Dyscyplina partyjna

Obrazek użytkownika WTQ
Kraj

Co prawda jakiś czas temu pisałem artykuł o dyscyplinie, a raczej jej braku w szeregach PO. Poruszałem wówczas podejście partii do zachowania Janusza Palikota, wielokrotne obietnice jego zawieszenia, które zawsze kończyły się żółtą kartką. Czas chyba powtórzyć temat opierając się na nieco szerszym kontekście, najlepiej porównując wspaniałe i miłosierne PO, ze złym i okropnym PiS.

Tak więc przypomnijmy na wstępie wyskoki Janusza Palikota, uważanego przez wielu na początku kadencji za oryginał, który z czasem przerodził się w zwykłego klauna. Do dziś w sumie sam nie wiem, czy Palikot jest tak doskonale przygotowany do ataków na prezydenta, które mają zdyskredytować rywala Tuska, czy jednak pozostawiono mu wolną rękę, a te działania to zwyczajna samowolka. Pierwsze poważne sygnały świadczące o celu Palikota to było ganianie po lekarzach i namawianie prezydenta do przebadania się. Niby nic, ale jednak chęć pokazania przeciwieństw... zdrowi politycy PO, kontra schorowany prezydent... ot cała idea. Później wyzywanie prezydenta od chamów, za których Palikot miał przeprosić, a tego nie zrobił. Warto tutaj przypomnieć, że za każdym razem Zbigniew Chlebowski mówił, że jest to ostatni taki wybryk, przysłowiowa żółta kartka, po której grozi już tylko zawieszenie w prawach członka PO. 

I na słowach się skończyło. Janusz Palikot jeszcze kilka razy prezentował się publicznie wyraźnie szydząc nie tylko z prezydenta, ale i z innych polityków Prawa i Sprawiedliwości. Suma summarum dostał w ramach kary zakaz wypowiadania się publicznego przez okres bodaj trzech miesięcy. Wcześniejszą karą było nakazanie zaprzestania działalności blogerskiej, jednak nawet to nie przyniosło żanych efektów. Janusz Palikot nie zmienił się wcale, a Platforma Obywatelska całkowicie popiera jego wybryki. Gdyby było inaczej, najpewniej już dano Palikot zostałby z niej usunięty dyscyplinarnie. Ciężko jest jednak wyrzucić posła, który w sporej mierze sfinansował kampanię wyborczą. Niektórzy nie wiedzą, że trwa nadal śledztwo w sprawie nielegalnych dotacji przez Janusza Palikota, który rozdawał pieniądze znajomym, aby wpłacali je w swoim imieniu na konto PO. Takie zachowanie jest złamaniem prawa, a przy okazji pokazuje nam przedsmak tego, co PO planuje pod hasłem "zlikwidowania subwencji" przy jednoczesnym dotowaniu partii wyłącznie przez osoby prywatne.

Ostatnimi czasy Palikot bardzo ostro wypowiedział się o szefie IPNu, panu Kurtyce, któremu najkrócej mówiąc zasugerował strzelenie sobie w głowę. Przy okazji zaatakował dwójkę doktorów historii, którzy napisali książkę o Wałęsie. Oczywiście do krytyki prawo ma każdy, ale do oceny merytorycznej pracy naukowej naukowca już jakieś kwalifikacje mieć wypada. Pan Palikot ich nie ma, a od oceny nie stroni. Dziwi mnie przymknięte oko partii na takie zachowania. Także w ostatnich dniach Palikot w wyniku sondażu zapowiedział, że odejdzie z polityki, jeśli zrobi to prezydent. Był to odzew na sondaż, z którego wynikało, że Palikot i Lech Kaczyński są najmniej pożądanymi postaciami w mediach. W sam sondaż wnikać nie mam zamiaru, ale kolejne ataki Palikota na prezydenta, pomimo, że ten jest całkowicie bierny pod tym względem są zwyczajnie krecią robotą. Do tego zwykły poseł porywa się na głowę państwa... No ale w końcu ja także mogę obiecać zaprzestanie mojej blogerskiej działalności, jeśli pan Palikot zamknie się w zakładzie psychiatrycznym, prawda? Uroki demokracji...

Wszystko to składa się na bardzo wyrazistą działalność posła Palikota, który miał reformować państwo i upraszczać biurokrację w kraju. Zamiast tego mamy ciągłe medialne wystąpienia i ataki na braci Kaczyńskich. A miał być spokój po zmianie władzy. Sama Platforma Obywatelska ani myśli uciszać, ani karać Palikota za swoje wybryki, pomimo wielu obietnic (Obietnice i PO jakoś nie pasują do siebie).

