolex
Kraj

Tak… Tytuł jest bezczelnie zerżnięty z mało znanej osobom, które nie wydawały ostatnich pieniędzy na książki powieści Fritza von Herzmanovsky’ego-Orlando. Pierwszy raz zetknąłem się z Frtizem Hermanovsky’m-Orlando na łamach Literatury na Świecie, a było to na samym początku naszej młodej, zdrowej jak rzepa demokracji, a więc gdzieś circa 1992, ale mogę się mylić o dekadę wstecz lub w przód :), co akurat w przypadku tego autora jest zupełnie usprawiedliwione. Ale jestem pewien (chyba, że znowu zmyślam), że artykuł w LitnaŚwie nosił tytuł: „Literatura austriacka początków XX wieku” albo: „Groteska w literaturze austriackiej XX wieku”. W każdym razie zachęcił mnie na tyle, że kiedy zobaczyłem „Straszykonia w rózanych sidłach” na półce w księgarni, nie mogłem nie wydać tych ostatnich pieniędzy.

Postąpiłem słusznie. Opowieść o podrzędnym urzędniku upadającego imperium o urodzie fryzjerskiego manekina, rozdartym pomiędzy miłością do primabaleriny, a rozsądkiem nakazującym poślubić córkę nadwornego karła, wydawała się wtedy jedynie ekscentryczno-obsceniczna, a przy tym trąciła myszką, dzisiaj jednak widzę, że myliłem się w swoim kpiącym uśmiechu młokosa. To jest proroctwo! Jaromir Kawaler von Eynhuf – bohater wizjonerskiego dzieła, idzie za głosem rozsądku, i wizytuje dom nadwornego Karła Zumpiego, gdzie zapoznaje się ze straszliwym dziełem du Hameela, przedstawiającym rzeź niewiniątek.

Dzieło to połozyło się cieniem na losie domu Zumpich niszcząc radości dzieciństwa karlich córek i powodując „zapatrzenie brzemiennej żony”, co miało swoje tragiczne konsekwencje w fakcie, że trzecia córka urodziła się przedwcześnie w formie potworka, którego jednak nikt nie zobaczył, bo służąca natychmiast po urodzeniu zaniosła stwora do domu dla kotów. Ofiara z ludzkiego mięsa złożona kotom miała swoje konsekwencje nie tylko dla życia Zumpich; wykraczając poza dzieło Herzmanowsky’ego-Orlando zaważyła na losie nieboszczki Austrii – sprawiedliwym jeśli wspomnimy zabory, a teraz ma wpływ na los Polski, skorą byłem tak nierozważny, że ja jako Polak przeczytałem wydając uprzednio ostatnie pieniądze na zakup.

Jesteście w środku domu Zumpich, karłów cesarskiego domu, a pokraczne dziecko – owoc grzechu służb tajnych i dwupłciowych – III RP, rozszarpują koty. Jak każda butwiejąca struktura dom wasz świeci blaskiem rozpadu i gnicia, a w mdłym świetle odbywają się korowody przebierańców.

Baba z brodą z królewsko-cesarskiego Krakowa uciekła z cyrku z kochankiem połykającym noże, przedarła się przez granicę zaboru, by dotrzeć do stolicy Przywislańskiego Kraju, i w nim zamachnąć się na ostatni symbol pamięci po dawno pochowanej Rzeczpospolitej, jakim jest krzyż w sejmie krajowym. Dobrze, moim zdaniem, bo chyba nie powinien tam wisieć. Pan Bóg nie pomoże, co wiem od zeszłej soboty.

A zeszłej soboty katechetowałem społecznie ucząc katolickie dzieci nauk Kościoła Powszechnego; do katechetowanie dzieci brytyjskich nauk trzeba się przygotowywać sumiennie, bo to one będą elitą tego kraju, odwrotnie jak w Polsce, w której zostałyby nawozem użyźniającym glebę pod przyszłe plony pszenżyta, które i tak pójdzie na wódkę i rozpijanie chłopa.

I moim zadaniem było im przybliżyć ten fragment Pisma, który zawiera parabolę o pannach mądrych i głupich (czy jak to jest w łagodnej polszczyźnie: o tych roztropnych i tych nieroztropnych). Pozornie łatwe zadanie, ale tylko pozornie... I tak Panu dziękujemy w tym roku, że grupa młodzieży składa się z siedemnastu dziewczynek na dwóch chłopaczorów, bo jest sennie i cicho, nikt nie ściga się na kościelnych wózkach dla niepełnosprawnych, nie przecina ci opon w rowerze, i nie urządza zawodów w skokach w śpiworach na piętrowych łóżkach w noc ciemną podczas ‘weekend away’.

Strategię mam taką, że najpierw każę czytać na głos, a potem pytam, czy pojęli. „Pojęli” kiwają głowami pannice, a ja wtedy żądam, żeby mnie wytłumaczyć w takim razie, bo nic nie pojąłem. No i mi tłumaczą, że te panny, że na ślub, że posnęły, i że oliwy zabrakło...

