TAJNA AGENCJA SPRAW ZAGRANICZNYCH Z MINISTERSTWEM HAŃBY NARODOWEJ W TLE CZ. III

Obrazek użytkownika Aleszumm
Kraj

                         TAJNA AGENCJA SPRAW ZAGRANICZNYCH  CZ. III

    http://aleksanderszumanski.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=1089&Itemid=2

               
                AMBERD GOLD ZA ESBECKIE MINISTERSTWO SPRAW  
                                         ZAGRANICZNYCH

 Agentura nie lubi być postrzegana. Tam gdzie jest najmniej potrzebna, tam właśnie tkwi. Ale dlaczego? Naiwne pytanie. Bo tam gdzie nie widać, tam się najlepiej robi szmal. Przecież biedni agenci peerelowskiej bezpieki też ludzie. Muszą z czegoś żyć. W kraju macierzystym mają ogromną konkurencję, że aż wyżyć trudno. Na pierwszym miejscu do żłobu są bowiem ruscy agenci rozsiani zresztą po całym świecie. Oni mają  pierwszeństwo. Niech się tylko ktoś spróbuje sprzeciwić to zaraz popełni samobójstwo. Czasami nawet zbiorowe, bywa, że nawet lotnicze. Czy rosyjskie służby mogą tkwić w polskim kontrwywiadzie? Albo np. w ukraińskim? Dlaczego nie? Odpowiem pytaniem na pytanie.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych pod wodzą „dorzynającego watahę” „Radka” Sikorskiego jest w tej „niedorżniętej” jeszcze części jedną wielką agenturą tajniaków i cwaniaków. Ministerstwo Spraw Zagranicznych to znaczy urzędnicy najwyższego szczebla, dyplomaci na różnych wysokich stołkach. Nie zdarza się im spadać z wysokich stołków, chyba, że na bani. Radek nie skąpi. Mają dobre posadki. Ale, iż dusza taka nie zwyczajna razwiedkowa  zwykle za życia już pragnie do nieba, a to kosztuje, trzeba dorobić. „Robią” więc radkowi dyplomaci np. w stolicy męczeńskiego polskiego Wołynia,  Łucku również i za „doradców” najstarszych zawodów świata. Doradztwo w tym zawodzie jest zawsze ciekawe. Korzyści jest cały pęczek. Doradca przecież nie jest płatnym klientem. Doradca w ogóle nie jest klientem. Doradca pobiera jeszcze dobre „diengi” za usługi.   

Polskie Ministerstwo Spraw Agenturalnych jest chytre. Co się stało z kasą wschodnich mediów jak przejęło nad nimi władztwo? Gdzie wyparowały pieniądze przeznaczone na obsługę Radia Lwów? Ja się idę pytać pana Radka? To pytanie lwowskim szmoncesem. A po bałaku to: dawaj flote, bo ci ryło wyplote. I co? I nic. Floty niet. Poszła na wspólne wypłaty dyplomatyczne, spacerkiem sutenerskim.

Jeszcze Radiu Lwów coś przyobiecali przyszłościowo na 2014 – bezkonsulat – polskiej racji bezstanu. Bo jak na falach ukraińskich coś postrzyknie do post banderowców ze „Swobody” i innych merów o ministerialnym fachu alfonsowskim naszych dyplomatołków to diengów do końca PO nie budiet. I szto budiet? Wmiestie wsio amber gold, wot szto budiet.

To sie bidne Radio Lwów ze..strachało i dawajjj tępić pismaków co się podszywają pod dziennikarzy, co to ministerstwu hańby narodowej flaki wypruwają i bezczelnie ich alfonsują elektronicznie.  A pisatiel kak pisatiel, dłuższe piszesz – dalsze budiesz i dawaj dalsze w żopu im smatriet’.

W Polsce sutenerstwo (podobnie jak stręczycielstwo i kuplerstwo) jest przestępstwem, opisanym w art. 204 § 2 Kodeksu karnego, zagrożonym karą do 3 lat pozbawienia wolności (lub karą do 10 lat, jeśli osoba prostytuująca się jest małoletnia). Jest to również przestępstwo w wielu krajach świata.

Przestępcy trudniący się sutenerstwem nazywani są sutenerami, lub potocznie alfonsami. To ostatnie określenie pochodzi od głównego bohatera wydanej w 1873 r. powieści Aleksandra Dumasa (syna) pt. Monsieur Alphonse, który trudnił się tym procederem. Wcześniej sutenerów w slangu przestępczym określano słowem "luj", co z kolei pochodziło od francuskiej wersji imienia Ludwik (Louis).

To oznacza również, że co jedenasty aktywny dzisiaj dyplomata III RP, który pracuje poza granicami Polski współpracował z cywilnymi bądź wojskowymi (WSI) służbami PRL. W owej grupie jest siedmiu ambasadorów lub konsulów, a więc osób stojących na czele polskich placówek dyplomatycznych.

Który z nich handlował polskim wizami w Łucku,  czy we Lwowie? Który z nich zajmował się sutenerstwem, skoro tak łatwo ukraińskie prostytutki pracują w Polsce, Danii, Hiszpanii, czy w Niemczech?

Skandal z ubeckim Ministerstwem Spraw zagranicznych trwa! ( patrz „Esbecka szajka pod okiem Sikorskiego” – „Gigantyczna afera w polskiej dyplomacji”

http://niezalezna.pl/31584-esbecka-szajka-pod-okiem-sikorskiego

Z rozbrajającą szczerością dane o dyplomatach umoczonych w służby peerelowskie podała Grażyna Bernatowicz wiceminister spraw zagranicznych, zapewne zmuszona wstydem zmieszanym z farbą, która już nie chce puścić z emblematu – „dorżnąć watahę” Ministra Spraw Zagranicznych „Radka” Sikorskiego.

Konsulat polski w Łucku – stolicy męczeńskiego Wołynia - sprzedaje polskie wizy m.in. prostytutkom! (patrz „Konsulat w Łucku – bezprawie i samowola”). –

http://media.wp.pl/kat,1022943,wid,14826417,wiadomosc.html?ticaid=1f33f

W ślad za istniejącym wstydem Ministerstwa Spraw Zagranicznych red. Włodzimierz Knap „Dziennik Polski” podjął temat.

