SKRETYNIENIE . ELYT. PO STĘPOWE.

Obrazek użytkownika wilre
Blog

Gwiazdowski: Zwolennicy euro robią z Polaków kretynów
Wejdziemy, nie wejdziemy do strefy euro? To jest ambiwalentne. Oczywiście bardzo dobrze by było, gdybyśmy spełniali kryteria wejścia do strefy euro. Ale jakby było referendum w tej sprawie, w ogóle bym nie poszedł głosować. Ja nie walczę z euro. Ja walczę z idiotyczną argumentacją zwolenników euro - mówi DZIENNIKOWI Robert Gwiazdowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha.
Argumenty zwolenników euro są na poziomie argumentów za proszkiem do prania: "Ten wypierze lepiej!". A tak naprawdę co to jest za argument, że dzięki euro będzie szybszy wzrost gospodarczy? Jakim cudem? Jaki jest związek między kolorem farby na papierze waluty będącej oficjalnym środkiem płatniczym a tempem wzrostu gospodarczego? Makroekonomiści, którzy używają takich argumentów, nie mają zielonego pojęcia, co się dzieje w realnej gospodarce.
Drugi argument. Będzie bezpieczniej. Bardzo przepraszam, ale pierwszy z drugim jest sprzeczny! Jak się chce jechać szybciej, to się jedzie mniej bezpiecznie.
A argument, że łatwiej będzie podróżować po Europie, to już jest zupełny absurd. To jest robienie z Polaków kretynów, że niby nie potrafią sobie przeliczyć złotówki na euro.
Robert Gwiazdowski
Gorący komentarz
środa 29 października 2008 13:36 Dziennik

http://dziennik.pl/opinie/article258216/Gwiazdowski_Zwolennicy_euro_robi...

***
PS.
PRÓCZ skretynienia,zwłaszcza, SPSIENIE. Jak niżej :

*** THE ZOPPOT STORY.

W dyskusji na swym Blogu Waldemar Kuczyński napisał:
„W tym tymulcie zycia, także politycznego tkwią kanalie i ludzie porządni, ale wszyscy to sa ludzie realni, dla ktorych liczy sie nie tylko jakieś “dobro wspólne”, ale także ja i moi bliscy. Chodzi o to, żeby tych porządnych bylo więcej gdzie trzeba, a tych marnych mniej, ale anioly to nie tutaj.”

Zainspirowany sięgnąłem do ksiażki Balcerowicza "800 dni. Szok kontrolowany". A tam w post um znajduje się wywiad Ewy Balcerowicz udzielony Jerzemu Baczyńskiemu:

"E.B.: […]Zresztą nasze mieszkanie nie bardzo nadaje się do wydawania jakichś pół-służbowych przyjęć.
J.B.: A czy nie myśleliście państwo o zmianie mieszkania?
E.B.: Na początku, po objęciu przez Leszka urzędu, ktoś z URM zwrócił się do mnie z pytaniem, czy nie chcielibyśmy skorzystać ze spółdzielni mieszkaniowej URM, czy coś podobnego… Ja się w ogóle nie odezwałam, Leszek także zignorował te sugestie. To w ogóle nie wchodziło w grę."

Następnie sięgnąłem do "Zwierzeń Zausznika" Waldemara Kuczyńskiego:

"Pytanie:
Czy zdarzyło się Panu wykorzystywać swoją pozycję do załatwienie jakichś nieslużbowych spraw?
Odpowiedź:
Tak, kilkakrotnie. Zacznę od tego, że zamieniłem czteropokojowe własnościowe mieszkanie na pięciopokojowe komunalne, większe i bardziej eleganckie. Zrobiłem to, po pierwsze, żeby mieć samodzielny pokój do pracy, a po drugie, i to był powód ważniejszy, aby rodzina nie wracała do starego mieszkania, które kojarzyło się nam z chorobą córki. Powrót w to samo miejsce to było jak wracanie w tamten straszny czas. Stare mieszkanie przekazałem do dyspozycji URM i spowodowałem, że dostał je mój kierowca, który starał się o mieszkanie od 10 lat, a mieszkał u teściowej z żoną i dwojgiem dzieci. Pomogłem również załatwić mieszkanie jednej z moich sekretarek, która mieszkała z mężem i dwiema dorastającymi córkami w kilkunastometrowym pokoiku z wnęką kuchenną, i która również od kilkunastu lat starała się o mieszkanie. W innych równie trudnych wypadkach nie mogłem pomóc."

Cóż, można tak, a można tak. Niestety na moje pytanie Kto chodził po urzędnikach i namawiał do zamiany mieszkań? Czy może Ambroziak, który był wówczas szefem URM nie uzyskałem odpowiedzi, a w zasadzie uzyskałem radę, by zrobić donos do CBA :) Myślę, że wszystko odbyło się zgodnie z prawem, więc CBA nie ma tam nic do roboty. Na marginesie, mieszkanie to jako komunalne zostało przez pana Waldemara wykupione kilka lat później na zasadach wykupu mieszkań komunalnych o czym na swoim blogu pan Kuczyński pisał kilka miesięcy temu.

