Tuskoidy - początek krachu

Obrazek użytkownika wilre
Gospodarka
 
Wydatki publiczne w 2009 r.
 
W 2008 r. wydatki publiczne wynosiły 544 mld zł, podczas gdy w 2009 r.wynoszą 597,3 mld zł.
Oznacza to zwiększenie wydatków publicznych o 53,3mld zł, czyli o 9,8 proc.
W 2009 r. sektor publiczny wydaje:
18 940 zł na sekundę (w 2008 r. - 17 203 zł),
1 136 400 zł na minutę (w 2008 r. - 1 032 180 zł),
68 184 000 zł na godzinę (w 2008 r. - 61 930 800 zł),
1 636 416 000 zł dziennie (w 2008 r. - 1 486 339 200 zł).
 
Oznacza to, że przeciętny Polak, włączając w to niemowlaki, bezrobotnych i emerytów, płaci rocznie podatki i różnego typu składki
w wysokości ponad 15,6 tys. zł (w 2008 r. - 14,6 tys. zł) rocznie, czyli ponad 1300 zł (w 2008 r. - ponad 1200 zł) miesięcznie.
Na Polaka pracującego przypada ponad 35,9 tys. zł (w 2008 r. - 33,6 tys. zł) rocznie, czyli ponad 3000 zł (w 2008 r. - 2800 zł) miesięcznie!
Gdyby nie było wydatków publicznych, każdy pracujący Polak byłby bogatszy średnio o ponad 3000 zł miesięcznie (wyższe zarobki i niższe
ceny)! To tak jakby pracownik zarabiający średnią krajową, czyli około 2400 zł netto, zarabiał ponad 5400 zł.
To nie wszystko.
Zadłużenie sektora finansów publicznych wyniosło na koniec 2008 r. około 570 mld zł, czyli było o 13,6 proc. wyższe
niż na koniec 2007 r. Oznacza to, że poprzez kredyty sektora publicznego przeciętny Polak zadłużony jest na prawie 15 tys. zł!
 
W 2009 r. wydatki publiczne stanowią 43,2 proc. PKB, podczas gdy w 2008 r. było to 42,5 proc. PKB, a w 2007 r. – 41,5 proc. PKB.
Dochody publiczne, które w 2008 r. wynosiły 525,9 mld zł, w 2009 r. wzrosną do 585,3 mld zł, czyli o 11,3 proc.
Dochody budżetu państwa w 2009 r. zaplanowano na poziomie 303 mld zł,
a wydatki – 321,2 mld zł.
******************************
2009-03-12 12:56
Od 1.01.2009 r. państwo polskie wydało następującą ilość pieniędzy
podatników: 321 714 480 140 zł.
 
Polsce grozi krach ekonomiczny i to wbrew uśmiechom rządu.
 
Interesujący wywiad z Januszem Szewczakiem, analitykiem ekonomicznym,
który pierwszy przewidział kryzys w Polsce, laureatem nagrody "Gazety
Finansowej" dla analityka najtrafniej oceniającego wydarzenia na rynku
finansowym w 2008 roku, rozmawia Leszek Misiak - ukazał się na stronach
Gazety Polskiej. Można go także przeczytać na stronach portalu Onet.pl.
Tekst gorąco polecam, choć jego treść napawa grozą i strachem o naszą przyszłość
gospodarczą, naszego kraju. Niesamowite! tekst został opublikowany na portalu
koncernu medialnego, który ma w swojej grupie telewizję zwaną złośliwie Tusk
Vision Network.
Pozwolę sobie troszkę nadwyrężyć regulamin i zacytować parę fragmentów z tego wywiadu:
 
O sytuacji ekonomicznej Polski:
„Sytuacja Polski, jeśli chodzi o wskaźniki ekonomiczne, nie różni się wiele od
węgierskiej, a za dwa miesiące będzie gorsza. Deficyt obrotów płatniczych mamy
taki sam jak Węgry, tj. około 9 proc. – jeśli w naszym deficycie wynoszącym 6
proc. uwzględnimy tzw. saldo błędów i opuszczeń (saldo to jest rejestrem wypływu
waluty z kraju), czyli dodatkowe 3,7 proc.” …
i dalej…
 
