Niech mowa nasza będzie „Tak, tak; nie, nie”

Obrazek użytkownika kokos26
Blog

Jesteśmy od dnia 9 października świadkami rozdrapywania ran i nieustannych dyskusji, które w skrócie można określić, jako debatę na temat „anatomii klęski”. 

Oczywiście pomijam tu te wszystkie znane od lat recepty i diagnozy salonowców spod logo TVN24, Polsatu czy GW. Oni po raz setny radzą Kaczyńskiemu odejść na polityczną emeryturę, a wtedy, jak możemy się domyślać, tłumnie ci wszyscy Kuczyńscy, Michniki, Lisy, Knapiki, Miecugowy i Kuźniary, pójdą jak w dym zagłosować na PiS.

Najbardziej jednak interesują mnie analizy z naszej, prawej strony i tu dostrzegam zjawisko, które jest dla wielu niezauważalne z tego prostego powodu, że dochodziło do niego stopniowo i ewolucyjnie, krok po kroku przez ostatnich sześć lat.

Szczególnie widać to w treści artykułu redaktora Tomasza Sakiewicza, zamieszczonym na portalu niezalezna.pl i zatytułowanym, „Dlaczego przegraliśmy wybory”.

Kto chce może się zapoznać z tym tekstem, do którego link zamieściłem na końcu.

Specjalnie wybrałem, jako przykład, dziennikarza, który uchodzi za jednego z najodważniejszych i bezkompromisowych, aby pokazać, że nawet na takich ludziach wieloletnia akcja propagandowa salonu wywarła pewien wpływ.

Długotrwałe obcowanie z panoszącym się w III RP kłamstwem, na każdym bez wyjątku pozostawia jakieś ślady i zapewniam o tym każdego, uważającego się nawet za niebywałego twardziela.

Na początku jednak zaproponuję czytelnikom cofnięcie się pamięcią te sześć lat wstecz, do kampanii wyborczej, po której PiS odniósł podwójne zwycięstwo.

Jak pamiętamy tamte wybory odbywały w atmosferze afery Rywin-Michnik i zarówno Platforma Obywatelska z Tuskiem, jak i Prawo i Sprawiedliwość głosiły podobne hasła, czyli walka z korupcją i układem oraz budowa nowej Polski pod szyldem IV Rzeczpospolitej. Termin ten zresztą został wymyślony przez byłego posła PO, Pawła Śpiewaka, co wstydliwie media przemilczają, kiedy obwieszczają przy każdej okazji diagnozę mówiącą, że Polacy masowo odrzucili pisowski projekt IV RP.

Podobna narracja obu partii dezorientowała elektoraty, dla których oczywistą stawała się koalicja nazwana POPISEM. Nie mogło do niej nigdy dojść z tego powodu, że jedni chcieli rzeczywiście radykalnych zmian, podczas gdy inni udawali tylko, że ich chcą.

Notowania PO rosły wtedy głownie dzięki Janowi Marii Rokicie, który był gwiazdą komisji śledczej, a zwolennicy PiS mogli bliżej poznać Zbigniewa Ziobro.

Jak widzimy dzisiaj po latach, Polacy intuicyjnie i z wielką trafnością postawili wtedy na Jarosława i Lecha Kaczyńskich gdyż Tusk ze swoją ferajną, jako pogromca układów i przekrętów oraz jako Donald Odnowiciel nie wydał się wyborcom wiarygodny.

Co o tym mogło zadecydować? Oczywiście dotychczasowa droga polityczna obu przywódców konkurencyjnych ugrupowań, ale czy to miało decydujące znaczenie? Czy wyborcy rzeczywiście w swojej większości są tak doskonale zorientowani w tym, co robił Tusk i Kaczyński przez ostatnie dwadzieścia lat?

Język głupcze

Według mnie decydującą rolę w kampanii wyborczej z 2005 roku odegrał język, jakim posługiwał się zwycięski obóz PiS. Można powiedzieć, że mieliśmy do czynienia wówczas z ewangelicznym przesłaniem "Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi" (Mt 5,37).

