Skąd Wałęsa wziął się w stoczni Lenina w sierpniu '80 roku?

Obrazek użytkownika Rewizor
Kraj

Na stronie blogmedia24 znalazłem bardzo interesujące informacje wygrzebane z książki Aleksandra Kopcia „Jak obalano socjalizm”.

Sprawa jest tak ciekawa, że pozwolę sobie przytoczyć w całości tekst Unicorna, który dotarł do zapomnianej książki PRL-owskiego ministra. Podaję źródło: Unicorn - Jak obalano Bolka

 

Unicorn pisze:

Czy sprawa "Bolka" wypłynęła dopiero kilka lat temu? Nie! Można się o tym przekonać czytając książkę pod tytułem "Jak obalano socjalizm". Autorem jest Aleksander Kopeć. Jeśli macie możliwość wypożyczenia czy kupienia za przysłowiową złotówkę, nie wahajcie się. Warto m.in. dlatego, że autor, pomimo brutalnej fragmentami partyjnej nowomowy, pokazuje często kulisy różnych wydarzeń, psioczy na służby specjalne i swoich ideowych pobratymców, że pomimo dużej wiedzy o opozycji (agentura) dziwacznie dali się nie tylko wyrolować ale pozwalali na pewne rzeczy... Stąd blisko mamy już do różnych spisków . Oczywiście ktoś mógłby napisać, że jest mało wiarygodny- to komuch! Niemniej nie sądzę aby mu specjalnie zależało, jak czytelnicy go ocenią. Dużo jest dyrdymałów, lecz jeszcze więcej realistycznych, trzeźwych do bólu osądów- w tym na temat późniejszej prywatyzacji. Poniekąd autor, nie wiem czy przypadkowo, obala sporo mitów dotyczących i Solidarności jak i strony rządowej...Nierzadko refleksje są bardzo gorzkie. Co pisze o "Bolku" (nie do końca zgadzam się z jego wnioskami...)? Rzućmy okiem na stronę 214 i 215: "Kiedy 15 sierpnia wydawało się. że sytuacja powraca do normy, gdy dyrektor Gniech zawarł umowę i rozwiązał strajk i ludzie zaczęli opuszczać stocznię, większość na czele z Lechem Wałęsą kierowała się w stronę bramy nr 1. W tym momencie do akcji wkroczyły herod-baby: Anna Walentynowicz i Alina Pieńkowska - stoczniowa pielęgniarka. Obie panie wraz z innymi osobami nawoływały do zerwania umowy z dyrektorem i rozpoczęcia strajku solidarnościowego w obronie innych strajkujących zakładów. Ich apele poparli członkowie gdańskich Wolnych Związków Zawodowych, KSS KOR i inni zapaleni strajkowicze. Za wznowieniem strajku i nadaniem mu charakteru politycznego opowiedzieli się małżeństwo Joanna i Andrzej Gwiazdowie, Bohdan Borusewicz, Lech Kaczyński, Andrzej Kołodziej i inni. Gdzie diabeł nie może. tam baba pomoże - mówi ludowe przysłowie. Wymienione panie odegrały ważną rolę we wznowieniu strajku i zatrzymaniu wychodzących ze stoczni ludzi. Pomagał im bardzo młody spawacz, zdolny orator Piotr Maliszewski. Talentem błysnęła Anna Walentynowicz, która podbiegła do mikrofonu przy bramie nr 2 i krzyknęła: Stoczniowcy, dyrektor uciekł! My jesteśmy włodarzami stoczni! Ludzie zatrzymali się i zaczęli wracać. Wrócił też Wałęsa, ale już w nowej roli trybuna i wodza robotników. Babskim wodzom sprzyjało szczęście, do stoczni przybyły nieoczekiwanie delegacje 21 strajkujących zakładów Wybrzeża na czele z młodym zapaleńcem - Andrzejem Kołodziejem ze stoczni w Gdyni. Przedstawiciele tych komitetów strajkowych oskarżyli L. Wałęsę o zdradę i zaprzepaszczenie interesów robotniczych, krzycząc: Wałęsa zdrajca! Podstawę