Moja ciekawość nie będzie więc zaspokojona, no chyba, że jacyś dziennikarze udadzą się do URM i sprawdzą kto, kiedy i za czyich rządów dostawał służbowe mieszkania praktycznie na zawsze? Mam przeczucie, że mogło to dotyczyć wszystkich rządów.

I jeszcze komentarz leszka.sopota, który w przeciwieństwie do kierowcy Waldemara Kuczyńskiego nie miał znajomego ministra, a Borusewicz okazał się człowiekiem do wyższych celów stworzonym. Ten właśnie komentarz skłonił mnie do umieszczenia tego wpisu.

leszek.sopot:
"Ech, szkoda, ze nie byłem dla kogoś ważnego kimś na codzień użytecznym. Od momentu urodzenia się w perle Bałtyku musiałem mieszkać z gliniarzem na karku. Zamiast podlizywać się usadowionym na ministerialnych stołkach ważniakom i opowiadać im o swoich kłopotach pracowałem dla “sprawy” społecznie. Raz mnie podkusiło i poprosiłem o pomoc Borsuka. Zrugał mnie, że on nie od tego. Kiedyś cała ta poniemiecka parterowa z drewnianym poddaszem chałupa była wspólna. Bo Niemiec tu tylko na lato przyjeżdżał (chałupa z 1909 r.). Gdy ojciec dostał przydział na mieszkanie na poddaszu w 1947 to zawarł umowę z czymśtam, że rezygnuje z używania kuchni na parterze, własnym sumptem przekształca jeden pokoik na kuchnię i w zamian za to dostaje całe poddasze do swojej dyspozycji. Trafił do paki jako wróg ludu. Gdy siedział z parteru dokwaterowano mu do jednego pokoju lokatorkę. Sąsiedzi z dołu, którzy nawiedzili sopot z Łodzi (sąsiad był dentystą a córkę wydał za ubowca) usamodzilnili parter. Dentysta wrócił do Łodzi, na parterze została ubecka rodzinka. Gdy ojciec siedział odeszła od niego pierwsz żona. Gdy wyszedł po to aby mu nie domeldowali jeszcze kogoś (zostały mu się dwa pokoje z kuchnią), zameldował siostrę (pozostał z jednym pokojem z kuchnią). Ubek z dołu już nie był ubekiem - został dyrektorem firmy od dystrybucji sprzętu medycznego. Lokatorka w 1956 r. wyjechała do Angli i nie wróciła. Takie “puste” mieszkania przejmowała milicja (pokój wówczas uznawano za “lokal mieszkalny” - tak jest zresztą do teraz). Wprowadził się kierowca komendanta miejskiego milicji. Pijatyki, bibki i babeczki na okrągło - jak wspomina ojciec. Ja się urodziłem, bo w międzyczasie ojciec poderwał moją śp. mamę. Gdy się urodziłem ojciec podzielił największy pokój na dwa. UM na którejś tam wizji “lokalu mieszkalnego” zapisał, że ojciec ma dwa pokoje a nie jeden podzielony prowizorycznie na dwa - i tak zostało. Zameldowana w jego mieszkaniu siostra poznała chłopa. Pobrali się. W strachu, że ojciec jemu i ich dziecku nie pozwoli mieszkać jakimś cudem wyrobiła sobie przydział na pokój jako na “lokal mieszkalny”. W efekcie na jednym poddaszu w połowie lat 60. były aż trzy “lokale mieszkalne”. Matka zaczęła odkładać pieniądze na książeczkę mieszkaniową. Gliniarze w pokoju się zmieniali, aż w końcu jeden z gliniarzy się ożenił i urodziło im się dziecko. Ciotka dostała mieszkanie w spółdzielni nauczycielskiej (matematyczka, druga ciotka w Białowieży - też matematyczka). Urząd Miasta zawyrokował, że gliniarz z żoną i dzieckiem nie mogą się gnieździć w jednym pokoju, więc pokój po cioctce miał się im dostać. Jako, że był on między pokojem podzielonym prowizorycznie (płytą pilśniową i szafą) na dwa pokoje a naszą kuchnią (ten pokój przerobiony własnym sumptem przez ojca na kuchnię), prowizorycznie podzielony pokój został podzielony na trwałe i my dostaliśmy nasz pokój, czyli miasta, po ciotce, a komenda miejska milicji nowy pokój. Sąsiedzi z raz po raz ostro balowali. Przychodziła do nich sopocka śmietanka - z szefem partii, komendantem milicji i prezydentem miasta na czele. Gdy pod koniec lat 60. miasto rozpoczęło sprzedawanie lokatorom mieszkań komunalnych na własność, sąsiedzi szybko, praktycznie za bezcen kupili parter, odcięli nam dostęp do piwnicy i zabrali część naszego ogrodu. Do piwnicy wybito nam wejście w fundamentach w przeciwległym kącie chałupy, “teren