To oznacza, że co jedenasty aktywny dzisiaj dyplomata III RP, który pracuje poza granicami Polski współpracował z cywilnymi bądź wojskowymi (WSI) służbami PRL. W owej grupie jest siedmiu ambasadorów lub konsulów, a więc osób stojących na czele polskich placówek dyplomatycznych.

Który z nich handlował polskim wizami w Łucku,  czy we Lwowie? Który z nich zajmował się sutenerstwem, skoro tak łatwo ukraińskie prostytutki pracują w Polsce, Danii, Hiszpanii, czy w Niemczech?

Oto jest pytanie?

Z rozbrajającą szczerością dane o dyplomatach umoczonych w służby peerelowskie podała Grażyna Bernatowicz wiceminister spraw zagranicznych, zapewne zmuszona wstydem zmieszanym z farbą, która już nie chce puścić z emblematu – „dorżnąć watahę” Ministra Spraw Zagranicznych Radosława Sikorskiego.

m.in.podaje:

„…wizy Schengen do Francji, Danii, czy Niemiec dostawały osoby trudniące się nierządem, objęte zakazem wjazdu do tych krajów. Obywatele ukraińscy byli zmuszani do płacenia haraczu za załatwienie wiz. Przez granicę przewożono nielegalnie dzieci…w konsulacie RP w Łucku na Ukrainie działała szajka kierowana przez byłych esbeków, a osłaniana przez polskie służby specjalne…dotarliśmy do Ukrainki, która starała się o wizę legalnie, ale zmuszono ją do zapłacenia haraczu…funkcjonariusz BOR poinformował mnie…że moje zaproszenie nic nie znaczy i że na tej podstawie wizy nie dostanę… ze wskazaniem do „pani Ludy”. Poszłam tam….rozmowę ze mną zaczęto od kwoty 400 – 500 euro…”

„… w nocy przygotowują dokumenty, znoszą do zaufanych ludzi w konkretnych okienkach. Nie tylko wizami handlują. Karty Polaka też sprzedają za 700 euro. Można spotkać ogłoszenia na mieście i na Fecebooku. Za łapówki załatwiają też wizy (na podstawie fikcyjnych zaproszeń). Konsulat raj dla prostytutek…”.

Proceder trwa pod okiem konsula Sylwestra Szostaka nadzorującego wydawanie wiz w konsulacie(„Gazeta Polska” 8 sierpnia 2012).

Bernatowicz poinformowała, że obecnie z osób pracujących w polskiej dyplomacji ok. 60% podlega lustracji.

Dlaczego 60% polskich dyplomatów nie zostało zlustrowanych przed objęciem służby - Bernatowicz nie poinformowała polskiej i światowej opinii publicznej.

Fakt zatrudnienia w polskiej dyplomacji współpracowników peerelowskiej Służby Bezpieczeństwa został ujawniony w czasie posiedzenia sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych. O przedstawienie informacji dotyczących obecnego stanu zatrudnienia w MSZ funkcjonariuszy i tajnych współpracowników komunistycznych służb specjalnych wystąpili w czasie posiedzenia komisji posłowie Prawa i Sprawiedliwości.

Minister Grażyna Bernatowicz usiłowała przekonywać członków komisji, że o zatrudnieniu w polskiej dyplomacji przede wszystkim decydujące znaczenie mają kwalifikacje. W czasie swojego wystąpienia Bernatowicz nie sprecyzowała o jakie kwalifikacje chodzi. Czy wyłącznie moralne?

Członkowie komisji dowiedzieli się od Bernatowicz, iż polityka personalna w MSZ jest realizowana zgodnie z prawem oraz zasadami zarządzania zasobami ludzkimi, gdzie najważniejszym kryterium jest posiadanie właściwych kompetencji merytorycznych.

Zachodzi pytanie, czy  współpraca z komunistycznym wywiadem, lub sutenerstwo, to wystarczające kwalifikacje dyplomatyczne w Ministerstwie Spraw Zagranicznych?

Dyplomaci umocowani dla handlu wizami przeznaczonymi dla ukraińskich prostytutek uprawiali sutenerstwo – czerpanie korzyści majątkowych z uprawiania prostytucji przez inną osobę.

Zwykle jest to powiązane ze stręczycielstwem (nakłanianiem do uprawiania prostytucji) i kuplerstwem (ułatwianiem uprawiania prostytucji), a czasami z innymi przestępstwami, jak handel ludźmi oraz stosowanie gróźb i przemocy wobec prostytutek. Oprócz indywidualnych sutenerów, jest to jedno z pól działalności, którą zajmują się zorganizowane grupy przestępcze.

Bernatowicz zwróciła uwagę, że żaden z przepisów prawa nie nakazuje pracodawcy zwolnienia, lub niezatrudnienia pracowników, którzy złożyli zgodne z prawdą oświadczenie lustracyjne. Przekonywała, że usuwanie ze służby zagranicznej osób, które przyznały się w swoich oświadczeniach do współpracy jest trudne z prawnego punktu widzenia.

Dr hab. Krzysztof Szczerski, były wiceminister spraw zagranicznych, wicedyrektor Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego nie jest zaskoczony liczbą podanych przez Bernatowicz tajnych współpracowników, która potwierdziła jego opinię o polityce personalnej ministra Radosława Sikorskiego, kierującego się zasadą utrzymania status quo na kierowniczych stanowiskach w swoim resorcie. Minister Sikorski preferuje ludzi o rodowodzie PRL-owskim, choć sam mieni się najgorętszym przeciwnikiem komunizmu.

Krzysztof Szczerski uważa, że osoby które były zaangażowane po stronie państwa komunistycznego nie powinny dzisiaj pracować w dyplomacji III RP. Tacy ludzie służyli temu, aby Polska była państwem zniewolonym przez Związek Sowiecki, krajem zacofanym pod każdym względem. Jego zdaniem ludzi związanych z PRL-owskimi służbami specjalnymi, a zatrudnionych obecnie w MSZ, z uwagi na ich oddanie władzom komunistycznym nie należy traktować dzisiaj jak normalnych urzędników. Tymczasem w MSZ, na czele którego stoi Radosław Sikorski, takie osoby są nie tylko tolerowane, ale wręcz preferowane – a od upadku komunizmu minęło prawie ćwierć wieku - mówi Krzysztof Szczerski.