Sądzi pan, że premier Tusk wzorem premiera Węgier będzie musiał przyznać:
okłamywaliśmy was, rodacy, przepraszamy?
„Myślę, że nieuchronnie, w przyspieszonym tempie zbliżamy się do takiej
sytuacji, choć mam wątpliwości, czy Donald Tusk się na to zdobędzie. Musi
jednak mieć świadomość, że chęć ratowania własnej twarzy poprzez opowiadanie
bajek o silnych fundamentach polskiej gospodarki doprowadzi kraj do katastrofy.
Spójrzmy, jakie są te silne fundamenty: 600 mld zł – dług
publiczny skarbu państwa; 300 mld zł – zadłużenie
gospodarstw domowych; blisko 200 mld zł długu z tytułu
kredytów hipotecznych, z czego prawie 70 proc. denominowane
w walutach obcych; zadłużenie spółek skarbu państwa i
przedsiębiorstw polskich za granicą – około 100 mld euro;
zadłużenie banków zagranicznych działających w Polsce w
innych bankach poza granicami Polski – 40 mld euro;
zadłużenie ludności na kartach kredytowych – 12 mld zł;
niespłacone długi obywateli i firm pod koniec 2008 r. – 63 mld
zł, z tego dług wobec banków – 35 mld zł, długi z tytułu
kredytów gotówkowych – 15 mld zł; zaległości wobec skarbu
państwa – 21 mld zł, wobec gmin – 10 mld zł. Poza tym w 2009
r. suma tzw. zapadalnych długów polskich wobec zagranicy,
które trzeba będzie refinansować, plus obsługa zadłużenia
zagranicznego ok. 5 mld euro – to dodatkowo około 25 mld zł,
które bezwzględnie trzeba będzie oddać w tym roku. Czego nie
dotknąć – ogromne zadłużenie.
 
Polska tonie w długach.”
 
O Ministrze Finansów Janie Vincent Rostowskim:
„Tak go nazwałem[Tajfun Vincent przyp. moje], bo Jan Vincent-Rostowski,
obecny minister finansów, jest jednym z architektów pogłębiającego się kryzysu.
To nasz Kaszpirowski od finansów – takie porównanie nasuwa mi się. To, co
opowiada, woła o pomstę do nieba. Twierdzi niezmiennie, że nasz kraj ma mocne
fundamenty ekonomiczne, stabilny system bankowy, że kryzys nas w znaczącym
stopniu nie dotknie. Tymczasem większość zagranicznych banków komercyjnych
w Polsce ma już straty za IV kwartał wynoszące średnio 40 proc., a jest dopiero
początek marca. Rok 2009 będzie dla nich dramatycznie ciężki, a to oznacza brak
kredytów, drogie usługi bankowe, wysokie marże, niskie oprocentowanie
depozytów i lokat oraz wyciąganie ręki do NBP i rządu po nowe środki.”
Polecam lekturę i z góry przepraszam administratorów za pewną reklamę.
Myślę jednak, że każdy z nas powinien zapoznać się z tym tekstem i wyrobić
sobie własną opinię.
 
Ja całkowicie podzielam zdanie p. Janusza Szewczaka, o czym wiele razy
pisałem na swoim skromnym blogu. Ciągle jestem zdania, że obecny rząd nie
wie i nie potrafi (a może nie chce) z ministrem finansów na czele znaleźć
rozwiązań na dzisiejszą sytuację ekonomiczną kraju. Premierowi Donaldowi
Tuskowi nie pasuje kryzys do całego rządzenia opartego wyłącznie na
kampanii wizerunkowej PO i jego lidera. Zapominają, że nie po to ich
wybraliśmy (nie ja, ale mówiąc ogólnie, demokratycznie), żeby słyszeć
codziennie o sukcesach i usportowieniu premiera, marszałka sejmu, kolegów
posłów, poświęcających swój cenny parlamentarny czas (jakieś 8000 zł za
miesiąc czy więcej), na graniu w piłkę.
 
Oczywiście mam świadomość, że mimo pędzącego jak pociąg zadłużenia
ogólnego Polaków, galopującego bezrobocia, które odczuwam (nigdy mi się to nie
zdarzało), na swojej bliskiej rodzinie - mogę dzisiaj przeczytać, jak za czasów
Towarzysza Edwarda Gierka, że poparcie społeczne dla partii „Słońca Peru”
nadal przekracza 50%, wynosi aż, czy może tylko 58%, tak jakby firmy
sondażowe próbkowały na grupie docelowej złożonej bynajmniej nie z
mieszkańców dajmy na to Krosna, lecz w większości z młodzieżówki PO.
Mam także, świadomość, że INNI, nie byli lepsi z PiS’em i jego przystawkami
na czele. Ale kiedy w końcu Polacy wybiorą ludzi, którzy nie będą oglądali się
na innych, tylko zaczną pracować dla dobra tego kraju. Ba! Będą
odpowiednio wykształceni.
 