Fakt, że bardzo często nie brakowało wtedy z obu stron ostrych sformułowań i wykładania bez owijania w bawełnę przysłowiowej kawy na ławę.

Polakom jednak ten język, właśnie w wykonaniu PiS-u przypadł do gustu, co potwierdził wyborczy sukces obu braci Kaczyńskich. Był to język dosadny, bezpośredni i wprost do bólu jasny i zrozumiały, a co najważniejsze, epatujący szczerością i nieunikający najbardziej drażliwych tematów.

Oczywiście doskonale zdały sobie z tego sprawę salonowe media i od tamtej pory do dzisiaj trwa konsekwentna akcja „tępienia języka” PiS-u, której to akcji partia Kaczyńskiego się bezwolnie i podświadomie poddała, wygładzając zgodnie z wyrafinowanym planem salonu, swoje wypowiedzi, które zamiast „Tak, tak; nie, nie”, brzmią dzisiaj „Tak, ale…; nie, chyba, że…”.

Dziwię się, że oprócz Zbigniewa Ziobro, Jacka Kurskiego, głównego stratega zwycięskiej kampanii w 2005 roku i jeszcze paru osób, nikt w PiS-e nie zauważył, że mimo usalonowienia języka zgodnie z oczekiwaniami „wiodących mediów”, politycy tej partii dalej są atakowani za posługiwanie się „językiem nienawiści”, zaś ową ostrą retorykę tak naprawdę przejęli pupile establishmentu III RP, stając się autorami „dożynania watah”, „bydła”, „zabijania i patroszenia” i przydzielaniem epitetów, faszyści, a za chwilę zapewne, karły reakcji.

Partia Jarosława Kaczyńskiego była przez te sześć ostatnich lat, dzień po dniu stępiana, stając się z ostrej brzytwy w 2005 roku, tępym drewnianym nożem nadającym się tylko do smarowania masła.

Najlepszym dowodem na to jest powszechna autocenzura i strach przed wypowiedzeniem słowa „zamach” w kontekście tragedii smoleńskiej, kiedy w przestrzeni publicznej bezkarnie funkcjonowały perfidne kłamstwa o debeściakach-samobójcach, pijanym generale Błasiku, pijanym prezydencie Kaczyńskim i Jarosławie Kaczyńskim, wydającym z Warszawy telefonicznie rozkaz lądowania.

Kibice zawsze wolą dopingować drużynę grającą ofensywnie i z fantazją oraz zawodników, którzy w kluczowych momentach nie cofają bojaźliwie nogi.

Pisowskiej drużynie sprytnie wmówiono, że gra brutalnie i faul, co spowodowało, że główny nacisk w ekipie, oprócz kilku wyjątków, został położony na to, aby grać tak, jakby to nie wynik był najważniejszy, ale zejście do szatni bez siniaków, w czystych nieubłoconych koszulkach.

Dobrym przykładem niech będzie pamiętny „dziadek z Wehrmachtu”, Tuska. Wtedy nie brakowało odwagi i postępowania nieodbiegającego przecież od światowych demokratycznych standardów.

Wszędzie w demokratycznym świecie ktoś kandydujący na najwyższy urząd w państwie jest na wskroś prześwietlany przez media i politycznych konkurentów i nie ma z tego tytułu pretensji. Jako przykład niech nam posłuży skakanie z gałęzi na gałąź po drzewie genealogicznym Baraka Obamy w USA.

U nas ujawnienie tej niewygodnej dla Tuska prawdy o jego dziadku, wywołało falę wściekłych ataków, w którą najbardziej zaangażowali się posiadacze ojców, matek, dziadków i babek z przeszłością w KPP i PZPR.

To oni od lat wpajają nam, że grzebanie w cudzych życiorysach to rzecz wstrętna i niegodziwa. Oczywiście grzebanie w ich własnych życiorysach, bo kiedy Roman Giertych był jeszcze ich wrogiem to potrafili prześwietlić jego rodzinę cofając się aż do pradziadka, nie mówiąc już o znienawidzonym przez Czerską, Sławomirze Cenckiewiczu, którego przodków zlustrowano bez zbytnich moralno-etycznych hamulców i ceregieli.

