PODRÓŻE KSZTAŁCĄ - czyli poznaj swój kraj

Obrazek użytkownika jwp
Blog

     To hasło pamiętam z najwcześniejszego dzieciństwa. Hasła w ogóle były stałym elementem ówczesnej rzeczywistości, również dziecięcej. „Mądrością i pracą ludzie się bogacą” albo „Ucz się, ucz, bo nauka to potęgi klucz”. Te slogany, nagminnie wpisywane do uczniowskich pamiętników przez panie wychowawczynie, z czasem stały się satyrycznym komentarzem to chorej rzeczywistości lat ’60 i ‘70. Wypisane nad wejściami do zakładów pracy hasła o pracy, wspólnej Polsce, solidności, uczciwości itp nikogo tak naprawdę nie poruszały wręcz nie interesowały. Prawie nikt – niestety – nie zadawał sobie trudu, by je wcielić w życie albo przynajmniej zrozumieć. Podobnie traktowano doniesienia Dziennika Telewizyjnego i innych „środków masowego rażenia” o sukcesach i zwycięstwach. Przechodzono nad tym, jak mawiano, do porządku dziennego.           

 Opowiadanie "PODRÓŻE  KSZTAŁCĄ - czyli poznaj swój kraj." pochodzi ze zbioru opowiadań autorstwa mojego przyjaciela Jacka Chruścińskiego pt. "Bania" - za zgodą autora publikuję.

     Kiedy już jednak po zakończeniu owocnej i jak zwykle solidnej pracy, w szkole, w fabryce czy w biurze, Polak miał chwilę czasu, zaczynał rozmyślać o urlopie. Urlop. Zasłużony wypoczynek. Wówczas, najlepszy z FWP! Fundusz Wczasów Pracowniczych, wszechwładna instytucja, która swym działaniem obejmowała cały kraj, wszystkich rodaków i łaskawie obdarowywała ich niezmiernym szczęściem, nagrodą za trudy – wczasami, w domu wypoczynkowym, w pensjonacie lub w domkach campingowych. Gdzieś w Borach Tucholskich lub na Podkarpaciu, na Pojezierzu albo na mazowieckich równinach, nad morzem bądź w górach! W czasach Gierka doszły do tego jeszcze wyjazdy do Bułgarii lub na Węgry! Toteż podróżowali Polacy coraz chętniej i to nie tylko w kanikułę. Aczkolwiek w okresie letnim owa wędrówka ludów osiągała apogeum. Na kolejowych dworcach, w latach sześćdziesiątych działy się dantejskie sceny, bezwzględna walka o jakiekolwiek miejsce w wagonie. Jakiekolwiek, bo na siedzące nie było co liczyć. Przed przybyciem pociągu na peron już rozstawiano rodzinne czujki wzdłuż toru, w nadziei na utrafienie w wejście do niewypełnionego w całości wagonu. Nerwy, zacięte oblicza, złorzeczenia. Wszędzie ruch, ścisk, gwar, rwetes. Bagażowi w uniformach lub niebieskich fartuchach, w czapkach z daszkiem, dźwigający walizy, kufry, nesesery i koszyki. Wózki akumulatorowe z przyczepkami, wyładowane wysoko przesyłkami pocztowymi i paczkami, zawiniętymi w brązowy lub szary papier. Pokrzykiwania sprzedawców oranżady (jeszcze obowiązkowo w butelkach zamykanych krachlami), piwa, obwarzanków. Tłok przy wejściach, gdzie sprawdzano jeszcze peronówki – bilety uprawniające do wejścia na teren dworca! Musieli je posiadać ci, którzy nie mieli biletów na pociąg, a chcieli na przykład, pomachać rodzinie na do widzenia! Hałas przetaczanych składów, szum pary, pogwizdywania parowozów i ledwo zrozumiałe skrzeczenie megafonów oznajmujących przybycie lub odjazd pociągu. Zapowiedzi te ubarwiały i osładzały smutki pobytu na zatłoczonym dworcu. Przemęczone panienki, beznamiętnym głosem informowały podróżnych, że ekspres zwiększył opóźnienie do 215 minut, lub że pociąg osobowy nie odjedzie z trzeciego peronu tylko z pierwszego, ale za to zaraz, bądź niemiłosiernie przekręcały obcojęzyczne nazwy miejscowości na trasie pociągów międzynarodowych. Słynny krakowski jazzman wywołał raz na takim zatłoczonym dworcu mini – happening. Po zapowiedzi panienki przez głośnik, że „pociąg osobowy z Łodzi do Krakowa, przez Częstochowę wjedzie na tor 5 przy peronie drugim” – muzyk ów wrzasnął: „powtórz cholero!!!” „Powtarzam, pociąg osobowy z Łodzi ...” – posłusznie odpowiedziała panienka. Równie wesoły anons dał się słyszeć kiedyś na stacji Korsze na północno - wschodnim krańcu Polski. Zmęczony, męski głos z przepięknie śpiewnym wileńskim akcentem ogłosił: „Pociąg z Korszy do Korszy, o k.... pomylił sie ja!!!”