W cytowanym przeze mnie artykule, dostało się także profesorowi Leszkowi
Balcerowiczowi. Moim zdaniem jako monetarysta, wyprowadził nasz kraj z
hiperinflacji. Cenię L.Balcerowicza jako fachowca, uważam jednak, że Polska
nie powinna, godzić się na początku III RP, na postawione przez wierzycieli
warunki i udowadniać im za wszelką cenę, że jest spadkobierczynią PRL-u.
Bo z samej nazwy nie jest, nie powinna za czasów prezesa NBP Leszka
Balcerowicza, tak beztrosko i często marnotrawnie wyprzedawać
przedsiębiorstw państwowych, a przede wszystkim banków, lecz dbać o
rozwój kapitału, polskiego kapitału przez niskie podatki i drogi do stworzenia
i przetrwania firm dla wszystkich, a nie dla wybranych.
Dlatego ze smutkiem i w 20 rocznicę odrodzenia się wolnej Polski w 1989
muszę stwierdzić, Panowie jest gorzej niż było. A miało być tak pięknie.
Na koniec jeszcze jeden cytat:
„Dzisiaj mamy około 170 mld euro długu za granicą, a majątek w większości
sprzedany. Można zadać pytanie: pożyczyliśmy prawie 600 mld zł, bo tyle wynosi
dług publiczny skarbu państwa, majątku nie mamy, więc gdzie są pieniądze?
Powinniśmy opływać w luksusy.”
 
-usmiechom-rzadu
komentarze (0)
 
APPENDIX.

Refleksje przedwyborcze – 4 lata rozczarowań w polityce

 Niebawem wybory do Parlamentu Europejskiego. Kampania wyborcza trwa w najlepsze. Całe sztaby ludzi są zaangażowane w walce o sukces ich partii. Przypomniałem sobie, jak to było z moim politykowaniem.

Ten okres przedwyborczy, majowy, skłonił mnie do publicznego
opisania tego, co przeżyłem, próbując pracować w polityce, dla Polski.
 
 To wszystko cztery lata po wielkim szoku, po katastrofie lotu 101, w którym zginęła większość naszych światłych przywódców. 10.04.10 okazało się, że państwo nasze nie działa. Płacimy wysokie podatki i w zamian otrzymujemy przywódców, którzy nawet  nie są w stanie bezpiecznie przetransportować najważniejsze osoby w Państwie z jednego punktu do drugiego.
Szoku, które sam przeżyłem. Szoku, który skłonił mnie do zaangażowania się w działalność partyjną.
W roku 2010, oglądając las trumien na płycie lotniska, stwierdziłem że warto by spróbować przyłączyć się do głównej opozycji, do PiS.  O to, krótka historia mojego pseudo-partyjniactwa.

 

Jeżeli PO nie daje rady, to może warto z PiS?

Pomyślałem, co tam, rzucę moje konserwatywno-liberalną historię, gdy UPR dawno nie liczy się w polityce, przyłącze się „do najsilniejszej opozycji”.  I jak państwo myślą? I nic, jak głową w mur. Pomimo znajomości paru ważnych działaczy tej formacji, w tym jednego posła. Od działacza usłyszałem, że po pierwsze to nie dla mnie, po drugie to sam muszę sobie znaleźć osobę kontaktową w sieci. Już wyczułem, że z tym PiSem to raczej nie jest tak jak z każdą normalną organizacją, do której wszyscy, w szczególności liderzy zachęcają, tylko z jakimś zakonem, czy związkiem do którego można trafić jedynie, po zaliczeniu paru zadań a la kodu Da Vinci, po za tym jak do klasztoru Shaolin.

SP - miała być "Nowa nadzieja".
 

