Straszne słowo "Polska"

Obrazek użytkownika Free Your Mind
Kraj

Coraz więcej u nas ludzi zestrachanych, choć już kaczyści dawno zostali odparci przez tęczową koalicję i można jeść, pić i popuszczać pasa. Coraz więcej ludzi trzęsie portkami, co ani chybi może oznaczać, że widmo kaczyzmu jednak nadal krąży po środkowej Europie.

Zachęcony lekturą felietonu D. Zdorta, rzuciłem się z głodem intelektualnym na tekst prof. J. Majcherka, intelektualisty przez wielkie I, może nie tak wielkiego jak Żakowski, który już Pana Boga za nogi złapał (parę razy przynajmniej), ale przecież wszechstronnego i wyspecjalizowanego w każdej poważnej sprawie, czego dowodem były przez długie lata publikowane także na łamach "Rzeczpospolitej" fenomenalne diagnozy coraz gorszej sytuacji Polski, coraz gorszej oczywiście z tego względu, że wciąż hydra prawicowa głowy jakieś tu i tam podnosi. Teraz w podobnym, apokaliptycznym stylu wypowiedział się na łamach "Gazety Wyborowej" w te słowy:

"W języku propagatorów i agitatorów IV RP wyróżnione miejsce zajęły określenia "patriotyczny" i "narodowy". To one służą do identyfikowania własnego stanowiska i przeciwstawiania go przeciwnikom, nie dość "patriotycznym" i "narodowym". Prowadzi to jednak do naśladowania języka PRL, który wszelkimi "patriotycznymi" i "narodowymi" określeniami aż ociekał."

I tu po kolei Majcherek pieczołowicie wymienia rozmaite ZPP-y, PKWN-y, FJN-y, ale też nawet ONR-y (święci pańscy, że to w "GW" puścili), NBP-y (?), Filharmonie Narodowe, Teatry Narodowe, WRON-y i PRON-y, rzecz jasna, "Grunwaldy", a potem ZCHN-y - czyli rozmach ma spory, jak widać, choć chciałoby się dorzucić np. NARODOWE SIŁY ZBROJNE, ale wtedy już tak wesoło publicystyka by nie wyglądała i teza by się nie za bardzo samopotwierdzała. A teza jest taka, że Lech Kaczyński i w ogóle kaczyści gadają jak komuniści.

Niby rzecz nie nowa, bo już rozmaici lingwiści zbratani zwłaszcza ze staro-inteligenckim, poczciwym, komunistycznym tygodnikiem "Polityka" tego typu odkryć dokonywali (o czym i ja pisałem), tylko że Majcherek wraca do już udowodnionej przez porządnych naukowców tezy po to, by dowieść jej jakoś po nowemu. Wiemy już wszyscy, że państwa narodowe się przejadły i w ogóle ich nie ma poza takimi regionami jak Niemcy, Francja, Rosja czy..., no, no, no, bo się zapędzę - stąd nigdy za dużo utyskiwania na "naród" i "patriotyzm". Ja to wszystko znakomicie rozumiem i zdaję sobie sprawę, że są narody porządne oraz podnarody czy pseudonarody, czy właściwie narodki albo i wyrodki, typu Paliaki, toteż nie zaszkodzi od czasu do czasu Paliakom o tym przypomnieć, zwłaszcza że zwykle tego typu mądre reminiscencje piszących po polsku publicystów z tytułami naukowymi są niezwykle doceniane np. w Niemczech czy w innych państwach narodowych, w których patriotyzm nikomu z komunizmem jak Majcherkowi się, nawet po dużej wódce, nie skojarzy. No ale jest patriotyzm i pseudopatriotyzm. Niemcy np. mogą kultywować patriotyzm, natomiast Paliaki, nuuu, niekoniecznie. To już wiemy.