Po pierwsze, trzeba powrócić do dawnego własnego i odważnego języka debaty oraz konsekwentnie się nim posługiwać, nie zważając na jazgot mediów. To jest, przepraszam, to była największa broń PiS-u i Jarosława Kaczyńskiego, którą mu sprytnie i stopniowo wytracano z ręki, a on zdaje się jeszcze tego nie zauważył.

Doskonałym przykładem, że można inaczej, była wizyta w TVN24 Zbigniewa Ziobro, który z uśmiechem na twarzy rozjechał jak walec Justynę Pochanke, punktując kłamstwa i manipulacje TVN24. Nie potrzebował do tego kokietowania i komplementowania funkcjonariuszki oraz jej macierzystej stacji, co często czyni ugrzeczniona część PiS-u delegowana do mediów.

Przykładem na to, jak bardzo część naszego środowiska uległa tej mowie poprawności, narzuconej sprytnie przez salon jest fragment wspomnianego wyżej artykułu Tomasza Sakiewicza:

„Błąd drugi, brak pomysłu na wycofanie się ze złego posunięcia

Na tle spokojnie i konsekwentnie realizowanej kampanii widać było wyraźnie dwie poważne wpadki, które musiały obniżyć notowania partii. Pierwsza to wypowiedź na temat rolników. Druga – o Angeli Merkel. W kampanii wyborczej niewłaściwe słowa mogą trafić się zawsze, a ich prawdopodobieństwo przy nieprzychylnych mediach bardzo rośnie. Należy mieć zatem przygotowaną strategię awaryjną, by móc natychmiast wycofać się z błędu i zadośćuczynić „pokrzywdzonym”.”

W ten sposób wpadamy w pułapkę, w której niedługo przepraszać będziemy już nie tylko za to, że nasz wzrok jest wzrokiem nienawiści, chód jest chodem konfrontacji, a uśmiech jest próbą wywołania wojny posko-polskiej. Będziemy niedługo bić się w pierś za to, że ośmieliliśmy się być opozycją i krytykować rządzących.

Następnie Tomasz Sakiewicz próbuje się tłumaczyć z absurdalnych zarzutów, jakoby Gazeta Polska Codzienna przyczyniła się do klęski PiS-u publikując teksty o tragedii smoleńskiej, w których to niemal otwarcie nazywała ją zamachem i politycznym mordem.

Taką diagnozę podsunął sprytnie Paweł Graś, a podchwycił ją poseł Hofman.

Mamy do czynienia z sytuacją pozbawioną zupełnie logiki i świadczącą o sukcesie salonowej propagandowej akcji.

Jeżeli przyjmiemy, że zwycięstwo jest możliwe tylko wtedy, kiedy przestaniemy zdecydowanie głosić prawdę oraz podejmować odważnie najtrudniejsze tematy to idąc tym tropem sprawowanie i utrzymanie władzy wymagać będzie tego samego. Po co więc rządzić?

Trwa wojna o Polskę, a część z nas przez lata tresury wyraziła zgodę na załadowanie własnych magazynków ślepymi nabojami i nawet tymi ślepakami boi się strzelać z uwagi na huk, jaki może powstać i rozgniewać salon. Salon, który nie ma najmniejszych oporów by w najbardziej brutalny, perfidny i podły sposób nas atakować.

Spójrzmy wreszcie prawdzie w oczy:

„Te wybory przegrał nie tylko PiS, ale i cała formacja centroprawicowa, która powierzyła PiS ster rządów. Prawdopodobnie szanse na zwycięstwo były naprawdę nikłe.”– pisze Tomasz Sakiewicz.

Szanse panie redaktorze, nie były nikłe, ale żadne. Każdy, kto tego nie zrozumiał już dnia 10 kwietnia 2010 roku ten buja w obłokach.

Oni są zdolni dosłownie do wszystkiego i w sposób demokratyczny nigdy władzy nie oddadzą.