Po drodze, znalazłem numer na komórkę do koordynatorki z tej partii, który nigdy nie odpowiadał, chcąc się zapisać do nich i już wiedząc, że będę musiał znaleźć dwie osoby wprowadzające i zaliczyć „terminowanie” okres próbny, ma się rozumieć. Polska w potrzebie, a oni takie mają pomysły. Przestało mi się chcieć! Po jakimś czasie okazało się, że zamiast pomysłu na nową Polskę, mają pomysł na nowe święto: „miesięcznicę” i chętnie w chodzą w gierki „a propos krzyża” i „zamachu”. Machnąłem ręką.
Po jakimś czasie znajomy zaprosił  mnie do Solidarnej Polski.  Pomyślałem, czemu nie, nowy ruch, coś nowego pomiędzy PO i  PiS. Pierwszy rok działalności 2011 był dość sympatyczny, dużo pracy, kilka tysięcy zainteresowanych.  Zjazd założycielski w marcu 2012 r. był rewelacyjnie przygotowany. Człowiek miał nadzieję, że tym razem się powiedzie. Naprawdę. Sondaże po zjeździe wskakiwały na 9% poparcie. W miarę szybko awansowałem na koordynatora dzielnicy w roku 2012.  Zaczynałem od 2 osób w kole (ze mną), skończyłem na 12-tu. Większość złożyła deklaracje członkowskie. Wszystko szło w całkiem dobrym kierunku, zacząłem nawet pojawiać się w polskim radiu RDC , jako przedstawiciel SP. Niestety, już w roku 2013 władze tej partii kanapowej, same ze sobą zaczęły walczyć, o czym dowiadywałem się z anonimowych źródeł. Pod koniec 2012 roku, założyciele SP, zamiast zastanawiać się, dlaczego ludzie od nich zaczynają odchodzić, poparcie spada, zaczęli ze sobą walczyć.  Jeszcze partia na stałe się nie znalazła na scenie politycznej, a już pojawiła się silna frakcja „Ministra z przedziałkiem” i młodego posła, która nagle zaczęła powolutku ustawiać „starych”.  Z rozmów kuluarowych, dowiadywałem się o kolejnych rozgrywkach „na górze”. Od roku 2013 zaczynam rozumieć, że nie mam żadnego wpływu na program partii, jej działania i pomysły, nawet jako koordynator, ma m tylko słuchać i wykonywać. Już wtedy zgłaszam do centrali, że zgodnie ze statutem od paru miesięcy ja i moi członkowie powinni otrzymać decyzję o przyznaniu, bądź nie członkostwa. W lato 2013, po tym jak władze SP bez udziału członków-sympatyków same sobie wybierają kandydata na prezydenta stolicy, po tym jak organizują bez naszego udziału merytorycznego kolejne konwencje z tematami pisanymi ad hoc i po tym, jak oczekują składek a nie deklarują czy są za naszym członkostwem – opuszczam SP, wycofuję swoją deklarację członkowską . Odczuwam wstyd przed ludźmi, których namówiłem do współpracy.  Kilkanaście ludzi spotykało się, debatowało i nawet im nie podziękowano za to członkostwem. Ale zdaje się, SP wcale o to nie chodziło.

Republikanie - falstart

Na horyzoncie pojawił się pan Przemysław Wipler ze swoimi „Republikanami”. Jeszcze w czerwcu 2013, zrażony już na działania SP, poszedłem na ich warszawską konwencję. Znowu potok słów o demokracji, wolności, liberalizmie. O tym, że będą wolne wybory „z pośród nas” na kandydata na prezydenta Warszawy. Jeszcze w wakacje parę spotkań. Rozmowa z sympatycznym szefem Republikanów na Warszawę. Niestety powaliło mnie pierwsze spotkanie z kandydatami na koordynatorów warszawskich. Po pierwsze miałem odczucie, że wybór tych jest całkowicie ustawiony, wydawało mi się, że słyszałem jak weszły dwie osoby do pokoju, w którym było zebranie, mówiąc, że zgodnie z telefonem już są i mogą być szefami na tą czy tamtą dzielnicę? A na koniec  clou programu. Wystąpił były członek PiS, obecny szef koordynatorów Warszawy i  powiedział ludziom, którzy przyszli na to spotkanie (ludziom, którzy z własnej nieprzymuszonej woli – tak myślałem – oferowali darmową pracę przy tej inicjatywie, nie zdążyli się jeszcze poznać ), że mają tyle a tyle podpisów zebrać i w 2 tygodnie zorganizować spotkanie i salę na 50 osób. Nikt nie pytał o to, czy zgodzimy się sami za te sale zapłacić. Już wtedy stwierdziłem, że się nie nadaję do tego stowarzyszenia. Wycofałem się.