do tego oskarżenia stanowiła podpisana przez Wałęsę umowa z dyrektorem o podwyżce płac o 1500 zł i przerwaniu strajku. Zebrani nagle zapomnieli, że dyrektor Gniech obiecał nadto P. Maliszewskiemu, L. Prądzyńskiemu, J. Borowczakowi i innym organizowanie obchodów rocznicy tragedii grudniowej, zwiększenie liczebności załogi, przedstawienie problemów politycznych władzy i puszczenie w niepamięć nazwisk strajkujących. Kto to pamięta? Przybyli delegaci głośno krzyczeli: Nie o pieniądze nam chodzi, lecz o prawa polityczne i ludzką solidarność. Strajkujący żądali zerwania umowy z dyrekcją i wznowienia strajku, i to aż do zwycięstwa. Stoczniowcy wznowili strajk, wybrali delegatów (około 50 osób) i w sobotni wieczór 16 sierpnia udali się do sali BHP, aby radzić nad powołaniem MKS-u i pisaniem postulatów do władz państwowych. Teraz przedstawię kilka zdań na temat historycznego skoku Lecha Wałęsy przez mur stoczni gdańskiej. Jak fama głosi, pan Wałęsa 14 sierpnia w czwartek „przeskoczył" mur stoczni gdańskiej, zdobył posłuch, wyszedł na lidera stoczniowców i wszedł do historii. Chociaż podczas pobytu w Gdańsku słyszałem krążące pogłoski, że wpłynął tam potajemnie kutrem patrolowym marynarki wojennej w towarzystwie oficerów służby bezpieczeństwa. Za ten czyn późniejszy prezydent III RP nagrodził dowódcę marynarki wojennej, Piotra Kołodziejczyka, sympatią i godnością ministra obrony narodowej. Inna fama głosiła, że nie było żadnego skoku, lecz wślizgnięcie się do stoczni przez Centrum Badań Okrętowych, ale to nie koniec, proszę o cierpliwość. Wracam do wydarzeń sobotnich 16 sierpnia. W tym potwornym zamieszaniu Wałęsa stanął na wózku akumulatorowym i przez ręczne megafony, gdyż do radiowęzła nie miał dostępu, zawołał: Chcecie strajkować? Chcemy- odpowiedział lud. Odwołuję zakończenie strajku, solidaryzujemy się z wami, razem będziemy strajkować aż do zwycięstwa! - wołał Wałęsa. Wygramy, wygramy! - odpowiedzieli strajkujący. Inni dla odmiany twierdzili, że strajkujących z letargu obudziła Alina Pieńkowska, zwana później stoczniową Joanną d'Arc, która zakończony przez dyrektora Gniecha i Wałęsę strajk skwitowała krótko: Lechu, zdradziłeś! Tyle relacji kolegów. Osobiście sądzę, że Lech Wałęsa po osiągnięciu porozumienia z dyrektorem stoczni, razem z innymi stoczniowcami opuścił zakład w dobrym nastroju i udał się do domu. Później, kiedy zorientował się, że "szatańskie baby" i Andrzej Kołodziej wznowili strajk, a zebrani opowiedzieli się za jego solidarnościową formą, powrócił do zakładu przez wejście Centrum Badań Okrętowych. Tak mnie informowali pracujący tam inżynierowie - członkowie SIMP. Takim sposobem L. Wałęsa znowu znalazł się w tłumie. Tak zrodziła się czwarta wersja "skoku przez mur". W tej książce przedstawiam aż cztery wersje tego "skoku".Moim zdaniem najprawdziwsza jest piąta - nie było żadnego skoku, a jego potrzebę zrodziła fantazja Lecha Wałęsy i dziennikarzy. Ale skoro ma być prawdziwa, to do historycznych rekwizytów należy dodać drabinę, bo bez niej trudno mur w tym miejscu pokonać. Są to oczywiście moje supozycje." I kolejna strona, 216: "Opierając się na wiedzy, którą posiadłem podczas strajku