Wspaniałyh wynikuw!

Obrazek użytkownika Marcin B. Brixen
Humor i satyra

Łukaszek wracał sobie ze szkoły. Przechodząc przez osiedle spotkał swoją siostrę, która wracała właśnie z kolejnej randki ze swoim chłopakiem. Potem jeszcze skręcili koło osiedlowego marketu i wpadli tam na mamę Łukaszka, która właśnie wychodziła po zrobieniu zakupów.
- Gdzie wy chodzicie? - zirytowała się mama. - Nie było nikogo, kto by mi pomógł z zakupami! Musiałam iść całkiem sama!
Z marketu wyłonił się pan Sitko dźwigając pięciolitrową butlę oleju słonecznikowego.
- A co kupiłaś? - spytała siostra Łukaszka.
- Takie tam... Między innymi kostki rybne na dzisiejszy obiad. Proszę nie zmieniać tematu! Pytam się gdzieście byli. Łukasz!
- Zatrzymali nas w szkole - mruknął niechętnie Łukaszek. - Dyrektor zrobił apel i wręczali nam jakąś książkę. To kopia księgi szkolnej... No, takiego czegoś, gdzie się różne ważniaki wpisują...
- Pokaż natychmiast! - zażądała mama. Łukaszek sięgnął do tornistra i wyjął książkę. Zaszeleściły kartki z papieru kredowego...
- Ooo! - zawołała zadowolona mama. - Zobaczcie tylko kto się wpisał! Polityk partii rządzącej! Nie może być! Łukasz! Jaka piękna pamiątka! Ten wasz dyrektor to jednak mądry człowiek! Zobaczcie, jakie piękne życzenia wam złożył!
I mama Łukaszka pokazała napis: "Wspaniałyh wynikuw!".
- O! - zakrzyknął pan Sitko, który postawił bańkę z olejem na chodniku i zajrzał mamie Łukaszka przez ramię. - Błąd ortograficzny!
- Panie Sitko, pytał pana ktoś?! - rozzłościła się mama Łukaszka. - Nie ma żadnego błędu...
- Ależ jest! - upierał się pan Sitko. - Nawet dwa! Widzicie?
Łukaszek i jego siostra bezradnie wodzili wzrokiem po napisie.
- E... Ja nic nie widzę... - przyznała siostra. - Mnie nie uczyli ortografii. Jak coś napisałam dobrze to dostawałam słoneczko, a jak źle to chmurkę. Ale te chmurki były ładniejsze i...
- Bez sensu to jest, żeby człowiek wszystko robił ręcznie, mamy dwudziesty pierwszy wiek - przerwał jej Łukaszek. - W chacie wrzucę to na skaner, przejadę oceerem i komputer podkreśli błędy...
- Co wy byście zrobili bez tych komputerów - rzekł pan Sitko. - "Wspaniałych" pisze się przez ce ha, a "wyników" przez u zamknięte.
- Panie Sitko! - mama, kipiąc z oburzenia, wyrwała Łukaszkowi książkę. - Nikt pana nie prosił o wyjaśnienia! Pan podrywa autorytet! A skąd pan się nagle tak zna na ortografii, co?
- Uczę się - wyznał pan Sitko. - Bo o d pierwszego wprowadzili ortograficzne sprawdzanie wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Jeden błąd i odrzucają! Jak tak można człowieka poniewierać! Godność deptać! W związku z powyższym uczę się ortografii.
- I jak panu idzie? - spytał Łukaszek.
- Całkiem dobrze. Sprawdzam nawet wnioski kolegom. Biorę eurasa od wniosku - pan Sitko podniósł palec i wyrecytował:
- Euras do eurasa i będzie kiełbasa!
- Muahaha! - zaśmiała się triumfująco mama Łukaszka i pokazała im jedną ze stronic łukaszkowej książki. - Widzicie? To wpis polityka opozycji. Życzy on uczniom "świetnyh osiongnięc"!! Co za błędy!
- Jakie? - spytał Łukaszek.
- Czy to znaczy, że ten pierwszy jednak dobrze napisał? - spytała siostra Łukaszka.
Mama zaczęła się jąkać, wzrok jej padł na butlę oleju stojącą na chodniku i z wdziękiem zmieniła temat.
- Po co panu tyle oleju?
- Nie dla siebie kupuję - rzekł pan Sitko. - Tylko dla tego, co ma tego starego Mercedesa.
- A po co mu tyle oleju?
- Do samochodu, mówię przecież.
- Olej???
- On ma takiego starego diesla, który pojedzie nawet na oleju. Litr ropy kosztuje na stacji dwa euro, a litr oleju w sklepie euro pięćdziesiąt. Ale w sklepie jest reglamentacja. To co on sobie sam kupi, to mu nie starczy. Więc ja kupuję i mu odsprzedaję. Kupują za półtora euro, a sprzedaję za euro siedemdziesiąt. On zarabia trzydzieści eurocentów na litrze, a ja dwadzieścia. To jest dopiero interes, wszyscy zarabiają! Butla ma pięć litrów, więc zarabiam na niej jedno euro. A euras do eurasa...
- ...a będzie kiełbasa - dokończył zachwycony Łukaszek.
- A z poprzednią to już dwie - uzupełnił pan Sitko. Mama Łukaszka zaczęła krzyczeć, że szara strefa, że podatki... Nagle z siostrą Łukaszka zaczęło dziać się coś dziwnego. Chwyciła się za brzuch, wytrzeszczyła oczy, zaczęła się rytmicznie kiwać i wciągać ustami powietrze. Wreszcie wybuchnęła strasznym śmiechem.
- O co chodzi? - spytała zdziwiona (i trochę obrażona) mama Łukaszka.
- Muahaha! A to dobre! - chichrała się siostra Łukaszka. - Kosteczki rybne! O ja cię! Ale kawał!
- Nie rozumiem... - mama Łukaszka zerknęła na trzymaną w ręku siatkę z zakupami.
- No przecież ryby nie mają kostek! Tylko ości!

Ocena wpisu: 
Brak głosów