Polska Razem - więcej niż "Godzina dla Polski", tylko po co?

W październiku 2013, poszedłem do warszawskich Hybryd na spotkanie z nowotworzoną partią Jarosława, Gowina. Znowu uległem euforii tłumu. Znowu słowa o demokracji, wolności, wolnych wyborach wewnętrznych. Zaliczyłem portal Godzina dla Polski. Tłumy ludzi. I co, i nic po drodze spotkanie z Pawłem Poncyliuszem. Na koniec powaliło mnie spotkanie w dzielnicy z młodym aktywistą z PR, z tego co zrozumiałem, byłym aktywistą z młodzieżówki PO, na którym odczytał mnie i paru osobom to co bez nas przygotował jako swój, znaczy program dzielnicy i bez krytycznie przekazał nam co mamy robić i gdzie być. Szlag mnie trafił, gdy któregoś razu przed 22-gą otrzymałem sms-a, że następnego dnia (w tygodniu pracy), mam się stawić o siódmej rano na zbieraniu podpisów.  Czyli  partia w teorii liberalna, w praktyce piso podobna, czy peopodobna. Zbierająca ludzi, tylko po to by odwalili robotę za kogoś na górze. Zaś dialog, debata polityczna w PR ok. ale na szczeblu krajowym. Szefowi PR na Warszawę, na jego pytanie o powód rezygnacji, odpowiedziałem: „sprawy rodzinne”. A co miałem powiedzieć? Powiedziałbym prawdę, to bym się wdał w debatę. Nie taką jaka odbywała się na platformie internetowej: Godzina dla Polski.

Winny system, a  nie ludzie
 
I tak 4 lata poświęciłem na to, by pomóc Polsce, a tak naprawdę na to by dowiedzieć się, że w naszym kraju nic się nie zmieni, dopóki jakimś cudem nie stworzymy nowego systemu politycznego, w którym politycy zaczną szanować ludzi. Szczególnie takich wariatów, którzy tak jak ja, jeszcze wierzą, że nasze struktury partyjne, społeczne są zdrowe i pozwalają pracować dla Ojczyzny. Dlatego bardzo szanuję pracę Pawła Kukiza i jego ruchu, który jako jeden z nielicznych, zauważył, że bez zmian systemowych nie będzie zmian na lepsze w Polsce!

Niestety, system polityczny w Polsce jest tak skonstruowany, że tworzy polityczne grupy wzajemnej adoracji, gdzie znani politycy mogą zbierać ludzi, którzy mogą wyłącznie pracować dla nich, nie dla Polski. A że czasami, znajdzie się uczciwy polityk, którego praca i jego grupy przyniesie coś dobrego, to nie znaczy, że układ partyjny jest zdrowy. I to wszystko za nasze pieniądze!

 
Oczywiście, że Państwo się zastanawiają, po co się pchałem, w ogóle? Po co teraz te żale? Nie wiedziałem, że tak trudno wypełnić swój obywatelski obowiązek - aktywności społecznej. Nawet po takich tragediach jak 10.04.10. Kłody podkłada sam system.
 
 
 
 
Mimo najszczerszych chęci, może na szczęście, żadna z tych partii nie zaproponowała mi członkostwa. Mogliście zapoznać się z moimi osobistymi żalami i odczuciami. Moją intencją nie było ni kogokolwiek obrażać ani podważać działalności żadnej z przedstawionej powyżej formacji politycznej. Dobrze im życzę, może zmienią się po moim poście na lepsze. Tym postem chciałem Państwu przekazać jak funkcjonuje polska polityka od zaplecza. Moimi oczami. Dokonać swoistego rachunku sumienia. 
 
 
 
 
Wojciech Gajewski

 

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:12)