     Wreszcie pojawiał się pociąg, jak zawsze spóźniony i przepełniony. Podróżowano przeto na korytarzach, siedząc po kilkanaście godzin (w przypadku choćby podróży nad polskie morze) na stertach bagaży, lub koczując na podłodze, a czasem nawet okupując toaletę! Co sprytniejsi próbowali przesiedzieć podróż w wagonie restauracyjnym, ale w „Warsie” nie można było przebywać za długo bo obsługa przeganiała... Podejmowano (często skutecznie) próby korumpowania personelu kolejowego aby podróżować w wagonach bagażowych, a nawet w pocztowych! Bardzo cenne i bardzo trudne do zdobycia były też miejsca w przedziałach służbowych. Jeżeli pociąg rozpoczynał swoją drogę w Krakowie, to już w Płaszowie na bocznych torach, przenikano do przygotowywanych do drogi wagonów, pomimo patroli Sokistów i Milicji. Zajmowano wtedy miejsca tak, iż po przybyciu na Dworzec Główny wszystkie przedziały były zajęte. Podawano tylko bagaże przez okna do przedziałów i reszta rodziny przepychała się przez zatłoczony korytarz do „upolowanego” przez tatę lub starszego syna przedziału. Czasem „zaprzyjaźniony” kolejarz naklejał karteczkę „ZAREZERWOWANE”, zamykał drzwi kluczem typu „kwadrat” i można było bezpiecznie i przez nikogo nie niepokojonym podróżować na Mazury, nad Bałtyk lub w Tatry. Dawniej – przed wojną jeździło się też na wschód – choćby do słynnego Truskawca, dokąd podróżując koleją, przejeżdżało się przez słynną stację Zimna Woda. Tam to właśnie na pytanie podróżnego czy w Zimnej Wodzie staje, konduktorka zaciągając śpiewnie, odparła z chichotem: „Chyba kaczorowi!!!” Oczywiście korzystano także z wagonów sypialnych i kuszetek, ale było to już nie na każdą kieszeń, choć i tak zdobycie na nie biletów wymagało kilkugodzinnego stania w tasiemcowych kolejkach. To samo dotyczyło wagonów z tak zwaną „rezerwacją miejsc”. W osobnych, tylko do tego przeznaczonych kasach, przemęczone panie wypisywały ręcznie, przez kalkę, bilety i miejscówki, żmudnie wypełniając kopiowymi ołówkami diagramy rezerwacji miejsc... A i tak co chwila się okazywało, że na jedno miejsce sprzedano znowu dwa bilety! W końcu upragnione miejsce w wagonie zostało zajęte, parowóz zagwizdał i pociąg ruszał. Nie za szybko, dostojnie, tak aby pozwolić turystom w pełni docenić walory mijanego krajobrazu. Po drodze serwowano nam rozliczne atrakcje: a to pocięte nożem obicia kanap, a to spalone lub ukradzione żarówki, zepsute drzwi, nie zamykające się w zimie okna lub przeciwnie w lecie zamknięte na amen. Ogrzewanie czynne letnią porą oraz lodowaty chłód po awarii w zimie. No i oczywiście słynne na całą Europę toalety w polskich pociągach!