Natomiast Bernatowicz przekonuje, że osoby które były współpracownikami peerelowskich służb bezpieczeństwa, a teraz zajmują wysokie stanowiska państwowe w polskiej dyplomacji to profesjonaliści, których nie można dyskryminować i przez długi okres życia poświadczyli oddanie temu krajowi, który dzisiaj mamy!

Bernatowicz w swoim oświadczeniu sejmowym nie podała kwot, których nie otrzymały polskie kresowe media, ani przyczyn w jaki inny sposób rozdysponowano milionowe środki przeznaczone na doroczny, określony cel  utrzymania polskich mediów na Kresach, w tym Radia Lwów.

W wyniku rozwiązania Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego (Komitiet Gosudarstwiennoj Biezopastnosti) znanego pod skrótem KGB ZSRR w październiku 1991 i rozpadzie Związku Radzieckiego dwa miesiące później (grudzień 1991), pozostał potężny system wywiadowczy i służby bezpieczeństwa.

Jak się ocenia, w latach 80. w KGB ZSRR pracowało ponad 400 tysięcy osób w tym 230-250 tysięcy w wojskach pogranicznych i ok. 50 tysięcy w jednostkach łączności oraz ochronie i obsłudze Kremla. KGB ZSRR miało kilkaset tysięcy informatorów wśród ludności oraz w kołach rządowych i siłach zbrojnych.

Placówki (rezydentury) KGB ZSRR operowały we wszystkich stolicach świata pod przykrywką konsulatu ZSRR lub ambasady ZSRR, albo po prostu jako misje i firmy handlowe.

Po likwidacji KGB ZSRR działała przejściowo od września 1991 roku do grudnia 1991 roku Centralna Służba Wywiadu, która została przeformowana zarządzeniem prezydenta Federacji Rosyjskiej Borysa Jelcyna Nr 293 z dnia 18 grudnia 1991 na Służbę Wywiadu Zagranicznego (SWR),. Podlegała pod utworzone w grudniu 1991 roku Ministerstwo Bezpieczeństwa.

Służba Wywiadu Zagranicznego FR przejęła zadania wykonywane wcześniej przez I Zarząd Główny KGB ZSRR (PGU), zajmujący się wywiadem zagranicznym.

Głównym zadaniem SWR jest m.in. dostarczanie prezydentowi i rządowi Federacji Rosyjskiej informacji politycznych, ekonomicznych, technicznych, naukowych, analiz oraz  informacji o państwach, organizacjach, ludziach, o wszystkim co ma znaczenie dla prowadzenia skutecznej polityki przez prezydenta, premiera i rząd Federacji Rosyjskiej.

Funkcjonariusze SWR działają jako dyplomaci, funkcjonariusze bez immunitetu dyplomatycznego tzw. nielegalni będący pod przykryciem dziennikarzy, turystów itp. Wykorzystują do tego celu ambasady, konsulaty rosyjskie rozsiane po całym świecie oraz (nielegalni) rozmaite przedsiębiorstwa i organizacje. Po rozpadzie Związku Radzieckiego i zakończeniu zimnej wojny, głównym zadaniem wywiadu Rosji było zlikwidowanie luki naukowo-technicznej między Rosją a krajami NATO.

Początki działalności Służby Wywiadu Zagranicznego nie były zbyt pomyślne. W bardzo krótkim czasie między 1991 a 1992 rokiem z placówek zagranicznych SWR we Włoszech, Wielkiej Brytanii, Belgii, Finlandii oraz Francji uciekło na Zachód pięciu wysokich rangą oficerów. Przy okazji zabrali oczywiście ze sobą najtajniejsze dokumenty, jeszcze ze służby Pierwogo Gławnogo Uprawlienija KGB ZSRR.

Służba Wywiadu Zagranicznego przejęła po KGB mnóstwo agentów-informatorów. Ważniejszym współpracownikiem SWR, zwerbowanym jeszcze przez KGB ZSRR, był m.in. Earl Edwin Pitts, oficer FBI pracujący w sekcji kontrwywiadu w Nowym Jorku.
Zwerbowany został przez KGB ZSRR między 1987 a sierpniem 1989 roku. Po 9 latach współpracy z wywiadem rosyjskim został aresztowany przez FBI w 1996 roku.

Drugim agentem wywiadu, którego SWR RF odziedziczyła po KGB SSSR, był pracownik Centralnej Agencji Wywiadowczej z 16 letnim stażem, Harold Nicholson. Został aresztowany przez Federalne Biuro Śledcze w listopadzie 1996 roku.

Ile jeszcze podobnych kretów KGB zostawiło w CIA lub FBI oraz innych specsłużbach całego świata, wyjdzie na jaw z czasem. Do 1996 SWR korzystała z danych gromadzonych przez Połączony System Przetwarzania Danych o Przeciwniku (SOUD). W tym też roku przejęła część jego kompetencji, dzieląc je z FAPSI.

Jednym z najbardziej wartościowych agentów przejętych przez SWR od KGB niewątpliwie był Aldrich Ames. Swoje usługi zaoferował 16 kwietnia 1985 roku rezydentowi KGB) w Waszyngtonie.

Aby udowodnić Rosjanom, że nie jest to kolejna prowokacja amerykańskiego kontrwywiadu (FBI), wydał im dwóch oficerów KGB zwerbowanych przez CIA w Moskwie.

Następnie 13 czerwca 1985 roku Ames przekazał KGB nazwiska wszystkich oficerów KGB, GRU oraz innych wschodnich agencji wywiadowczych, współpracujących z CIA jakie były mu znane. W ten sposób siatka agentów budowana przez CIA od trzydziestu lat zamieniła się w kupę gruzu. Przez dziewięć lat szpiegowania dla radzieckiego KGB i jego następczyni, SWR, Aldrich Ames zrobił prawdopodobnie wszystko, co agent może zrobić, poza podstawieniem ciężarówki pod siedzibę CIA w Langley i wywiezieniem z niej dokumentów.