Podobnie wygląda sprawa Radosława Sikorskiego i jego "przecieków" z rozmowy z prezydentem, do których się łaskawie przyznał po kilku miesiącach. Oczywiście pan minister "nie wiedział", że rozmowa była tajna, a codzienne medialne komunikaty na ten temat zwyczajnie omijały jego uszy. Dopiero dwa dni temu dowiedział się, że wszyscy szukają źródła przecieku informacji... no to w końcu przyszedł i powiedział, że to on się pochwalił kolegom. Niby miło z jego strony, zaoszczędzimy kolejnych wydatków na śledztwa, z których i tak jasno wyszłoby kto był największą paplą podczas tamtego spotkania. 

Jednak to nie wszystko. Radosław Sikorski podając do informacji publicznej to, co było mówione w dźwiękoszczelnym pokoju mógł spowodować ogromne straty dla Polski. Wszak rozmowa dotyczyła amerykańskiej tarczy, która była jeszcze negocjowana. Szczęśliwie udało się nam zakończyć negocjacje i tarcza powstanie w Polsce z całą pewnością, co może w końcu oderwać nasz kraj od wpływów Moskwy. Jednak wyciek informacji tajnych jest karalny, aby nie powiedzieć, skandaliczny. Niektórzy dopatrują się tutaj zdrady stanu, czyli działaniu przeciwko interesowi własnego kraju. Jakby jednak nie było, w obu przypadkach karą za ujawnienie tajemnicy państwowej jest więzienie, a w partiach politycznych panuje zwyczaj, że gdy poseł jest podejrzany o przestępstwo, partia natychmiast go dymisjonuje, wyrzuca z partii i pozbawia immunitetu, aby był do dyspozycji prokuratury. Tak jest na zachodzie i w kilku naszych partiach, ale oczywiście nie w PO.

Platforma Obywatelska podniosła głos w mediach, że śledztwo w tej sprawie nie jest potrzebne, a błąd ministra to rzecz błaha, nie wymagająca robienia medialnych sensacji. Oczywiście rozumiem chęć wyciszenia jednego z największych błędów obecnego rządu, ale takie pobłażliwe podejście władz PO do ministra Sikorskiego jest już mocną przesadą. Pan Sikorski musi odpowiedzieć za swój zamierzony, lub też nie zamierzony błąd, a PO nie powinno go w tym momencie bronić. Wszak od obiektywnych wyroków mamy sądy, a nie partie polityczne. 

Jednak skoro Platforma Obywatelska nie potrafiła sama wyrzucić ze swoich szeregów ani Palikota, ani Karnowskiego (który odszedł "dobrowolnie"), to nie spodziewałbym się rewelacji w sprawie Sikorskiego. Ktoś kiedyś powiedział "Ręka rękę myje", ale nie pamiętam kto to był, ani kiedy te słowa zostały użyte. Wydają się jednak całkiem trafne.

Dla porównania dyscypliny i zasad panujących w partiach politycznych w Polsce proponuję przyjrzeć się ostatniemu przypadkowi wyrzucenia posła z partii Prawa i Sprawiedliwości.

Mianowicie chodzi tu o występ posła Zbigniewa Girzyńskiego w TVN24, które jest przez PiS od kilku miesięcy bojkotowane. Za ten niewinny wywiad poseł został zawieszony w prawach członka partii, mimo że jego zamiary były szlachetne (protestował przeciwko polityce PO względem IPN i dwóch historyków, którzy napisali książkę o Wałęsie).

Podobnie PiS reagował jeszcze za czasów rządu Kaczyńskiego w 2007 roku, kiedy to za podejrzenie Leppera o korupcji zrywano z nim koalicję do wyjaśnienia sprawy, a także wyrzucono ze stanowiska poleconego przez Marcinkiewicza, Janusza Kaczmarka za jego wątpliwe układy z biznesmenami prezentowane przed wyborami.

PiS rządził faktycznie twardą ręką, ale przynajmniej nie tolerował błazenady, ani ewidentnych wpadek swoich ludzi. Jeśli się takowa zdarzyła, człowiek został wymieniany. Niestety nie można tego samego powiedzieć o PO.    

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Oto powód:

http://en.wikipedia.org/wiki/Publicity_stunt

"Stuntman" po andielsku znaczy "kaskader".

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#4960