     Oczywiście funkcjonowała wtedy w pełni także komunikacja autobusowa. Podróżni tłoczyli się, na odmianę, w wysłużonych, dychawicznych, za ciasnych i absolutnie nie komfortowych Sanach, nie spełniających minimum warunków komunikacji dalekobieżnej oraz w  Jelczach – „Ogórkach”, aspirujących do tytułu autokaru turystycznego. W środku śmierdziało z lekka spalinami, przenikającymi spod klapy silnika, umieszczonej centralnie z przodu, obok stanowiska kierowcy, na której to klapie często też podróżowali „nadliczbowi” pasażerowie. Na pokrytych  dermą ciasnych kanapach bez zagłówków, gnietli się miłośnicy wojaży, solidarni w swych cierpieniach, godząc się nawet na „straponteny” w przejściu między ławkami – opuszczane uchylnie, dodatkowe siedziska bez oparć. O, pardon! Oparcie miał stanowić parciany pas, który można było rozpiąć pomiędzy oparciami sąsiednich ławek. Do tego łomot wyjącego, wysokoprężnego, przemęczonego silnika i zaduch nie do poprawienia przez malutkie, odsuwane okienka pod linią zapchanych półek na podręczne bagaże. Czasem taki rozklekotany Jelcz ciągnął jeszcze za sobą, bliźniaczo marną przyczepę! Nierzadkim wtedy w Polsce był widok stojącego na poboczu drogi autobusu, wokół na trawie rozłożona grupa pasażerów, opalająca się na kocach, ręcznikach czy choćby gazetach, a pod autobusem leżący usmolony smarami kierowca w otoczeniu dziesiątków części i narzędzi...

     Jasne, że niektórzy „szczęśliwi posiadacze własnych czterech kółek”, mogli podróżować samodzielnie, ale i oni cierpieli wówczas katusze. Na „Zakopiance” pod Mogilanami, zdychały nieszczęsne Syrenki, Škody, Moskwicze, malutkie Zastawy i Mikrusy, eksplodowały przegrzane chłodnice Warszaw i pierwszych Fiatów, dymiły przepalonym olejem silniki Petek, Wartburgów i Trabantów. Wzdłuż szosy co chwila straszyły unieruchomione, porozkręcane, wybebeszone z wnętrzności, zamarłe samochody. Na poboczach stały porzucone przyczepy ciężarówek i ciągników, a owe ciężarówki, tkwiły uszkodzone w przymusowym letargu, zepchnięte do zagrody przygodnego rolnika... Ponadto, w ramach dodatkowych atrakcji, na każdym kroku czyhały na kierowców nie oświetlone furmanki, wozy drabiniaste, wyładowane aż pod niebo sianem lub snopkami zboża, zza zakrętu wyskakiwali rozpędzeni motocykliści na WFM-kach, WSK-ach i SHL-kach, w kremowych kokilkach hełmów podbitych brązową ceratą na głowach, ale także baby na rowerach z grabiami, z kosą, koszem siana, no a czasem chłop na koniu na oklep, jak z westernu!!! Wieczorami wszyscy ci egzotyczni użytkownicy dróg stanowili zagrożenie do kwadratu gdyż tradycyjnie bywali pijani – w sobotni wieczór kompletnie!

A do  tego jeszcze młodzież na Komarach, Jawach, Osach i Junakach oraz niedzielni kierowcy w wypolerowanych dorobkach całego życia... Strach, strach! Snuły się smętnie kilometrowymi korkami pojazdy, wlokąc się za zawalidrogą: a to prastarym Ursusem z kołem zamachowym i wielkim kominem, a to przerdzewiałą, ledwie jadącą ciężarówką z amerykańskiego demobilu – jeszcze z drugiej wojny lub furką z pierzynami i koszami bambetli wiozącą letników na wakacje. To wszystko na wąskiej wstążce ówczesnej „zakopianki” albo jeszcze gorzej. Z tamtych lat pochodzi dowcip, opowiadany mi przez niemieckiego turystę. „Kiedy i gdzie w Polsce można bezpiecznie wyprzedzić furmankę? Otóż na moście, bo tylko wówczas jest gwarancja, że nie skręci nagle w lewo!”