Ames ujawnił ponad sto tajnych operacji, wydał Rosjanom ponad 30 osób współpracujących z CIA (z których dziesięć zostało skazanych na karę śmierci i rozstrzelanych) i innymi zachodnimi agencjami.
Aldrich Ames wydał w ręce KGB m.in. Siergieja Fiedorenko, dyplomatę radzieckiego przy Organizacji Narodów Zjednoczonych (ONZ).

Siergiej Fiedorenko pracował dla CIA pod pseudonimem "Pyrrhic" do chwili wydania przez Amesa w 1985 roku. Wyczuwając niebezpieczeństwo zbiegł do USA, żyje do dziś prawdopodobnie gdzieś w Stanach Zjednoczonych.

Adolf Tołkaczew pod pseudonimem "Vanquish" dostarczał CIA informacje na temat najnowszych samolotów Mig, głównie systemów naprowadzania oraz tzw. technologii stealth. Wydany przez Amesa został aresztowany i stracony.

Sergiej Motorin, major KGB pod pseudonimem "Gauze", współpracował z CIA informując o operacjach KGB przeprowadzanych w stolicy Stanów Zjednoczonych. Wskazany przez Amesa został aresztowany przez KGB w sierpniu 1985 roku, i stracony.

Gen. mjr Dmitrij Polakow wysoki oficer wywiadu wojskowego GRU, współpracował z CIA pod pseudonimem "Tophat" lub "Roam", przez ponad 20 lat dostarczając nieocenionych informacji. Wydany przez Amesa w 1985 roku, został aresztowany w czerwcu 1986 roku i stracony.

Aldrich Ames został aresztowany przez FBI 21 lutego 1994 roku i skazany na dożywotnie więzienie.

Bardzo głośną sprawą było aresztowanie 20 lutego 2001 roku przez sekcję kontrwywiadu FBI Roberta Hanssena, wieloletniego pracownika Federalnego Biura Śledczego FBI. Hanssen zgłosił się do radzieckiej firmy handlowej w Nowym Jorku już pod koniec 1979 roku. Przekazał on wówczas radzieckiemu wywiadowi wojskowemu GRU tajne materiały.
Został przyłapany przez żonę, chowając tajne dokumenty w domu (myślała ona, że to listy miłosne). Poleciła mężowi, aby natychmiast udał się do spowiedzi.

Hanssen uzyskując rozgrzeszenie (pieniądze otrzymane od Rosjan miał oddać na cele charytatywne) od znajomego pastora, zerwał kontakty z GRU, radzieckim wywiadem wojskowym.

Ponownie nawiązał kontakt z wywiadem radzieckim, tym razem z KGB, 1 października 1985 roku, wysyłając list do ambasady w Waszyngtonie, a następnie tam dzwoniąc, oferując własne usługi. Za 15-letnią współpracę z KGB otrzymał 1,4 miliona dolarów w gotówce i brylantach.

Za informacje, które pozwoliły aresztować Roberta Hanssena, FBI zapłaciło 6 milionów USD. W materiałach kompromitujących Hanssena były m.in. kaseta z nagraniem telefonu, który Hanssen wykonał do ambasady Związku Radzieckiego w 1985 oferując swoje usługi, zdjęcia z ukrytego aparatu przedstawiające Hanssena podczas odbioru pieniędzy zostawionych przez oficera prowadzącego w tzw. martwej skrzynce kontaktowej, oraz kawałek plastikowej torebki, w której Hanssen dostarczył tajne materiały dla KGB, z odciskami jego palców.

Robert Hanssen został skazany na dożywotnie więzienie, a cała sprawa doprowadziła do dymisji ówczesnego dyrektora Federalnego Biura Śledczego FBI, Louisa Freeha.

Siedziba SWR mieści się w Moskwie w dzielnicy Jasienowo oraz posiada 27 stacji radiowywiadu usytuowanych przeważnie w stolicy danego państwa, np. Paryżu, Londynie, Waszyngtonie, Berlinie, działających jako część ambasad lub konsulatów Rosji. Służba Wywiadu Zagranicznego SWR dysponuje własną tzw. szkołą szpiegów. Liczbę zatrudnionych funkcjonariuszy wywiadu w pierwszych latach działalności ocenia się na 15 tys.

Prezydent Rosji Władimir Putin wprowadza reformę rosyjskich służb wywiadu, kontrwywiadu i bezpieczeństwa. Federalna Służba Bezpieczeństwa (FSB) ma zostać przemianowana na Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego oraz odzyskać kontrolę nad Służbą Wywiadu Zagranicznego (SWR) i Federalną Służbą Ochrony (FSO) – odpowiednika polskiego BOR.

W kręgach wywiadowczych i prasie mówiło się, że Putin dążył do połączenia wszystkich instytucji bezpieczeństwa. Celem tego miała być odbudowa wpływów służb specjalnych na wzór KGB.
 
Rosyjskie służby w polskim kontrwywiadzie. Kilka miesięcy temu w siedzibie Służby Kontrwywiadu Wojskowego odbyła się wizyta przedstawicieli rosyjskich służb specjalnych. Na teren SKW wjechali służbowym samochodem, który wcześniej nie był sprawdzony przez Polaków – podaje Dorota Kania „Gazeta Polska Codziennie”   9 października 2012 r.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych kryje agentów, byłych współpracowników służb specjalnych PRL z konsulatu w Łucku w związku z opisana wyżej aferą wizową – podaje Jacek Dytkowski „Nasz Dziennik” 4 października 2012 roku.

                                                   Aleksander Szumański „Głos Polski” Toronto

 

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:5)

Komentarze

jest wylacznie nastepstwem tego, ze tam rozni esbecy, a w zadnym przypadku nie tego, ze jak pisal Balinski w swej ksiazce, do min. na lepsze stankowiska przyjmowani sa lub na nie promowani , o ile sa pracownikami, nie tylko "ludzie ze sluzb", ale i ci o oliwkowej cerze,  no nie zawsze- ale oodpowiednim pochodzeniu etnicznym:). To z pewnoscia nie ma znaczenia:)))

 

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0
#1430137

Troche historii  walki ze szpiegami sowieckimi

 89 lat temu w Nowogródku rozpoczęła się niecodzienna sprawa sądowa. Na ławie oskarżonych zasiadł były funkcjonariusz Policji Państwowej, oskarżony o zabójstwo … dwóch komunistów.

