Walka klasowa i prezydent Obama…

Obrazek użytkownika Jacek K.M.
Świat

Prezydent Obama, którego wysiłki i ich rezultaty w ubiegłym roku wyceniono na C-, dość żwawo rozpoczyna 6-ty rok swojej prezydencji ogłaszając wszem, że jego zadaniem w tym roku będzie walka o równość. Widocznie tyle zapamiętał z marksistowskich kółek i lewackich wieców z lat studenckich.

http://cdn.washingtonexaminer.biz/cache/w200-04c43339207d3f4a4049942c757...

Po wepchnięciu w gardło republikańskiej opozycji swojej ciągle uzdrawianej reformy ubezpieczeń służby zdrowia zwanej ObamaCare, Obama wytycza nowy kierunek walki i nowy obszar, który zamierza reformować. Tym zaniedbanym obszarem w życiu społecznym Ameryki jawi się zjawisko nierówności jej obywateli. Niepokojącym wydaje się, że mówi on raczej o wyrównaniu nie szans, ale rezultatów. Obama straszy jednocześnie, że w wypadku oporu Kongresu, sięgnie po zarządzanie dekretami…

Niewątpliwie idea równości inspirowała ludzkie działania od zarania historii. Pragnienie to przejawia się w daniu szansy, poprawienia niedoli i wyniesieniu tych, co ledwo egzystują na dole hierarchii społecznej i wyniesienie ich na wybrukowane sukcesem i dostatkiem salony i ulice ludzi godnych i zasobnych. W tym prometejskim pragnieniu nie ma nic złego szczególnie, jeśli jest to ruch inspirowany oddolnie i podejmowany przez zainteresowaną jednostkę.

Niecierpliwym politykom jednak towarzyszył często pewien skrót myślowy, który następnie, wychodził na światło dzienne we wszelkich rewolucjach od francuskiej do bolszewickiej, realizujący powyższą idei równości w sposób prosty, a nawet prostacki: przez obniżenie standardów życia i pozycji tych, co żyją lepiej do najniższego wspólnego poziomu. W ten sposób w przestrzeni historycznej na deskach światowego teatru rozpoczynały się krwawe i dramatyczne spektakle ludzkiej bezmyślności, preferującej równość w nędzy i niewolnictwie nad znienawidzoną i pogardzaną nierównością w wolności. Niedawno w 1994 roku byliśmy świadkami drastycznej operacji wyrównywania nie tylko ludzkich szans, ale i wzrostu w afrykańskiej Rwandzie, kiedy przedstawiciele „niższego” plemienia (Hutu), wyrównywali swoje szanse obcinając nogi do kolan swoim wyższym konkurentom (Tutsi)…

Obserwując teatralne ruchy prezydenta Obamy zapowiadającego walkę z nierównością społeczną pamiętliwy historycznie obserwator z Europy środkowo-wschodniej może nieśmiało zadrżeć na samą myśl powtórki z nieodrobionej lekcji historii. W swojej wypowiedzi do Demokratów w Senacie Obama zagroził, że jeżeli kontrolowany przez republikanów Kongres (chodzi o izbę niższą) nie poprze jego pomysłów to on posłuży się dekretami, aby wprowadzić interesujące go zmiany. Oczywiście lekceważąc system regulacyjny konstytucyjnej republiki zainstalowany jeszcze dwa i pół wieku temu przez Ojców Założycieli, Obama straszy systemem rządów w stylu śp. Chaveza z Wenezueli, braci Castro z Kuby i praktykami towarzyszy chińskich i radzieckich. Oto, kogo naiwni i dobroduszni Amerykanie wybrali na swojego prezydenta.

Przeciętny polityk jest zbyt bystrym zwierzęciem, aby na widnokręgu możliwości nie zauważył swojego interesu, z tego powodu zacierają ręce niezliczone zastępy krążących po korytarzach Kongresu lobbystów z wypchanymi kieszeniami pełnych ofert, bonusów i projektów regulacji i ustaw. Kwitnie korupcja…

Niewątpliwie USA przechodzi gwałtowną, ale ciągle jeszcze pokojową transformację, której ofiarą pada tradycyjna amerykańska wolność i suwerenność jednostki, na korzyść silnego i sprawnego państwa opiekuńczego o totalitarnych znamionach. Po wiekach zmagań człowieka z autorytarnymi praktykami ujarzmiającymi ludzkość, obserwujemy nowy etap, nową edycję zamachu na wolność i suwerenność jednostki przebiegający zgoła według orwellowskiego scenariusza.