Komentarze

Badanie: Wspólne cechy charakteru polityków i seryjnych morderców Andrew Malcolm Los Angeles Times Wykorzystując swoje doświadczenie w ściganiu, oraz dane otrzymane z analizy zachowania dokonanej przez jednostkę FBI, Jim Kouri zebrał szereg cech osobowości wspólnych dla kilku zawodów. Kouri, wiceprezes Narodowego Stowarzyszenia Szefów Policji, zebrał takie cechy, jak: powierzchowny urok, przesadne poczucie własnej wartości, łatwość wypowiadania się i kłamania, oraz brak wyrzutów sumienia i manipulacja innymi. Te cechy, na które Kouri zwraca uwagę w swojej analizie, są wspólne dla psychopatycznego seryjnego mordercy. Ale – i tu jest coś, co może wywołać wiele kontrowersji i defensywnej dyskusji – te cechy są wspólne także dla wiekszosci polityków. (Być może już to podejrzewaliśmy.) Tak. odkładając na bok brutalne zabójstwo, wybrani przez nas urzędnicy, często wykazują wiele cech charakteru dokładnie takich samych jak kryminaliści, którzy uciekają od policji, ale nie od urzędów. Kouri zauważa, że ci kryminaliści są psychicznie zdolni dokonywać podłych czynów, bez zwracania uwagi na konsekwencje społeczne, moralne czy prawne, oraz całkowicie bez wyrzutów sumienia. „To pozwala im robić co chcą i kiedy chcą”, napisał. „Paradoksalnie, te same cechy występują u mężczyzn i kobiet, których pociąga popularność i silna pozycja w społeczeństwie, w tym stanowiska polityczne”. Dobre sobie! A my nie tylko głosowaliśmy na tych ludzi, ale płacimy im pensje i powierzamy im dysponowanie naszym skarbem narodowym w mądry sposób. Nie znamy Kouriego tak dobrze. Być może próbuje manipulować nami swoimi elokwentnymi i prowokacyjnymi wypowiedziami. Ale z drugiej strony … Dodaje: „Choć wielu przywódców politycznych będzie zaprzeczać tej ocenie dotyczącej ich podobieństwa do seryjnych morderców i innych zawodowych przestępców, jest to częścią psychopatycznego profilu, który mogą być wykorzystywany w ocenie zachowań wielu urzędników i prawodawców na wszystkich szczeblach administracji rządowej”.

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
0
#1432854

Ciagle "zawieruchy" i ingerencje obcych w nasze wewnetrze sprawy , ciagle straty bardzo wartosciowych ludzi (masowe mordy a teraz emigracja) nie sprzyjaja poprawie sytuacji w Polsce . Wyleczenie z mentalnosci homo-sowietikus tez nie jest latwe nawet w sprzyjajacych warunkach a tu nawet takich nie ma . Pozostaje tylko to o czym pisze autor , zwracanie uwagi na to co nalezy zmienic , inaczej nie przetrwamy .

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0

Bądź zawsze lojalny wobec Ojczyzny , wobec rządu tylko wtedy , gdy na to zasługuje . Mark Twain

#1432874

Zagadnienie pożyczek procentowych jest, być może, jeszcze bardziej od poprzednich złożone. Jest rzeczą godną uwagi, iż św. Tomasz posługuje się zawsze jednym tylko terminem usura na oznaczenie zarówno tego, co my nazywamy odsetkami, jak i tego, co nazywamy lichwą. W najbardziej ogólnym znaczeniu procent jest ceną zapłaconą za użytkowanie jakiegoś dobra: pretium usus, quod usura dicitur. Pojęcie to wiąże się ściśle z pojęciem pożyczki i długu. Gdy potrzebuję pewnej sumy pieniędzy, pożyczam ją od kogoś, kto mi ją pożycza. Jeśli żąda wynagrodzenia za czasowe użytkowanie tych pieniędzy, suma której żąda, jestusura, procentem. Otóż, zdaniem św. Tomasza branie procentów od pożyczonych pieniędzy jest niedozwolone. Jest niedozwolone, bo jest niesprawiedliwe, a niesprawiedliwe jest dlatego, że sprowadza się do sprzedaży czegoś, co nie istnieje: quia venditur id quo non est1)

                                                                   

Są rzeczy, których użytkowanie pociąga za sobą ich zniszczenie. Zużywa wino, kto je wypija, zużywa chleb, kto go zjada. W takich wypadkach nie można oddzielić użytkowania rzeczy od samej rzeczy: kto posiada jedno, ten posiada i drugie. Widzimy to na przykładzie sprzedaży. Gdyby ktoś chciał sprzedawać osobno wino i osobno prawo do wypicia tego wina, sprzedawałby dwukrotnie tę samą rzecz lub też sprzedawałby coś, co nie istnieje. Tak czy inaczej dopuściłby się niesprawiedliwości. Zupełnie tak samo ma się rzecz gdy chodzi o pożyczkę. Jeśli komuś coś pożyczam, to właśnie w tym celu, aby mu to służyło. Jeśli pożyczam wino, to po to, aby je wypił.