zielony” przydzielono nam z boku budynku, którego połowę zajmowała droga biegnąca wokół domu. Ojciec nawiózł ziemię i zasypał drogę. Mieliśmy ogród. Rodzice też wystąpili o wykup poddasza. Oczywiście odmówiono - bo lokal niesamodzielny, gdyż już dwa pokoje! były służbowymi pokojami komendy miejskiej policji. Występowaliśmy za każdym razem o wykup mieszkania, gdy wyprowadzał się kolejny gliniarz. Bezskutecznie. W końcu gliniarz, który zamieszkał w 1985 r. wyprowadził się w 2002 r. Byłem pewny, że w końcu skończy się gehenna i miasto pozwoli mi kupić mieszkanie. Przez rok toczyły się korowody, gdyż swoje interesy próbowali załatwić też sąsiedzi z dołu - mieć całą chałupę dla siebie. Zmieniła się władza, Dyrektor od medykamentów już zmarł. Jeden z jego synów był już wicedyrektorem szpitala (jeż nim do dziś) a drugi chodził do tego samego liceum co wiceprezydent i sekretaż miasta. Chodzą razem na popijawy. Za przeproszeniem - dupa zimna. W czasie rozmowy z prezydentem miasta, Jacek (po imieniu bo się niby znamy z tzw. podziemia, ale on w innej partii - on “prawdziwy katolik” i konserwatysta - ja w innej) poradził mi bym się wyprowadził… Po roku, po odwołaniu się do rzecznika praw obywatelskich miasto podpisało umowę najmu na powrót z gliniarzem. Książeczkę mieszkaniową, na którą składali się moi rodzice, którzy przez całe życie pracowali jako pracownicy biurowi, mam w szufladzie. Podobno wszedł teraz jakiś przepis, że jak wymienię okna to dostanę za książeczkę 6 tys. zł. Znowu przeproszę - do dupy z takimi przepisami. PRL władowała nam do mieszkania gliniarzy. RP okradła mnie z mieszkania w bloku. Nowa władza popija z sąsiadem. Znajomi u władzy mnie olali. Nie byłem kierowcem. Zameldowany gliniarz się nie wprowadził. Sąsiad z dołu znalazł mu pustostan na zamianę. Powinieniem napisać tzw. pustostan bo był to komunalny lokal socjalny, w którym był zameldowany gość z żoną i dzieckiem, a który nie mieszkał w tym lokalu od kilku lat. Do “lokalu mieszkalnego” w moim wspólnym mieszkaniu od 5 lat nikt się nie wprowadził. Sąsiad z dołu ma do niego klucze i płaci czynsz. Został upoważniony do reprezentowania interesów przez zameldowanego tam gościa, który raz się tu pojawił. Jest dalej jak za komuny - kto zna władzę ten sobie załatwi co chce. Wystarczy umieć opowiadać o sobie i wzbudzić litość…
Wyżółciłem się, a co mi tam, gorzej być nie może. Jacek Karnowski zapewnił mnie, że na bruk to mnie nie wyrzuci. Niestety, okna w mieszkaniu wymieniłem 5 lat temu na własny koszt - tak jakby to było moje mieszkanie (zresztą całe je wyremontowałem na własny koszt, bo gdy zapadł się ojcu na głowę sufit, to miasto odpisało mi, że mam sobie dziurę… zamalować - autentyk!), więc się nawet nie załapię na te 6 tys. za przyżeczone przez państwo dwupokojowe mieszkanie w bloku.
Ważne powinny być reguły a nie znajomości. Bo jaką zasługę i przewagę nad innymi w równie opłakanej sytuacji ma mieć ten kto jest np. kierowcą? Trzeba być twardy jak Borsuk, którego ja prosiłem jedynie o to, aby wpłynął na policję, aby ta sama zrezygnowała z “lokalu mieszkalnego” we wspólnym mieszkaniu. Kurcze, czemu jakiś kierowca miał chody a ja nie? Pewnie jestem mniej wart od kierowcy, bo w warunkach gospodarki wolnorynkowej to przecież umiejętności i zdolności, prawo, popyt i sprzedaż świadczą o zajmowanej pozycji a nie znajomości i układy… Gdybym był babą to może komuś, znowu za przeproszeniem, dupy bym dał i zarobiłbym jak Aneta K. na własnościowe mieszkanko.
I jak ja mam nie marzyć o aniołach i godzić się na to, aby pragmatyzm i układziki były rzeczą powszednią? "

http://kuczyn.com/2007/07/24/w-zaulku-ciasnym-i-ciemnym/#comment-29818
http://kuczyn.com/2007/07/24/w-zaulku-ciasnym-i-ciemnym/#comment-29861
http://kuczyn.com/2007/07/24/w-zaulku-ciasnym-i-ciemnym/#comment-29866
http://kuczyn.com/2007/07/24/w-zaulku-ciasnym-i-ciemnym/#comment-29896

pozdrawiam
Bernard

Brak głosów