Dlatego przestańmy się krygować i dostosowywać swój własny język do ich scenariusza. Mówmy ostro i zdecydowanie, a przede wszystkim publicznie całą prawdę. Naszym obowiązkiem jest skupić wokół siebie wszystkich ludzi najodważniejszych i bezkompromisowych, a nie puszczać oka do tchórzy i niezdecydowanych tylko po to by poszerzać elektorat. W PiS-e powinna zaistnieć również frakcja sceptyków czy wręcz przeciwników Unii Europejskiej, jeżeli ktoś tam potrafi odczytywać prawidłowo znaki czasów.

Zepchnięcie zaś w kampanii na dalszy plan tragedii smoleńskiej uważam nie tylko za błąd, ale potwierdzenie gry nastawionej na moralnie dwuznaczną defensywę.

W tym przypadku nie może być mowy o żadnej taktyce czy słusznej bądź nie strategii. Smoleńsk to nasz obowiązek i sprawa honoru, a nie jeden w elementów, które dla wizerunku i sondaży koniunkturalnie raz się podnosi innym zaś razem przemilcza.

Powtarzam, w dzisiejszej Polsce nie ma szans na to, aby opozycja, tak jak w normalnych demokracjach, mogła przejąć władzę, gdyż czuwa na tym grupa interesów wykraczająca poza granice naszego kraju.

Jedyna strategia na dziś to zmasowana ofensywa polegająca na mówieniu przy każdej okazji całej prawdy językiem pozbawionym salonowych ornamentów, zachowanie jedności, modlitwa, Krucjata Różańcowa i CIERPLIWOŚĆ.

Mruganie i puszczanie oka do ludzi, którzy w przełomowym momencie okażą się zupełnie bezużyteczni nie ma sensu. Nadchodzi czas ludzi odważnych i zdecydowanych walczyć o Polskę.

Nie zapominajmy, że zapewne gdzieś z góry patrzą na nas, ksiądz Jerzy Popiełuszko, Jan Paweł II i ofiary smoleńskiego mordu. Pamiętajmy, że ksiądz Jerzy nie zmienił swojego języka pod wpływem ataków Urbana i niektórych kościelnych hierarchów, lecz do końca głosił prawdę.

Idzie czas ludzi PRAWYCH i SPRAWIEDLIWYCH i jeżeli PiS tego nie zrozumie to polegnie rozmiękczony i rozwodniony przez salonowych speców od prania mózgów.

Zachować jedność, trwać i powrócić do własnego zrozumiałego i jasnego języka przekazu, zamiast modyfikować go i temperować zgodnie ze sprytnymi podszeptami salonu i „ekspertów”.

"Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi"

Artykuł opublikowany w Warszawskiej Gazecie (44/2011)

http://niezalezna.pl/18128-dlaczego-przegralismy-wybory

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

adampol

Popieram twoją wypowiedż. Ja również zwróciłem uwagę na próby wyciszenia wypowiedzi wielu członków PIS podczas kampanii w 2007 roku. Wyglądało to jak próba zalania wzburzonych fal przy pomocy oliwy by je uspokoić. I to uspokojenie zamiast sukcesu przyniosło klęskę. To samo miało miejsce podczas wyborów prezydenckich po tragedii smoleńskiej. I znowu klęska. Społeczeństwo dało sobie wmówić jedyną, "prawomyślną" wersję wydarzeń na ruskiej ziemi. Masz rację ta ekipa nie odda władzy w wyniku demokratycznych, uczciwych wyborów. Dlatego musimy być silni, wierni naszym ideałom i nieprzekupni. Masz świętą rację i 10 pkt.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

adampol

#197058

W pełni podzielam Twoje zdanie.
Nie na ślimaki w polityce liczymy.
Zdania trzeba precyzować i twardo i jasno.
A jeżeli wytaczają procesy wyborcze -to trudno.
Można zaoszczędzić na zbędnej dykcie na słupach.
Pozdrawiam

"My nie milczymy, my rośniemy,zmieniamy w siłę gorzki gniew- I płynie w żyłach moc tej ziemi, jak sok w konarach starych drzew" Yuhma

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#197237