5 x Dziadostwo

Obrazek użytkownika foros
Kraj

 Dziadostwo I: rząd i minister Vincent Rostowski

Rada Przejrzystości, która opiniuje leki, nie dostała ani złotówki za swoją pracę. Nie chce dłużej pracować za darmo. A bez ekspertów nie będzie nowych leków na liście refundacyjnej
 
Dziś na posiedzeniu Rady ma paść propozycja, by zawiesić dalsze jej prace.
W praktyce oznaczać to będzie bowiem refundacyjny paraliż. Bez opinii Rady Przejrzystości ministrowi nie wolno wpisywać na listę refundacyjną nowych leków. Nie może też zdecydować, by jakiś lek już na nią wpisany dostawała ze zniżką większa niż dotąd grupa chorych.

W Radzie powinno zasiadać 20 osób: profesorowie medycyny i etyki z uznanym dorobkiem naukowym, przedstawiciele Ministerstwa Zdrowia, NFZ, Urzędu Rejestracji Leków i Rzecznika Praw Pacjenta. Udało się jednak znaleźć jednak tylko 18 osób. Bo wymogi są wyśrubowane - członkowie Rady nie mogą wykonywać żadnych zleceń dla firm produkujących leki ani też firm doradczych działających w branży farmaceutycznej, nie wolno także być małżonkiem ani bliskim krewnym osoby pracującej dla branży farmaceutycznej. Nie wolno im zasiadać w stowarzyszeniach i fundacjach pomagających pacjentom. Wszyscy członkowie rady muszą składać deklaracje konfliktu interesów, które są sprawdzane przez CBA.
Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że chodzi o pieniądze. Minister zdrowia zaproponował, by szef Rady otrzymywał za każde posiedzenie 3 tys. zł, jego zastępca - 2,7 tys. zł, a pozostali - po 2,5 tys. zł. W Ministerstwie Finansów uznano, że to za dużo, i że wystarczy po 750 zł.

- Zrezygnowaliśmy z innych możliwości zarobkowania. Podejmujemy decyzje, których skutki liczone są w milionach złotych i nie podejmujemy ich z marszu, ale po lekturze bogatej dokumentacji. Jeśli państwo chce, by ta praca była solidnie wykonana, musi za nią godziwie płacić - mówi prof. Tomasz Pasierski, przewodniczący Rady. 

- 750 zł to trzy razy mniej niż stawka, jaką gwarantowano nam, proponując zasiadanie w Radzie. Niepoważne traktowanie. Pracy jest bardzo dużo, ponieważ lista refundacyjna musi być uaktualniana co dwa miesiące. Przy takiej stawce osoby spoza Warszawy połowę wydadzą na dojazd, za który nikt nie zwraca im pieniędzy - mówi inny profesor zasiadający w Radzie. Zwraca uwagę, że członkowie działającej przy ministrze Komisji Ekonomicznej, która negocjuje z firmami ceny leków refundowanych, otrzymują po 2,5 tys. zł za posiedzenie i nikt w tej sprawie nie zgłaszał sprzeciwu. 
 
 
Dziadostwo II: Prokuratura
 
Rzecznik Naczelnej Prokuratury Wojskowej płk Zbigniew Rzepa poinformował w poniedziałek, że w lipcu 2011 r. do prowadzącej śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie wpłynęła opinia biegłego z departamentu bezpieczeństwa teleinformatycznego ABW zawierająca wyniki badań telefonów komórkowych, nośników pamięci i innego sprzętu elektronicznego należącego do ofiar katastrofy.

Sprzęt ten był zabezpieczony na miejscu zdarzenia i 13 kwietnia 2010 r. przekazany stronie polskiej. Z treści opinii wynikało m.in., że określona karta SIM działająca w jednym z telefonów komórkowych, logowała się po raz ostatni do sieci Federacji Rosyjskiej - zaznaczył płk Rzepa.

W związku z tym - jak podała NPW - prokuratura wojskowa zwróciła się do operatora sieci, w której ta karta działała, o wykaz połączeń z 10 kwietnia. W wyniku przeprowadzonych czynności procesowych ustalono, że w dniu 10 kwietnia 2010 r., po katastrofie, miały miejsca dwa połączenia wychodzące: pierwsze o godz. 12.46, a drugie o godz. 16.24 czasu polskiego; a w dniu 11 kwietnia 2010 r. jedno połączenie wychodzące o godz. 12.18 czasu polskiego z telefonu użytkowanego przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego, którego właścicielem była Kancelaria Prezydenta, i były to połączenia z pocztą głosową - poinformowała prokuratura wojskowa

Mając na uwadze, że okoliczności towarzyszące wykonaniu tych trzech połączeń z pocztą głosową, za wykonanie których obciążona została Kancelaria Prezydenta, nie miały związku ze śledztwem dotyczącym katastrofy smoleńskiej i wymagały dalszych czynności procesowych oraz fakt, że czynu tego nie mogła dopuścić się osoba podlegająca orzecznictwu polskich sądów wojskowych, w listopadzie zeszłego roku WPO zdecydowała o wyłączeniu materiałów dotyczących tej sprawy do odrębnego postępowania i przekazaniu ich Prokuraturze Okręgowej w Warszawie - dodał Rzepa

W grudniu 2011 r., z braku cech przestępstwa, Prokuratura Okręgowa w Warszawie odmówiła śledztwa ws. domniemanej kradzieży impulsów na szkodę Kancelarii Prezydenta RP. Jak wyjaśnił PAP rzecznik prok. Dariusz Ślepokura, postępowanie było prowadzone pod kątem art. 285 par. 1 Kodeksu karnego, który przewiduje do lat 3 więzienia dla kogoś, kto "włączając się do urządzenia telekomunikacyjnego, uruchamia na cudzy rachunek impulsy telefoniczne". Warunkiem tego przestępstwa jest +włączenie się do urządzenia+ , o czym nie można mówić w niniejszej sprawie" - dodał prokurator.