Policjant Józef Muraszko wyciągnął rewolwer i dwukrotnie strzelił w klatkę piersiową dwóch rosyjskich agentów. Od kul padli porucznikBagiński i podporucznik Wieczorkiewicz. Jak to możliwe, że pozornie rutynowa wymiana szpiegów między Warszawą i Moskwą przekształciła się w krwawą jatkę w wagonie kolejowym? Dlaczego sprawca znalazł się w nim, choć nie wolno było go tam wpuścić?

Według źródeł policyjnych, dwaj schwytani przez stronę polską szpiedzy Rosji, przeznaczeni do wymiany na zatrzymanych przez Moskwę Polaków, zostali wydani o godz. 1.00 w nocy z więzienia w Białymstoku i pod silną eskortą policji wyruszyli pociągiem osobowym w kierunku na Baranowicze i Stołpce. Wymiana miała nastąpić na granicznej stacji Kołosowo, tuż przed leżącą po stronie rosyjskiej stacją Niegarełaje (Niegorzałe).

Jak wynika z relacji świadków, po przybyciu do Stołpców o godzinie 14.00, po dokonaniu niezbędnych formalności i zmiany warty, podstawiono specjalny pociąg, składający się z lokomotywy i jednego wagonu transportowego. Zostali w nim umieszczeni obaj szpiedzy – do niedawna jeszcze oficerowie Wojska Polskiego, teraz otoczeni 8-osobowym kordonem eskortujących policjantów pod komendą aspiranta Szyszkiewicza, a także przedstawiciele polskich władz cywilnych i wojskowych, jadący służbowo w związku z planowaną wymianą. Wśród nich był m.in. szef grupy Kulikowski i starostaZajączkowski. O godz. 2.50 skład wyruszył do Kołosowa. Do stacji jednak nie dojechał. Na trzecim kilometrze za Stołpcami sprawy wymknęły się spod kontroli. Był 29 marca 1925 roku.

Wracał zmęczony…

Józef Muraszko – patriota czy zabóca? Fot: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Kilka godzin wcześniej Starszy Przodownik Policji Józef Muraszko, szef ekspozytury śledczej w Stołpcach, wracał z dwoma swoimi posterunkowymi do miasta z rejonu wsi Kuczkuny, gdzie prawie dwie doby spędził w zasadzce na sowieckich dywersantów, notorycznie przekradających się do Polski przez pobliską granicę. Tym razem nikogo jednak nie złapał. Z pochmurnego nieba siąpił deszcz, a on był zmoknięty i senny. W swoim 29-letnim życiu przywykł już jednak do niewygody i ryzyka. A komunistów nienawidził szczerze – od samego początku rewolucji w Rosji. W 1917 roku walczył w szeregach „białych” i wiele razy widział skutki sowieckich gwałtów i zbrodni. Zawsze czuł się polskim patriotą i dlatego jako jeden z pierwszych wstąpił do tworzącego się korpusu generała Dowbora-Muśnickiego. Służąc jako zwiadowca widział, jakbolszewicy mordowali schwytanych polskich żołnierzy.

Potem, już w niepodległej Polsce, dosłużył się szarży podchorążego, a po wyjściu z wojska wstąpił do Policji Państwowej z przydziałem na Kresy. Wychowany na wojnie, tępił sowieckie bandy pod Stołpcami z cierpliwym uporem, który zdumiewał, a niekiedy przerażał zarówno jego podwładnych jak i przełożonych. Był podziwiany, ale nie był lubiany. Pracę w policji traktował jak świętość – to był sens jego życia. Zdarzyło się, że kierownictwo udzieliło mu kiedyś nagany za stosowane metody. Zdruzgotany Muraszko o mało nie popełnił wtedy samobójstwa. W sierpniu 1924 r. zbrojna sowiecka partyzantka dokonała bezpośredniego napadu na Stołpce. Dywersanci zabili 7 policjantów, urzędnika starostwa i ograbili mieszkańców. Od tej pory Muraszko zaczął zwalczać sowietów z całą bezwzględnością. Dziś powiedzielibyśmy, że był to taki „Brudny Harry Kresów Wschodnich”. Należał do tych, którzy antykomunizm mieli we krwi. Temu, kto nigdy bezpośrednio nie miał do czynienia z sowietami trudno to pewnie zrozumieć. Jednak tego dnia Józef był po prostu zmęczony i chciał spać. O planowanej za kilka godzin wymianie szpiegów nie miał zielonego pojęcia – tak przynajmniej potem twierdził.

Komenda Powiatowa Policji w Stołpcach w 1924 r. – tu służył Józef Muraszko zabójca Bagińskiego i Wieczorkiewicza. Fot: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Gdyby przyjechał pół godziny później…

wszystko potoczyłoby się pewnie inaczej. Mógł iść do domu, ale jako służbista zajrzał jeszcze na komendę powiatową, a tam spotkał aspiranta Szyszkowskiego. Ten oznajmił mu, że właśnie na polecenie kierownictwa rusza z kolejowym konwojem na wymianę szpiegów – polskich oficerów w służbie sowieckiej. Kogo tym razem wymieniają? Walery Bagiński i Antoni Wieczorkiewicz? Muraszko znał te nazwiska doskonale! Gazety wielokrotnie opisywały sprawę zamachu bombowego na prochownię Cytadeli Warszawskiej, gdzie 13 października 1923 r. zginęło 28 osób – polskich żołnierzy, ale także kobiety i dzieci, a 90 osób zostało rannych.

To był najbardziej krwawy akt terroru w Polsce międzywojennej. Dokonać go miała sowiecka siatka kierowana właśnie przez tych dwóch oficerów – zdrajców, którzy w rzeczywistości byli działaczami Komunistycznej Partii Robotniczej Polski, przeznaczonymi do działań dywersyjnych. W czasie zamachu siedzieli już wprawdzie w areszcie, ale podobno brali udział w jego przygotowaniu. Mieli też jakoby na sumieniu krwawe ataki na kilka redakcji pism prawicowych i na organizację samopomocową na Uniwersytecie Warszawskim.