Majcherek jednak przędzie swoją intelektualną nić także z drugiej strony, wot, przypomina Paliakom, że nawet w komunizmie wartości patriotyczno-narodowe kultywowane były np. przez R. Bratnego w powieści "Kolumbowie rocznik 20" oraz przez A. Wajdę w arcyfilmie "Kanał". Nuu, ja bym tę ofertę poszerzył o takie dzieła, jak "Do piachu" T. Różewicza, "Przy budowie" T. Konwickiego, zaś, jeśli już mowa o Wajdzie, to wspomniałbym na znakomity film "Przy budowie" (współpraca Kazimierz Kuc), a jeśli mowa o Bratnym, to o książce "Rok w trumnie", wybitnym dziele o "Solidarności". Skoro już mowa o prawdziwych obliczach patriotyzmu, to nie bójmy się tych najbardziej patriotycznych dzieł.

No ale Majcherkowi chodzi akurat o Powstanie Warszawskie. Jakby Bratnego i Wajdy (już kiedyś pisałem o patriotycznym repertuarze Wajdy za peerelu, więc niezorientowanych odsyłam) było mało, to jeszcze dorzuca Mirona Białoszewskiego z "Pamiętnikiem z Powstania Warszawskiego", no i można oczywiście zachwycać się modernistyczną prozą tego pisarza, tylko że Majcherek chce w ten sposób dowieść (ku mojemu zdumieniu), że już w peerelu kultywowało się patriotyzm i wartości narodowe (typu kult Powstania Warszawskiego). Pisze on to jak najbardziej serio, chociaż jeszcze chwilę temu porównywał kaczystów do jaruzelszczyzny i innej swołoczy. No dobra, choć co wnikliwszy obserwator "dziejów polskiej kultury" dostrzegłby w 3. tomie Bratnego wyjaśnienie, dlaczego ta powieść mogła się ukazać w 1957 r., podobnie w filmie Wajdy, czemu był popularyzowany, a i nawet, nie umniejszając talentowi Białoszewskiego, w "Pamiętniku...", w którym wszystko byłoby OK i awangarda literacka byłaby jak się patrzy, gdyby nie totalna szydera z "modlących się bab" przy podwórkowych kapliczkach (w trakcie walk powstańczych). Niby mała rzecz, a musiała cenzora ucieszyć, tak jak i inne "wiekopomne dzieła" wychodzące za peerelu, które, gdy twórca był dostatecznie zmyślny, potrafiły i Panu Bogu świeczkę zapalić, i PZPR-owi ogarek.

No ale o co konkretnie chodzi Majcherkowi w tej matni intelektualnej, w którą sam się wpędził (może się zaczytał w innych publicystach "GW" i za cholerę wyjścia z tunelu nie widzi)? Po pierwsze o taką rzecz:

"Doprawdy, sugestie, że dopiero Lech Kaczyński i PiS przywrócili Polakom pamięć o Powstaniu Warszawskim, są nazbyt bałamutne. Wygląda to wręcz na pomylenie Powstania z Katyniem, który rzeczywiście był do 1989 r. nieobecny w oficjalnym obiegu i odbiorze. Ale to zupełnie inna sprawa."

Wyglądałoby więc na to, że kaczyści przeszarżowali i nie uznali peerelowskiego wkładu w kult Powstania Warszawskiego po 1956 r., kiedy sowiecki agent W. Gomułka nieco poluzował kaganiec peerelowskiej kulturze, ogłaszając odwilż.

 

Niezorientowanym jednak chciałbym przypomnieć, że kult Powstania wyglądał w Polsce Ludowej tak samo, jak kult innych bohaterskich zrywów naszych przodków, tzn. (w skrócie) chodziło o to, że boguduchawinny lud rzucał się szczerze do boju, wykorzystywany przez "cynicznych graczy politycznych", rozmaitych "panów" czy innych "reakcjonistów", którzy na ludzkiej niedoli szli do celu. Taka była istota rzeczy - zwykli ludzie chcieli jak najlepiej, ale wykorzystali ich rozmaici "polityczni gracze". Memento zaś dla dzieci i młodzieży było następujące: dopiero władza ludowa wyprostowała dzieje i zrównała z ziemią tych cholernych przedstawicieli "pańskiej Polski" i żadnych "panów" już ni ma, jeno sami towarzysze i towarzyszki, ewentualnie młodzież socjalistyczna, pierwszomajowa. 