Toteż jedyną rzeczą której mogę się spodziewać w zamian, jest zwrot równowartości pożyczonego wina, ale nie ma żadnego słusznego powodu by uważać, iż pożyczającego obowiązuje ponadto zapłacenie za to, że je wypił .

Pieniądz jest właśnie jedną z tych rzeczy, których używanie pociąga za sobą ich zniszczenie. Wino jest na to, aby je pić, pieniądze są na to, aby je wydawać. Jest to prawda w znaczeniu dosłownym, bo pieniądz jest wynalazkiem ludzkim i zadaniem jego jest umożliwienie wymiany. Jeśli pożyczamy komuś pieniądze, pozwalamy mu posługiwać się nimi, czyli wydawać je. Żądanie, aby oprócz zwrotu pieniędzy dodawano nam jeszcze odszkodowanie za możność użytkowania ich, równa się żądaniu dwukrotnie tej samej sumy. 2)

Św. Tomasz z pewnością nie przewidywał zawiłości nowoczesnych operacji bankowych. Pozwoliło mu to na nieustępliwe trwanie przy tej zasadzie. Miał bowiem na myśli zupełnie nieskomplikowany przypadek, gdy człowiek wypłacalny, potrzebując pieniędzy, zwraca się do zasobniejszego sąsiada, którego pieniądze – gdyby ich nie pożyczył – spoczywałyby w skrzyniach. Dlatego św. Tomasz jest nieugięty wobec klasycznego zastrzeżenia, że pożyczając pieniądze traci się to, co można by przy ich pomocy zarobić. Niewątpliwie jest tak, odpowiada św. Tomasz, nikt jednak nie ma jeszcze w ręku tych pieniędzy, które mógłby zarobić, a być może nigdy ich nie zobaczy. Sprzedawać pieniądze, które można by zarobić, to sprzedawać coś, czego się jeszcze nie ma i czego się być może nigdy nie będzie miało.

Zarzut ten nie trafiał więc do przekonania św. Tomaszowi, niemniej przewidział on inny zarzut, któremu sam przyznał pewne znaczenie. Przypuśćmy, że pożyczając pieniądze wierzyciel zostanie rzeczywiście poszkodowany, czyż nie przysługuje mu wówczas prawo do pewnego wynagrodzenia? Owszem, odpowiada św. Tomasz, lecz nie jest to sprzedaż użytkowania pieniędzy, a odszkodowanie za poniesioną stratę. Jest to tym bardziej słuszne, że niekiedy dłużnik dzięki otrzymanej pożyczce unika poważniejszych strat, niż te, które poniósł wierzyciel; pożyczający może więc bez trudu dzięki unikniętym stratom wynagrodzić stratę wierzycielowi. Co więcej, nawet św. Tomasz wierny swej zasadzie utrzymuje stanowczo, iż nie wolno sprzedawać prawa do użytkowania pożyczonych pieniędzy; ale są inne jeszcze sposoby użytkowania pieniędzy niż ich wydawanie. Można na przykład złożyć pieniądze w zastaw, co nie jest równoznaczne z wydawaniem ich. W podobnym wypadku użytek uczyniony z pieniędzy jest czymś od samych pieniędzy odrębnym, toteż może być sprzedany oddzielnie, wskutek czego pożyczający ma prawo do otrzymania więcej, niż pożyczył.3) Niejedna pożyczka na procent, w formie, w jakiej są one dziś praktykowane, znalazłaby w tym rozróżnieniu pewne uzasadnienie. Jednakże św. Tomasza obchodzą nie wierzyciele – cała bowiem jego życzliwość jest po stronie pożyczających. Nieubłagany dla lichwiarzy rozgrzesza tych, co korzystają z ich usług. Cała niesprawiedliwość lichwiarstwa zdaniem św. Tomasza – obarcza lichwiarza, pożyczający jest tu tylko ofiarą. Człowiek biedny potrzebuje pieniędzy; jeśli poza lichwiarzem nie znajdzie nikogo, kto by mu je pożyczył, zmuszony jest przystać na warunki, które zostaną mu narzucone. Najgłębszą nienawiść żywią do grzechu lichwy ci, którzy muszą korzystać z jej usług. Nie lichwy bowiem chcą, ale pożyczki.

Etienne Gilson

Tekst ukazał się w dwumiesięczniku „Michael”.

 

 

 

 

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0
#1433020