w Gdańsku i później jako wicepremier, pragnę przedstawić swoje stanowisko w sprawie roli pana Wałęsy. Strajk w Stoczni Gdańskiej był przygotowywany gdzieś od połowy czerwca 1980 roku przez dwie strony. Nielegalne WZZ i działacze KOR przygotowywali jego przebieg, a organy MSW, zwłaszcza służby SB, zastanawiały się, jak go szybko rozprowadzić i zakończyć lub... rozwinąć!!! Strajk rozpoczął się 14 sierpnia. Lech Wałęsa znalazł się na terenie stoczni - nieważne jakim sposobem - w podwójnej roli: zadawnionego tajnego współpracownika SB i aktywnego działacza nielegalnych WZZ. W pierwszej fazie strajku nasz bohater zachował się poprawnie wobec obu stron: rozwoził ulotki, rozlepiał je i nawoływał do strajku, wznosił antypaństwowe okrzyki, żądał załatwienia postulatów. Organy władzy też były zadowolone: Pan Lech w dwa dni rozprowadził strajk, podpisał ugodę z dyrektorem i ogłosił jego zakończenie, osiągnął postawione cele. Po paru godzinach przerwy strajkowej obudziła się opozycja antyustrojowa i orzekła: załatwienie postulatów ekonomicznych nas nie interesuje, my chcemy zmian ustrojowych i Wolnych Związków Zawodowych. Lecha okrzyknięto zdrajcą! Wałęsa znowu wraca na teren stoczni - też nieważne jakim sposobem. Zrozumiał sytuację, wyprzedza konkurentów, staje na jeżdżącej mównicy, wznawia strajk. Radość!!! Moim zdaniem był to przełomowy moment w życiu L. Wałęsy: postanowił zerwać współpracę z SB, postanowił służyć kolegom robotnikom i związkowcom, a później etosowi „Solidarności". Po przeczytaniu tych zdań widzę zgorszone miny Czytelników i złorzeczenia pod moim adresem. Proszę mi wierzyć, to nie był jedyny lub odosobniony przypadek, który poznałem w 1980 roku i opisałem w swoich „Relacjach z wirażu". Podczas głośnych strajków górników, hutników, budowlanych, energetyków, tramwajarzy, transportowców i protestów zaplecza badawczo-rozwojowego na Śląsku stwierdziłem (poprzez towarzyszące mi służby MSW), że często najgłośniej i antypaństwowo występowali stali lub okresowi współpracownicy Służb Bezpieczeństwa. Podobnie było we Wrocławiu, Warszawie, Koszalinie i Świdnicy, czyli tam. gdzie "gasiłem" strajki lub rozwiązywałem demonstracje. „Kapusie bezpieki" - bo tak nazwano tajnych współpracowników MSW- działając w organizacjach podziemnych donosili służbom specjalnym na współtowarzyszy walki z PRL za pieniądze, dla kariery lub zwykłej ludzkiej złości. Dziś stawiam brzydką tezę. że w przyszłości wielu z nich będzie osądzać ludzi, którzy z przekonania bronili zasad ustrojowych PRL lub tych, którzy wyrośli na etosie „Solidarności" i pragnęli zmian..." Za: A. Kopeć, Jak obalano socjalizm, Warszawa 1999, s. 214 - 216. źrodło: Unicorn, http://blogmedia24.pl/node/6929

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Pzdrwm

triarius

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

Przemoc rzadko jest odpowiedzią, ale kiedy jest, jest jedyną odpowiedzią.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Pzdrwm

triarius

-----------------------------------------------------

http://bez-owijania.blogspot.com/ - mój prywatny blogasek

http://tygrys.niepoprawni.pl - Tygrysie Forum Młodych Spenglerystów

#11140