      Rzecz jasna można było podróżować również samolotem, ale było to bardzo kosztowne, dla wielu wręcz ekstrawaganckie, a po tragedii Ił-62 z Anną Jantar mawiano – „lataj Lotem tam ale i z powrotem!”. W latach osiemdziesiątych, gdy komunikacja lotnicza już się w Polsce bardzo upowszechniła, wciąż latały u nas archaiczne An-24! Amerykańskie gwiazdy jazzu, po koncercie w Sali Kongresowej w ramach Jazz Jamboree miały wystąpić w Filharmonii w Krakowie, na Zaduszkach Jazzowych. Na widok oczekującego ich na Okęciu poczciwego Antka – 24, zdecydowali się na pociąg!

      Dziś mamy sieć lotnisk, nowoczesne samoloty, kolejowe intercity, pociągi hotelowe, ekspresy, piętrowe autokary, autostrady i supernowoczesne, lśniące samochody. Cóż, skurczył się nam kraj, skurczyła Europa, cały świat... Dziś Polaków za granicami mnóstwo, znają języki, potrafią się zachować, choć nadal rozpoznajemy naszych po butach! Zwiedzamy, pracujemy, poznajemy inne kultury, obyczaje. Pamiętajmy: podróże kształcą!

 JACEK CHRUŚCIŃSKI

A teraz z innej beczki. 

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Tak przynajmniej wynikałoby z opowieści członków mojej rodziny, którzy w ciągu ostatniego roku musieli korzystać z usług PKP. A i inne rzeczy zaczynają wracać do korzeni i znowu robi się żałośnie, przaśnie i absurdalnie, jak u Barei. I to wcale nie jest śmieszne.
Iranda

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Iranda

#168141

Oj nie jest. W zasadzie w wielu dziedzinach życia, nie mówiąc już o polityce, spod maski wyziera PRL i komuna.

Pozdrawiam

jwp

Hr. Skrzyński - Panie Marszałku, a jaki program tej partii ?
Marszałek Piłsudski - Najprostszy z możliwych. Bić kurwy i złodziei, mości hrabio.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

jwp - Ja też potrafię w mordę bić. Hr. Skrzyński - Panie Marszałku, a jaki program tej partii ? Marszałek Piłsudski - Najprostszy z możliwych. Bić kurwy i złodziei, mości hrabio.

#168143

Nostalgicznie się rozczuliłem,gdyż miałem Dziadka,pracującego na kolei,który pokazywał mi minutową dokładność kusowania pociągów.to było baardzo dawno,w latach 60-tych. Jechałem   w tym roku dwukrotnie pociągiem do Warszawy.Szkoda słów i nerwów. Tekst jwp- jak zawsze dycha.Pozdrawiam.Bareję  "opisuje"  dziś coryllus .

"Nie lękajcie się!" J.P.II

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

"Nie lękajcie się!" J.P.II

#168193

ja się najeździłem pociągami do "bulu". Mam lepsze i gorsze wspomnienia. Podróż na półce na bagaże, spanie na podłodze ale i WARS. Domy wczasowe - temat palce lizać, a sanatoria - kopalnia tematów. Muszę się zebrać i coś skrobnąć. Z pamięcię niestety nietęgo.

Pozdrawiam Serdecznie

jwp

Hr. Skrzyński - Panie Marszałku, a jaki program tej partii ?
Marszałek Piłsudski - Najprostszy z możliwych. Bić kurwy i złodziei, mości hrabio.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

jwp - Ja też potrafię w mordę bić. Hr. Skrzyński - Panie Marszałku, a jaki program tej partii ? Marszałek Piłsudski - Najprostszy z możliwych. Bić kurwy i złodziei, mości hrabio.

#168200