Akcje grudniowe

Obrazek użytkownika Marcin B. Brixen
Humor i satyra

Właściwie w grudniu wszyscy w szkole żyli jednym tematem - świętami. I uczniowie i nauczyciele niczym zombie poruszali się po szkole, na zewnątrz recytując powitania, logarytmy i sonety krymskie, wewnątrz jednak odliczając dni do czasu wolnego. Bo szkoła miała oczywiście wolne, i to prawie oktawę z przodu i oktawę z tyłu.
Rzecz jasna, w szkole też miałą odbyć się wigilia. Klasowa. Taka z małą choinką, prezentami, opłatkiem, kolędami i świąteczną atmosferą. Zamiast lekcji.
- Hurra! - zawołały dzieci.
- Wychowawczej - uzupełniła młoda pani od polskiego, wychowawczyni trzeciej a.
- Eee... - rozległ się chór zniechęconych głosów. Ale młoda pani od polskiego uparła się i w ostani dzień szkoły zrobiła im wigilę. Choinkę, taką malutką, ustawiła na biurku parę dni wcześniej, teraz tylko przyniosła radiomagnetofon i włączyła kolędy.
- A opłaciła pani ZAIKS? - zapytała dziewczynka, która zawsze odzywała się jako pierwsza.
- A chcesz odpowiadać z Homera? - zapytała młoda pani polonistka, która była młoda, ale na tak ciężkim froncie nauczania jakim była trzecia a dojrzewała w zaskakującym tempie.
Dziewczynka, która zawsze odzywała się jako pierwsza wycofała swoje pytanie i wigilia mogła rozpocząć się bez przeszkód. Młoda pani od polskiego wyjęła książkę i zaczęła dzieciom czytać jak wyglądały te święta kiedyś i skąd się wzięły. Że choinka jest z Niemiec, że prezenty roznosi św. Mikołaj lub Gwiazdor lub dzieciątko Jezus.
- Lub dziadek Mróz - przypomniał Gruby Maciek. Razem z Łukaszkiem na początku się nudzili ale to, co czytała młoda pani od polskiego zaczęło ich powoli wciągać. Najbardziej podobały im się dawne obyczaje Słowian: pierwszego dnia zimy obchodzili święto zmarłych poświęcone Welesowi.
- Odwiedzali groby swoich zmarłych, gdzie palono ogniska aby ich ogrzać - czytała pani.
- Przecież to bez sensu, oni nie żyli - zdziwiła się dziewczynka, która zawsze odzywała się jako pierwsza.
- No, wierzyli, że tak trzeba - powiedziała pani. - My też w coś wierzymy, a inni mówią, że to bez sensu. No, ale dość tego czytania. Przełamiemy się opłatkiem a potem prezenty.
- Ja się nie łamię opłatkiem! - zastrzegł się okularnik z trzeciej ławki. - Mój stary mówi, że to chrześcijańska dekoracja!
Zaległa cisza.
- Obchodzicie w ogóle jakieś święta? - zapytała młoda pani od polskiego.
- Oczywiście! Mój stary mówi, że człowiek powinien wiedzieć co świętuje. Wigilię. Tylko nie Bożego Narodzenia.
- A czego? - zapytał Łukaszek.
- Niczego - zdenerwował się okularnik.
- Nie może być wigilia bez niczego - zadudnił Gruby Maciek.
- To co wy w końcu świętujecie? - napierał Łukaszek.
- Jest rodzina, jest uroczyście, radośnie i spokojnie!
- Z imieninami ci się pogibało - odezwała się uprzejmie dziewczynka, która zawsze odzywała się jako pierwsza. - Tylko ciekawe czyimi. Pewnie choinki.
Dzieci wybuchnęły okrutnym śmiechem, który czasem potrafią zagrać najwybitniejsi aktorzy kreujący czarne charaktery. Okularnik był zły, ale się nie poddawał.
- Żadne kurwa imieniny. Składamy sobie życzenia noworoczne...
- Przecież nowy rok jest pierwszego stycznia - rzekł z politowaniem Gruby Maciek.
- My też świętujemy teraz wigilię, a nie dwudziestego czwartego... - zaczął podstępnie okularnik, ale pani zapytała, czy chce przyjść do szkoły dwudziestego czwartego. Okularnik wybąkał, że nie.
- Przecież święta obchodzisz w domu i rodzina przyjeżdża tego dnia co się świętuje - upierał się Łukaszek. Okularnik po długim namyśle wystękał:
- Y no więc... Mój stary mówi... Że to jest tradycja. Zjeżdża się cała rodzina, jest choinka, prezenty, sianko, kolędnicy, zgoda, spokój, życzenia... Że my świętujemy to co kiedyś dawni Słowianie... Wigilia jest bez Boga, no bo Boga oczywiście nia ma...
Okularnika zasypano pytaniami.
- Jak to: to co Słowianie? Przecież choinka jest niemiecka!
- Jak to: Boga nie ma? Moja babcia mówi, że jest!
- A modlicie się do Welesa?
- A dlaczego świętujecie dwudziestego czwartego grudnia, jak Słowianie świętowali dwudziestego pierwszego?
- Rzucacie za siebie łyżkę strawy dobrym skrzatom?
- A palicie ogniska nocą na cmentarzu?
- A jecie karpia? Czy kotleta?
- Dzieci dajcie spokój koledzy - wkroczyła do akcji młoda pani polonistka. - Trzeba być tolerancyjnym wobec...
- Jesteśmy asnykami - powiedział oburzony okularnik. Młoda pani wybuchnęła strasznym śmiechem.
- E... Chyba... agnostykiem... Asnyk... To był... Poeta... - jąkała przez łzy trzymając się za brzuch. To przelało czarę goryczy. Nie bacząc na regulamin szkolny okularnik wyjął z plecaka telefon komórkowy.
- Mama? Mama?! No oni się wyśmiewają z moich uczuć niereligijnych!

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Jak zwykle dobre. :) Przypomina mi się odcinek South Park z pierwszej serii o Bożym Narodzeniu. :)

Na marginesie: wciąż RSS z Salonu się spóźnia. :|

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#10566