Patrol polskiego KOP-u na granicy z sowietami w Kołosowie. Fot: John Philips/Life

Dziś wiemy, choć Muraszko – rzecz jasna – wtedy jeszcze nie wiedział, że w Moskwie działała już w tamtym czasie wyspecjalizowana szkoła, która „kształciła” kadry dla przyszłej „polskiej armii czerwonej” oraz szkoliła szpiegów i dywersantów przerzucanych potem do Polski. Uczono tam strategii wojskowej, organizowania zamachów, taktyki walk ulicznych i prowadzenia sowieckiej agitacji wśród polskich żołnierzy. To absolwentami tej właśnie „uczelni” byli potem m.in. Józef Unszlicht i późniejsza ikona PRL-u – Karol Świerczewski. Sowiecka siatka w Warszawie planowała m.in. – udaremniony na szczęście – zamach na Józefa Piłsudskiego, za który chciała potem zrzucić odpowiedzialność na endecję i wywołać w ten sposób wojnę domową w Polsce.

Muraszko wiedział z gazet, że…

również Bagiński i Wieczorkiewicz byli zdeklarowanymi komunistami i – choć nie szkoleni bezpośrednio w Moskwie – mieli powiązania ze specjalną komórką sabotażową KPRP, tzw. „wojskówką”, pracującą dla wywiadu sowieckiego. A przecież obaj mieli chwalebną przeszłość! Bagiński studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim i Warszawskim, działał w Związku „Strzelec” i Polskiej Organizacji Wojskowej. W 1915 r. wstąpił do Legionów i w 1917 r. był internowany w Szczypiornie. Walczył przeciwko bolszewikom w 1920 r. i wykazał się bohaterstwem. Dostał za to order Virtuti Militari. POW-iakiem był również Wieczorkiewicz, uczestniczył w II Powstaniu Śląskim. A jednak obaj zdradzili?

Strażnica KOP w Kołosowie na przedwojennej ganicy polsko – sowieckiej. Fot. John Philips/Life

Historycy do dziś nie są tego pewni…

gdyż według niektórych źródeł, obaj ci oficerowie przeszli wprawdzie na stronę komunistów (co wtedy w polskim wojsku nie było aż taką rzadkością) – to jednak nie oni organizować mieli zamach w Cytadeli, zaś ich proces był jedynie prowokacją. Po tak strasznej zbrodni trzeba było kogoś skazać, a oni byli akurat pod ręką. Głównym świadkiem oskarżenia, który ich pogrążył, był niejaki Józef Cechnowski, niegdyś członek kierownictwa komunistów w Warszawie i sowiecki sabotażysta, przewerbowany następnie przez warszawskiego podinspektora policji Piątkiewicza, odpowiedzialnego za zwalczanie komunistycznych bandytów. To właśnie Piątkiewicz – oficer prowadzący Cechnowskiego – miał jakoby sfabrykować całe oskarżenie, wykorzystując tego skruszonego terrorystę jako swojego świadka koronnego. Tak przynajmniej twierdziła specjalna komisja sejmowa, którą powołano w tej sprawie pod kierownictwem posła PPS Adama Pragiera. Co więcej, Pragier przypuszczał nawet, że to sam Cechnowski podkładał bomby, aby dać policji zielone światło dla działań odwetowych.

W czasie procesu nie udowodniono obu oficerom udziału we wcześniejszych zamachach, ale „za Cytadelę” sąd wojskowy skazał ich na śmierć. Oprócz mocnych zeznań Cechnowskiego i aktywności obu oskarżonych w KPRP dwa dodatkowe fakty świadczyły na ich niekorzyść: Bagiński był wykładowcą Centralnej Szkoły Zbrojmistrzów znajdującej się właśnie w Cytadeli, a na odgłos detonacji obaj aresztanci, którzy przebywali wtedy w pobliskiej celi więzienia przy ulicy Dzielnej, poderwali się na baczność i odśpiewali „Czerwony Sztandar”, hymn czerwonych terrorystów.

Prezydent Stanisław Wojciechowski, do którego należało ostateczne słowo w tej sprawie, miał więc poważny dylemat: czy wierzyć policji czy Pragierowi? W końcu skorzystał z prawa łaski i zamienił im wyrokśmierci na 15 lat więzienia. Na początku 1925 r. Wieczorkiewicza i Bagińskiego przeznaczono do zaproponowanej przez rząd sowiecki wymiany więźniów politycznych.

Posterunek KOP w Kołosowie w 1938 r. Fot. John Philips/Life

Dopaść Cechnowskiego

Wkrótce potem trzech kolejnych komunistycznych bojówkarzy usiłowało w Warszawie zgładzić Cechnowskiego. Doszło do wymiany ognia, w której strzelający na oślep komuniści zabili dwie osoby, a 9 zranili. Zostali jednak zatrzymani. Tym razem prezydent Wojciechowski wątpliwości już nie miał i zatwierdził wyrok śmierci wydany przez Sąd Okręgowy w Warszawie na terrorystów Hibnera, Kniewskiego i Rutkowskiego. Rozstrzelano ich w sierpniu 1925 r.

Po wojnie komunistyczne władze PRL-u uczciły tę rozstrzelaną trójkę znacznie bardziej, niż Bagińskiego i Wieczorkiewicza. Jej nazwiskami „uhonorowano” prestiżowe ulice w warszawskim Śródmieściu, czyli dawne (i obecne) ulice Zgoda, Złota i Chmielna. Natomiast PRL-owskie ulice Bagińskiego i Wieczorkiewicza noszą dziś nazwy gen. Michała Tokarzewskiego-Karaszewicza i gen. Antoniego Chruściela „Montera”. Wieczorkiewicz był jednak w PRL-u patronem głównej ulicy Rembertowa, a w 1960 r. Oficerska Szkoła Uzbrojenia w Olsztynie otrzymała imię Bagińskiego i Wieczorkiewicza.

Współpracujący z policją Cechnowski nie uniknął jednak śmierci: 11 dni po pierwszym nieudanym zamachu został zamordowany we Lwowie przez żydowskiego komunistę Izaaka Naftalego Botwina. Wkrótce i Botwin został schwytany i skazany na rozstrzelanie, a śmierć tego mordercy upamiętnił potem „komunistyczny wieszcz” WładysławBroniewski w wierszu „Na śmierć rewolucjonisty”, doskonale znanym każdemu, kto pobierał naukę w PRL-owskiej szkole.