Silne i sprawne w zakresie ustanawiania kontroli nad obywatelem państwo dokonuje selekcji obywatelskich elit i korumpując je, przy ich pomocy obezwładnia obywateli aparatem i regulacjami państwa korzystając z pomocy sprawnie współdziałających mediów, systemu edukacji jak i zmieniającą znaczenie tradycyjnych pojęć nowomową.
W dzisiejszym świecie państwo traci swoje tradycyjne znaczenie na rzecz ponadnarodowych konglomeracji, które są narzędziami pracującymi zgodnie z wolą graczy z Nowego Porządku Światowego.

Aby zniszczyć niezależność klasy średniej i pełniej podporządkować sobie obywateli aparat państwowy używa nie tylko biurokracji z jej regulacjami, ale również socjotechnik odwołujących się do najniższych ludzkich pobudek, jak np. zawiści i zazdrości. Niestety nie chodzi tu o zazdrość inspirującą jednostki do konkurencyjnego twórczego wysiłku, ale o zazdrość prymitywną i zawistną budzącą niszczące pożądanie i mobilizującą do przejęcia, lub zniszczenia dóbr drugiego człowieka.

Według instytutu Gallupa 53% Amerykanów nie jest zadowolonych z rezultatów pracy prezydenta Obamy, przy 39% obywateli, którzy go popierają. Jak wspomniałem nowym akcentem w nowym roku ma być walka o równość, następną ideą ma być reforma imigracyjna, która ma dać szanse dzisiejszym nielegalnym emigrantom uczestniczenia w demokratycznej maszynce wyborczej. Jednak według badań Gallupa reformą imigracyjną zainteresowanych jest jedynie 3% Amerykanów. Jednak demokraci chcący w ten sposób pozyskać nowych wyborców, znajdują sojuszników wśród wielkiego biznesu potrzebującego taniej siły roboczej mającego poparcie w obydwu partiach. Największy procent obywateli zaniepokojonych jest poczynaniami rządu, aż 21%, 18% zaniepokojonych jest stanem ekonomii, po 16% otrzymało bezrobocie, służba zdrowia (ObamaCare), a jedynie 8% martwi się zadłużeniem.

Obama ostatnio mówi sporo o tych, co nie mają, lub mają zbyt mało. My to znamy, jako marksistowską teorię walki klas, lub starą rzymską zasadę imperialną: dziel i rządź. Wiemy również jak zabawa w populistycznie inspirowany teatrzyk sprawiedliwości społecznej się kończy. Kończy się po pierwsze umocnieniem władzy arbitra-państwa. Kończy się zwykle zniszczeniem moralności, etosu pracy, honoru i również kończy się upadkiem wolności jednostki i rozkwitem totalitarnego państwa.

Ustawienie grup i warstw/klas społecznych przeciwko sobie zwykle ukazuje metodę sprawowania władzy w pogardzie dla swoich obywateli i jest brutalnym zarządzaniem tworzonym kryzysem poprzez tworzenie chaosu, aby łatwiej stworzyć i umotywować potrzebę totalitarnego państwa.

Polacy znają dobrze konsekwencje podobnej polityki, dla obywateli państwa oznacza ona włączenie się w działania układu rządzącego, albo opozycję, czy emigrację wewnętrzną, lub zewnętrzną.

Można się spodziewać, że prezydent Obama w swoim dorocznym orędziu o stanie państwa (28 stycznia 2014r.) wyprowadzi swoje armaty i wśród oklasków zwolenników nakreśli nowe kierunki uderzenia, których celem będzie dekompozycja porządku społecznego i ekonomicznego istniejącego w USA i dokonania otwarcia do nowego świata, o którym możemy sobie poczytać w starzejących się opasłych marksistowskich podręcznikach…

Jacek K. Matysiak

Ocena wpisu: 
Brak głosów