Decyzja jest prawomocna, bo Kancelaria Prezydenta RP - uznana za pokrzywdzoną w sprawie - nie odwołała się od odmowy śledztwa. Prawa do odwołania nie miała rodzina Lecha Kaczyńskiego, bo właścicielem telefonu była Kancelaria. Ślepokura dodał, że prokuratura nie ma wiedzy, by ten telefon był użytkowany przez Lecha Kaczyńskiego.
 
Dodajmy, że prokuratura nie uzyskała ani przedmiotowego aparatu ani karty sim.
 
Dziadostwo III: ABW
 
Z ustaleń ABW wynika, że Lech Kaczyński posiadał 2 telefony, jeden z nich o numerze  505 114 114 był spalony. Zanim funkcjonariusze ABW zidentyfikowali go jako aparat prezydenta, minęło wiele tygodni, ponieważ w pierwotnym opisie przesłanym przez Rosjan razem z przekazanymi rzeczami nie było informacji, do kogo on należy. 
 
To z tego numeru dokonywano połączeń z pocztą głosową. Aby wykonać  połączenia karta sim powinna być przełożona do innego telefonu.
 
„Z posiadanych informacji wynika również, iż śp. Prezydent RP Lech Kaczyński posiadał także inny aparat telefoniczny. W dniu 27.04.2010 r. od Dyrektora Departamentu Konsularnego i Polonii MSZ uzyskano informację, że otrzymał on przesyłkę z Ambasady RP w Moskwie, w której miał być telefon Prezydenta – prawdopodobnie marki Nokia" – czytamy w dalszej części pisma ABW. Paczka bez otwierania została przekazana prezydenckiemu ministrowi Maciejowi Łopińskiemu, który oddał telefon rodzinie. Po pewnym czasie po aparat zgłosili się prokuratorzy z Wojskowej Prokuratury Okręgowej, którzy prowadzą śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej

– Nic mi nie wiadomo, aby prezydent posługiwał się dwoma numerami telefonów. Być może był to telefon zapasowy albo był użytkowany przez panią prezydentową Marię Kaczyńską. Jeżeli był to telefon o innym numerze, a napisano, że użytkował go prezydent Kaczyński, to nie potrafię tego wytłumaczyć. Jest to dla mnie nader dziwna sytuacja – mówi nam Maciej Łopiński, obecnie poseł PiS, jeden z najbliższych przyjaciół i współpracowników śp. Lecha Kaczyńskiego.
 
Dziadostwo IV: Nowak i Tusk
 
Na początku kwietnia premier Donald Tusk „łaskawie odkrył” przed opinią publiczną, iż… „po długich obliczeniach i rozmowach z ministrem finansów, jest decyzja w obniżeniu o połowę opłat za przejazd autostradami na tych odcinkach, gdzie decyzje może podejmować rząd.”
To nie Premier  Donald Tusk jest tutaj „dobrym wujkiem”, który obniża opłaty za przejazd autostradami, to Unia Europejska wymusiła na Nim taką zmianę. Wynika to z prostego faktu. Większość pieniędzy na wybudowanie A2 i A4 dała właśnie Unia Europejska, która nie zezwala na zarabianie na inwestycjach przez nią finansowanych i w związku z tym GDDKiA nie może na tych odcinkach pobierać aż tak dużych opłat, jakby sobie tego życzyła. Opłaty muszą być w całości przeznaczane na utrzymanie drogi, a kontrola przeprowadzona przez instytucje  unijne wykazała, że stawki są zawyżone.
Jeżeli rząd nie podporządkowałby się decyzji unijnych urzędników, musiałby zwrócić całą dotację którą otrzymał na te właśnie drogi.
 
V Jednak nie każdy dziaduje
 
Minister administracji i cyfryzacji Michał Boni zatrudnił w swoim politycznym gabinecie aż 10 osób. Ich miesięczne wynagrodzenia obciążają budżet państwa na 56 tys. miesięcznie, co w skali roku daje sumę 700 tys. zł. – donosi „Super Express”.
Celność doboru doradców widać najlepiej po licznych wpadkach ministerstwa. Spisali się również świetnie przy analizie podpisanego przez Polskę dokumentu ACTA.
 
Czyli wszystko koko euro spoko
Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Pozdrawiam.
contessa

_________________
Jeszcze Polska nie zginęła / Isten aldd meg a Magyart
"Urodziłem się w Polsce" - Złe Psy :
http://www.youtube.com/watch?v=ZssiwkN86u0

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

contessa

___________

"Żeby być traktowanym jako duży europejski naród, trzeba chcieć nim być". L.Kaczyński

 

 

#252931

@foros

 

To przykre, ale masz rację co do tego dziadostwa. Myślę, że takich przykładów jest nie tylko 5, ale 5 do potęgi n-tej  -  w różnym wydaniu.

Ale "Koko euro spoko" jest super, swojskie, nie udawane , choć "państwu z miasta"  się nie podoba.  :)

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

anagramka

#253240