Czy zabijali dla sowietów?

Wróćmy jednak do Bagińskiego i Wieczorkiewicza. Jeśli nie pracowali dla Rosjan to dlaczego sowieckie władze upomniały się o nich, proponując ich wymianę za więzionego na moskiewskiej Łubiance byłego polskiego konsula honorowego w Gruzji Józefa Łaszkiewicza wraz jego z żoną i córkami oraz katolickiego księdza Bronisława Ussasa? Dlaczego też sowieci z takim uporem usiłowali zgładzić Cechnowskiego?

Wiadomo też, że por. Bagiński pracował przed zamachem właśnie w magazynach amunicji w warszawskiej Cytadeli. Można by też wysunąć tezę, że gdyby Bagiński i Wieczorkiewicz nie byli ludźmi Moskwy to PRL-owskie władze nie kreowałyby ich po wojnie na „rewolucyjnych bohaterów”. Ten ostatni argument zdaje się być jednak najsłabszy, biorąc pod uwagę fakt, że propaganda PRL-u potrafiła przerobić na komunistów dowolne postacie historyczne, nie tylko Tadeusza Kościuszkę czy Adama Mickiewicza, ale nawet Leonarda da Vinci. Mogło więc być i tak, że Bagiński i Wieczorkiewicz zostali czerwonymi bohaterami niejako „siłą poślizgu”, jako logiczny dodatek do Hibnera, Kniewskiego i Rutkowskiego.

Jednak wtedy – 29 marca 1925 roku – w pociągu pod Stołpcami, obaj konwojowani oficerowie jeszcze żyli i nie marzyli raczej o takiej „wiecznej pamięci”. A po drugiej stronie granicy, w Niegarełem, na przybywających rosyjskich szpiegów czekała już sowiecka orkiestra, komitet honorowy i kwiaty…

Przedwojenna granica polsko – sowiecka w Kołosowie. Kiedyś przejeżdżał tędy szach afgański – wtedy sowiecki zmienili napis powitalny na… „Prowiet Szachu Afganistana”. Fot. John Philips/Life

 

„Przyznaję się do zabójstwa dwóch wściekłych psów…”

Podobno tak Józef Muraszko oceniał na sali sądowej dokonany przez siebie zamach. Wiarygodne źródła nie potwierdzają jednak tej wypowiedzi. Zdaje się też ona niezbyt pasować do jego osoby. Sięgnijmy więc do stenograficznej rekonstrukcji jego zeznań:

„Za zgodą Szyszkiewicza, który miał asystować przy wymianie, pojechałem na stację, gdzie na peronie dworca, a następnie na posterunku policyjnym tamże zobaczyłem pierwszy raz Bagińskiego i Wieczorkiewicza. Będącemu na peronie staroście powiatu stołpeckiego Zajączkowskiemu zdałem sprawozdanie z przebiegu spraw służbowych i przytem zapytałem go, czy mogę razem jechać na granicę, gdzie nastąpi wymiana więźniów. Dostałem na to odpowiedź twierdzącą, przeto wsiadłem do wagonu, gdzie już byli Bagiński i Wieczorkiewicz z eskortą i dużo przedstawicieli władz. W drodze przyglądałem się cały czas aresztowanym. Widziałem ich twarze – dumne, ironiczne i z pogardą patrzące na otoczenie. Czułem jak wzbiera we mnie złość, myśli się plączą. Nie mogłem pojąć jak to jest, że zbrodniarze triumfują. Im dalej, tym większa złość mnie opanowywała, czułem, że nienawidzę ich i muszę choć w jakikolwiek sposób ich zhańbić, poniżyć. Przysunąłem się bliżej do nich i przeleciała mi myśl by schwycić ich za głowy i uderzyć jedną o drugą. Lecz raptem, jakby pchnięty przez kogo, wyrwałem z kieszeni rewolwer i strzeliłem, nie celując, nie rozumując, nie pamiętając, byłem jakby w omroczeniu i dziś nie mogę sobie przypomnieć, co było dalej, byłem jakby we śnie. Do chwili tej nie miałem zamiaru zabicia ich, nikt mnie nie namawiał do tego i jak to stało się, sam nie wiem – naszło to nagle.

Ale nie żałuję swego czynu, boć przecie zabiłem wrogów mojej Ojczyzny, zbrodniarzy, na których zemściłem się za wszystkie krzywdy wyrządzone przez nich Polsce. Jako Polak i katolik nie mogłem inaczej postąpić.

Z opisu zeznań świadków:

„Po upływie kilku minut od wyruszenia, gdy pociąg przebiegł trzeci kilometr za Stołpcami, w części wagonu, zajętej przez eskortę padły dwa, jeden po drugim strzały, poczem dał się słyszeć krzyk przeraźliwy. Bagiński upadł na twarz, a Wieczorkiewicz osunął się i trzymając się za bok stał skulony w kącie wagonu. Na zapytanie Prezesa Delegacji Kulikowskiego, kto strzelał, odezwał się starszy przodownik Urzędu Śledczego przy Komendzie Policji w Stołpcach Józef Muraszko, który oświadczył, że strzelał on i jednocześnie podając otaczającym go osobom na rozwartej dłoni rewolwer, w słowach prędkich i bezładnych tłumaczył powód swego czynu chęcią odwetu za wyrządzone przez bolszewików krzywdy oraz obawą, by tak niebezpieczni przestępcy, jak Bagiński i Wieczorkiewicz, nie szkodzili nadal Polsce: Zabiłem zdrajców Ojczyzny. Nie mogłem dopuścić aby nas zgubili. Oni znają najważniejsze tajemnice. Biorę to na swoją odpowiedzialność – mówił Muraszko.