No to ja rzucam od niechcenia pytanie, kto to pismo pisał, a dzieci na to (inaczej jak w Polsce, gdzie odpowiadają, że Bóg napisał), że pisali rożni pisarze natchnieni...

To ja im na to, że Ten, kto opowiadał, ten kto słuchał i ten kto spisał później są od nas odlegli o lata świetlne i o przepaść kultury, i że ludy Wschodu mają w zwyczaju ukrywać prawdy za parawanem paraboli, ale nie panny tu idzie, ale o zbawienie duszy! I te, co się na wesele nie dostały, to już koniec i kropka, w czeluście piekielne, śmierć i bez nadziei! Powtarzanie klasy nie będzie, bo jak powtarzać, jak głowa ścięta? Jak łatwo się domyślić w łagodnym świecie angielskiej prowincji jestem popularnym katechetą, choć katecheci zwierzchni kiwają ze smutkiem głowami, żeby więcej o miłosierdziu, a mniej o konsekwencjach upadku...

Panny tymczasem stropione siedzą, skoro o życie i śmierć tu idzie i gładko dochodzimy do tematów trudnych w przypowieści, czyli jak to się tu mówi: „awkward”. Bo jeśli to nie o party, ale o życie i śmierć, i nie ma nadziei, ani drugiej szansy, wóz albo przewóz, to dlaczego panny mądre nie podzieliły się z głupimi oliwą? „A bit selfish...” panny (miejscowe – jeszcze nie wiemy, czy głupie czy mądre, życie pokaże) przewracają oczami, a nawet ta z ADHD przestaje się wiercić.

A jak ja się pół roku przygotowywałem do biegu na dziesięć kilometrów (czasami człowiek nie wyrabia i musi trochę poimponować :) i podszedł do mnie kolega na starcie i poprosił, żebym się z nim podzielił moim przygotowaniem kondycyjnym wyrabianym w pocie czoła przez długie miesiące, to jak?

A jak za rok będziecie zdawać A-level (odpowiednik matury, ale na o wiele wyższym poziomie i nie można ściągać, bo to przestępstwo kryminalne jest), też wóz albo przewóz, albo do roboty albo do nauki, i ktoś do was podejdzie na piętnaście minut przed egzaminem i zażąda, żeby się z nim podzielić wiedzą o całej matematyce, to jak?

Da się? No nie da się! Bo nie o oliwę i nawet o matematykę tu chodzi, ale o to co za oliwą ukryte. A w językach wschodu oliwa to symbol ducha, a więc i życia. Z próchna już nic zielonego nie urośnie, tylko będzie świecić upiornie w nocy... nawijam, a panny miejscowe (jeszcze nie wiemy, czy głupie czy mądre, życie pokaże) blade się robią jak klify pod Hastings (wcześniej i tak były blade, bo tu słońca duż nie ma, ale nie aż tak).

„A czemu” jedna pyta, a oczy ma jak dwufuntówki, „drużba im odpowiedział, jak przyszły prosić „że ich nie zna i żeby precz szły”?

Bo jak mnie kto poznać nie chce i mnie unika, przede mną się kryje, chichocze po kątach i chowa się w jamie, to jak ja mam go znać? No przecież szansy mi nie dał, tak? Chciałem, wołałem go, ale nie przyszedł i nie wiem nawet jak ma na imię. A jeszcze jest takie starszliwe słowo jak wolna wola, i nawet sam Morgan Freeman w znanym wam filmie powiedział, że jak kto wie jak pogodzić miłosierdzie z szacunkiem do wolnej woli, to jest mądrzejszy niż Najmądrzejszy. I kropka.

Pojęły? Może i pojęły, a może nie, skoro nie wiemy, czy mądre, czy głupie, a dopiero życie pokaże. W każdym razie mają szansę, bo cała mądrość tej przypowieści zasadza się na tym, że sąd może być właśnie teraz. Już za chwileczkę, już za momencik, koniec historii, sprawdzamy wyniki, robimy ostatnie podsumowanko. Miśnia, Szczerbiec, Jagiellonka, Grunwald, Paweł Włodkowic, Cecora, Chocim, Kircholm, Moskwa (wiem, że niechronologicznie), Oliwa, Częstochowa, Wiedeń, Powstanie, Powstanie, Powstanie... powstanie... Warszawa, Londyn, Monte Casino, Arnhem, Powstanie i na zakończenie baba z brodą z kochankiem połykającym noże trzymanym na barach zamachujący się na krzyż w sejmie krajowym, ludzkie mięso dane kotu, rower i dwa pedały. Tak się kończy. Że co? Że jeszcze długi marsz i wszystko możliwe? A kto zaręczy? Nie znamy wszak dnia ani godziny.

Brak głosów

Komentarze

ząbki panienek? Zaśmiewaliśmy się z tego do łez na nundych wykładach.
Iranda

Vote up!
0
Vote down!
0

Iranda

#191131