Majcherek to zapewne wie, chociaż może już nie pamięta. Jest zresztą z wieloma publicystami III RP tak, że antykomunizm nie tylko wydaje się im gorszy od komunizmu, mimo że - jak Bóg na niebie - na własnej skórze chyba zadnego antykomunizmu nie zaznali, ale co więcej, sądzą, że nawet przejawy antykomunizmu są straszniejsze w skutkach od realnego komunizmu. Nie chcę tu wchodzić w szczegóły diagnozy takiego wzorca myślenia, ponieważ jest to syndrom tak powszechny u rozmaitych "inteligentów", że mogłoby się skończyć na tym, iż kompleksowe badania, jakie sobie ostatnio Tusk zrobił, tymże inteligentom nie dostarczyłyby certyfikatu "zdrowia na umyśle". Chcę bowiem powiedzieć rzecz oczywistą dla kogoś, kto nie tylko komunizm pamięta, ale i ma jakiekolwiek pojęcie o tym, czym komunizm był, jest i/lub może być. Jeśli Majcherek tego nie wie lub nie pamięta, to czas na iluminację. Otóż, tak jak istotą komunizmu było szerzenie przemocy, czyli łamanie ludzi, tak podstawowym narzędziem pracy było totalne kłamstwo.

Pierwszy lepszy historyk, nie mówiąc o kulturoznawcy (który nie ma oczywiście serca po lewej stronie), stwierdziłby, że jedną z podstawowych metod działalności komunistycznej było "złodziejstwo idei", czy też po prostu wykradanie pewnych pojęć, haseł, sloganów, pomysłów. Nigdy by komuniści nie odnieśli sukcesu (stosując wyłącznie czysty zamordyzm) gdyby nie opakowywali swoich działań w otoczkę załganego języka, który zawiera wyrażenia "sprzed rewolucji". Instytucje powoływane przez agenturę dla celów agenturalnych i sowieckich celowo nazywane były w sposób zakamuflowany, by dla "międzynarodowej opinii publicznej" oraz pożytecznych idiotów te nazwy stanowiły namiastkę normalności. Związek Patriotów Polskich gdyby się nazywał Zgrupowanie Zaprzańców Polskich, zaś Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego - Prosowiecką Komunistyczną Władzą Neptyków lub Sowiecką Agenturą, po prostu, nie mogłyby liczyć ani poparcie "międzynarodowej opinii publicznej", ani na możliwość "promocji" wśród skołowanych okupacjami Polaków (gdziekowliek by nie byli). Majcherek powinien mieć tego świadomość, bo przecież ta sama zasada (kłamliwego nazywania rzeczy) obowiazywała przez wszystkie lata peerelu.

Czy jednak z tego powodu słowa takie jak "patriotyzm", "naród" czy "Polska" utraciły sens albo budzą grozę? Albo może większą grozę budzą, gdy głoszą je kaczyści aniżeli komuniści? Chyba te salonowe intelekty tak daleko zaszły w relatywizacji wszystkiego, co dotyczy polskiego państwa, że mogłyby z powodzeniem publikować w "Komsomolskiej Prawdzie" albo innym "L'Humanite". Tylko, czy ktoś wtedy by ich czytał, panie dzieju...
    
 

http://blog.rp.pl/blog/2008/08/08/dominik-zdort-kto-sie-boi-narodu/
http://wyborcza.pl/1,75515,5565055,Majcherek__Czas_patriotow.html

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Donośnie lęku przed narodem; dokładnie to samo dotyka rządzących teraz na Węgrzech socjaldemokratów. Ten syndrom został nawet opisany w literaturze naukowej.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#1245