Kiedy następnie, po rozbrojeniu Muraszki przez aspiranta policji Szyszkiewicza, ktoś z obecnych zwrócił uwagę, że właśnie czyn jego (Muraszki) może zaszkodzić Polsce i spowodować nieobliczalne następstwa, Muraszko prosił o zwrot rewolweru, zapewniając, że sam się zastrzeli. Wobec powyższego zajścia i konieczności okazania rannym rychłej lekarskiej pomocy, pociąg cofnięto do Stołpców, gdzie byli telefonicznie wezwani lekarze i powiadomiono władze bolszewickie, że wymiana dnia tego nie nastąpi. Po przybyciu lekarzy, dokonaniu opatrunków i zastrzyknięciu kamfory, Bagiński i Wieczorkiewicz zostali przeniesieni do samochodu mającego ich przewieźć do szpitala miejskiego, celem dokonania operacji. Bagiński jednak, nie dojeżdżając do szpitala, o godz. 4.30 zmarł w drodze, zaś Wieczorkiewicz o godz. 7-ej wieczorem został poddany operacji, lecz pomimo pomyślnego jej przebiegu, zmarł dnia 30 marca o godz. 7-ej”.

Józef Muraszko konwojowany na rozprawę sądową. Sierpień 1925 r. Fot: Narodowe Archiwum Cyfrowe

 

Dziwne i smutne są kresowe losy…

Jak to jest, że w Polsce nie ma szubienicy? Bo przecież szkoda kuli dla takich zbrodniarzy! – mówił w śledztwie Józef Muraszko. Nie mieściło mu się w głowie, że prezydent RP ułaskawił obu sowieckich dywersantów i że mogli oni zostać przekazani Rosji, gdzie czczono by ich jak bohaterów. W Niegorzałem czekał już podobno na nich sowiecki komitet honorowy i orkiestra. Z drugiej strony wiadomo, że oprócz Bagińskiego i Wieczorkiewicza rząd polski planował wymienić z sowietami jeszcze 7 osób w zamian za 36 osób więzionych przez Rosjan. Po akcji Muraszki całą wymianę wstrzymano.

Sąd Okręgowy w Nowogródku, przed którym toczyła się sprawa Muraszki, skazał go w końcu na dwa lata pozbawienia wolności w zakładzie o łagodnym rygorze. Sąd uznał, że działał on pod wpływem silnych emocji, w stanie niepoczytalności. Jak na Kresy Wschodnie, niezwykle „ulgowy” był to wyrok, kiedy w tym samym czasie nasz kresowy pisarz-bohater Sergiusz Piasecki za pospolity napad rabunkowy o miedzę dalej dostał karę śmierci (Na szczęście i tym razem litościwy prezydent – za wstawiennictwem polskiego wywiadu – zamienił Piaseckiemu wyrok na 15 lat więzienia, a w końcu IgnacyMościcki ułaskawił go po 11 latach).

W czasie kiedy antykomunista Piasecki siedział w Świętym Krzyżu, skrobiąc swojego „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy”, antykomunista Muraszko, który nie miał talentu literackiego, po 2 latach w więzienia na wileńskich Łukiszkach wyszedł na wolność. Zmienił nazwisko i zatrudnił się w Korpusie Ochrony Pogranicza, a następnie w dyrekcji policji w Warszawie. Ale w tej kresowej historii wszyscy muszą umrzeć. W końcu lat 30. Muraszko został prawdopodobnie zwerbowany przez Gestapo i już jesienią 1939 roku jawnie występował jako oficer policji niemieckiej. Pewnie nienawiść do komunizmu była w nim silniejsza nawet od miłości do własnego kraju. Wkrótce potem Polskie Podziemie wykonało na nim wyrok śmierci.

 

 

 

Czy Józef Muraszko był polskim patriotą, który działał w porywie emocji, czy killerem antykomunistycznej konspiracji? Niektórzy twierdzą, że należał do tajnej faszyzującej organizacji Pogotowie Patriotów Polskich i to właśnie z jej polecenia dokonał egzekucji na rosyjskich szpiegach. Jak to się stało, że za podwójne zabójstwo dostał tylko dwa lata więzienia i potem wrócił do służby? Czy był potem w Gestapo i rzeczywiście został zlikwidowany przez AK? Czy jego ofiary – por. Bagiński i ppor. Wieczorkiewicz, kiedyś bojownicy o polskość, byli potem tylko „platonicznymi” komunistami, czy także sowieckimi terrorystami mającymi na rękach krew dziesiątków ofiar? Co tak naprawdę miało miejsce w wagonie kolejowym pod Stołpcami? To jedna z wielu zagadek Kresów Wschodnich, którą być może rozwiążą kiedyś historycy.

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
-1
#1430166

Dworek Radosława Sikorskiego w Chobielinie

Ra­do­sław Si­kor­ski miesz­ka jak praw­dzi­wy an­giel­ski lord. Jego dom w Cho­bie­li­nie wy­ce­nia się na ok. 4 mln zł 

Do za­byt­ko­we­go szla­chec­kie­go dwor­ku mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych wsta­wił za­byt­ko­we or­ga­ny i  sam grywa na nich dla swo­ich gości.

Po­sia­dłość, któ­rej po­wierzch­nia prze­kra­cza 800 mkw, urzą­dzo­na jest bar­dzo gu­stow­nie. Na dział­ce o po­wierzch­ni 14 ha pań­stwo Si­kor­scy mają także do dys­po­zy­cji za­gro­dę dla da­nie­li, ogród, staw, le­śni­czów­kę, a także kort te­ni­so­wy.

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
-1
#1430169

juz niedlugo dworek straci ... jak Kaczynski dobierze sie do wladzy :)

Lista sukcesow rzadu PO jest bardzo dluga: http://bardzo-wirtualna-polska.abceblog.com/sukcesy-rzadu-tuska/

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0
#1430181

 

Polskę byłoby łatwiej reformować, gdyby porzuciła wyeksploatowane regiony, takie jak Śląsk.

Radosław Sikorski w amerykańskim piśmie Foreign Affairs

 

MSZ potwierdziło, iż wykorzystał on jedną z dyplomatycznych wizyt w Chinach, by nabyć popularny wśród ludów Azji afrodyzjak przygotowany ze sproszkowanego rogu jelenia...do poszukiwania afrodyzjaku Sikorski zaangażował nawet personel polskiej placówki dyplomatycznej. 
gesichert am 03.07.2011
Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
-1
#1430195

down

 

zamiast up

z Polski robi down

szef MSZ-tu

antypolski klaun

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

jan patmo

#1430212